Właśnie wróciłem z Pienin. Wyławiam z pamięci wspomnienia. Pierwsze spotkanie z górami – Tatrami, krótki wyjazd do Zakopanego z kolonii w Makowie Podhalańskim z mamą i bratem. Mama uznała, że musimy zasmakować gór. Poszliśmy więc na Giewont i wjechaliśmy kolejką na Kasprowy. Wystarczyło. Góry znalazły się na stałe w moim życiu, choć kolejny raz zobaczyłem je dopiero po dobrych kilku latach.
Całe Tatry schodziłem przy wielu tam pobytach. Mieszkałem na Jaszczurówce, w domu braci albertynów, w namiocie, w góralskich szałasach, raz w eleganckim pensjonacie w Zakopanem, ostatnio w naszym zakonnym domu na Cyrhli. Jako student KUL-u ukończyłem kurs taternictwa. To był swoisty amok. Ze sprzętem, jaki wówczas był dostępny na Słowacji: lina, pętla, karabinki, haki, horoleska (wyrabiany chyba na Słowacji plecaczek), uprawiałem taternictwo wspinaczkowe (w klubie lubelskim).
Nie będę o tym opowiadał, bo moje wyczyny są niczym wobec wyczynów wielkich alpinistów opisywanych w książkach. Moje wyczyny, wobec tamtych osiągnięć, nie są żadnymi wyczynami, a niebezpieczeństwa to żadne niebezpieczeństwa. Wspominam również nieocenionego mistrza i towarzysza niektórych wypraw – Pantarka (Krzysztofa Tatarkiewicza), który miał cierpliwość mądrego mistrza i talent opowiadania długich historii, które pomagały w nużącym podchodzeniu pod ścianę.
Jedną historię krótko opowiem. Spotkany na ulicy Zakopanego Suchy (takie przezwisko) powiedział mi, że z koleżanką chce pójść na wspinaczkę. Ona jednak nie ma żadnej w tej materii wiedzy, więc chce, żebym ja był na jednym końcu liny, on będzie na drugim, koleżanka w środku i wszystko będzie dobrze. Jakże odmówić. Pogoda zapowiadała się piękna. Ruszyliśmy, lecz pogoda, jak to w Tatrach, z pięknej zaczęła się robić kiepska.
Szliśmy szczytami, zamierzaliśmy dojść do Rysów i zejść do Morskiego Oka, tymczasem lunął deszcz, grzmiało i tempo naszej wędrówki wyraźnie się zmniejszyło. Ekspozycja uświadamiała nam, że nie ma żartów i trzeba iść uważnie. Deszcz wciąż padał i zrobiło się zimno. Do Rysów doszliśmy o zmierzchu, zmoknięci i zmarznięci. Nie było rady, skierowaliśmy się do Chaty pod Rysami (schronisko po stronie czechosłowackiej). Sporo czasu rozgrzewaliśmy się przy płonącym kominku, popijając herbatę z sokiem, którą nas uraczyli gospodarze. Trzeba było jednak z nimi porozmawiać, co dalej.
Chcieliśmy zanocować. Schodzenie po ciemku z Rysów mogło się okazać niebezpieczne, zresztą chwilowo mieliśmy już dość chodzenia. A było to zaraz po inwazji (także polskich wojsk) na Czechosłowację! Gospodarze-studenci także mieli następnego dnia opuścić schronisko. Przyjęli nas na noc, prosili tylko, byśmy wyszli możliwie wcześnie, bo potem przychodzi milicja. Nie mieliśmy ze sobą pieniędzy, jako raczej symboliczną zapłatę przyjęli od nas taternicki młotek. Szczęśliwie zeszliśmy do Morskiego Oka.
Teraz słowo o tym, jak się z taternictwem rozstałem. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy taternicy cieszyli się estymą. Byli ciągle jeszcze pionierami. Sport to był fascynujący. Wciągnął mnie i robiłem, co mogłem, żeby jechać, choć na krótko, w góry. I nagle przyszedł koniec fascynacji. Przekonałem się, że podejmuję śmiertelne ryzyko. Nagła konstatacja, że pasja może odebrać życie, i to w mgnieniu oka. Zostawiłem sprzęt tam, gdzie go zawsze zostawiałem. Nigdy już go nie tknąłem.
Oczywiście, dalej z przyjemnością chodziłem po górach w Polsce i we Włoszech, już się nie wspinałem. Ludzi dotkniętych tą pasją rozumiem i podziwiam, sam jednak nigdy już tej pasji nie poczułem. Klops...
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








