Wigilia z cateringu? Do niedawna był to temat tabu, dziś chyba tama pękła

Bardzo mnie to interesuje, bo nigdy w życiu nie ulepiłem porządnego pieroga.
Czyta się kilka minut
Alesio Orru' / Adobe Stock
Fot. Alesio Orru' / Adobe Stock

Chybotanie gwiazd – nie, tego nie wymyślił Gałczyński, one tak „krążą wokół czegoś, czego nie widać”. Tak pisał serwis naukowy PAP-u z okazji odkrycia jednej z czarnych dziur. Porzućmy złudzenia co do kostyczności werbalnej nauk ścisłych. Przekonanie o kategorycznej wszechwiedzy np. astronoma mamy wdrukowane przez fraszkę Kochanowskiego, bodaj jedyny staropolski utwór naprawdę znany każdemu uczniakowi, bo jest króciutki i ma wulgarną puentę. A „Odprawa posłów greckich”? Bardzo lubiłem ją czytać w liceum i zapewniam: nie warto, socjopaci mają ostro pod górkę do społeczeństwa.

Tak, my też chyboczemy. Jakby powiedział astrofizyk posłany na targ po karpia – nasze wysiłki znikają za horyzontem zdarzeń, zmierzając nieuchronnie do osobliwości centralnej. Czyli ostatniego tygodnia ostatniego miesiąca oby-nie-ostatniego roku. Przed świętami czujemy w kościach, jak to jest z tym zagęszczeniem materii w czarnych dziurach. Na pewno nie zdążymy. Ze wszystkim, a już zwłaszcza z przygotowaniem oczywiście „skromnej” wigilii.

Sięganie po gotowce przez okrągły rok to normalność przezroczysta jak powietrze w dniach, kiedy wiatr rozwieje smog. Schodząc czasem o świcie po schodach kamienicy muszę uważać, by nie trącać toreb z pudełkową dietą, stojących na prawie każdej wycieraczce. Dieta, tabelka, linijka, kalorie, metabolizmy… policzone, zważone, podzielone, aż mi głupio, że sam wciąż jem nieregulaminowo. Ale strawa kupowana bez medycznej podkładki w sklepie albo ściągana z knajpy (pamiętajcie o sutym napiwku dla kuriera z sześciennym garbem!) też bywa zdrowa, a na pewno neutralna moralnie. Nikt przy zdrowych zmysłach się nie wstydzi, że nie zrobił czegoś sam. „Leniwa gospodyni” – nazwa jednego z dawniejszych stołecznych lokali z garmażerką – jest dziś tylko i wyłącznie ironiczna, nikt już nie pamięta czasów, kiedy to mógł być realny wyrzut.

Co innego w pobliżu czarnej dziury świątecznej – prostopadłe zazwyczaj osie naszej normalności ulegają zakrzywieniu. Istnieje silny nacisk na to, żeby wszystko było „domowe”, własnoręczne, popisowe i w dużej ilości, choć w kalendarzu liturgicznym Męka Pańska wspominana jest przy zupełnie innym święcie. Dlatego rynek cateringu bożonarodzeniowego ograniczał się przez długi czas – zwłaszcza w segmencie słonym, bo cukiernie szybciej przełamały opory – do luksusowej niszy. Ale teraz, zdaje się, tama pękła. O normalizacji świadczy zalew świątecznych ofert każdej prawie knajpy, może z wyjątkiem ramen-shopów i kebabiarni.

Bardzo mnie to interesuje, bo nigdy w życiu nie ulepiłem porządnego pieroga. Kocham tę postać jedzenia, obecną w prawie każdej kulturze. To nie jest żaden przewrót kopernikański, wziąć farsz i pozawijać w jakieś ciasto, ale mam za grube, niezgrabne paluchy. Luca Cesari – autor wydanej u nas mądrej i zabawnej „Historii makaronu” – na swoim instagramie zamieścił ostatnio rolkę z warsztatów lepienia uszek, czyli tortellini (uwaga! ta nazwa zrobiła karierę za granicą, ale każdy region ma swoją, oczywiście najsłuszniejszą, w rozmowie z tubylcem łatwo o gafę). Popłakałem się z zazdrości. W naszym tygodnikowym newsletterze napomykałem niedawno o swoich nieudanych eksperymentach z nadaniem jakiejś praktycznej postaci polskim pierogowym farszom bez otoczki – szkoda dalej gadać, nic z tego nie wychodzi. I dlatego tym bardziej polecałem włoskie ignudi, czyli kulki z farszu do typowych ravioli ze szpinakiem, które można ugotować jak wege-klopsiki.

Nawet kiedy ciasto, jak we Włoszech, jest jajeczne (bardzo jajeczne! Przepisowo dziesięć jaj na kilogram mąki, ale moja ciocia potrafiła dać więcej), a zatem bardziej sprężyste od naszego, moja koordynacja wzrokowo-ruchowa zawodzi. Nie wiem, czy to taka sama rzadka wada, jak czytanie „Odprawy”, ale nie przestanę głosić chwały świątecznych cateringów. Dzięki nim hektycznych prac w mojej kuchni nie zakończy Big Bang.

Sardyńskie pierożki na słodko w pomidorach

  • 500 g ricotty
  • 1 łyżka cukru
  • Skórka z połowy cytryny
  • 1 puszka pomidorków
  • 1 ząbek czosnku
  • oliwa
  • Ciasto na pierogi wedle domowej tradycji

Włosi potrafią przekabacić nawet nasze ruskie pierogi i zrobić z nich wersję plus – po prostu zamiast twarogu dają tarty ser pecorino, co znacznie zwiększa ich „umamiczność”. Bardzo polecam tę podmiankę. Istnieje to w różnych wersjach regionalnych, np. sardyńskie culurgiones (w cieście bez jajek!) mają dodatkowo miętę. Jeśli ktoś jest dobry w lepieniu i chciałby jeszcze popróbować Sardynii (bardzo egzotycznej, osobnej, mało „typowo włoskiej”), to niech połączy w misce składniki farszu, ulepi pierogi dowolnej formy, ugotuje w osolonym wrzątku i na wydaniu poleje sosem z pomidorków duszonych na wolnym ogniu na oliwie przez co najmniej kwadrans.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Opór materii