Trzy razy otarłem się o śmierć. Trzy razy powinienem nie żyć – mówi ojciec Vitaliy. Wysoki, postawny, krótko ostrzyżony, sylwetka atlety. Ma czterdzieści trzy lata, w zakonie jest od szesnastu. Pochodzi z Żytomierza w środkowej Ukrainie.
– Pierwszy raz skakaliśmy z bardzo wysokiego mostu do płytkiej rzeki. Trzeba było szybko ułożyć ciało równolegle do dna, żeby się nie rozbić. Za pierwszym razem się udało. Drugi skok był tragiczny. Uderzyłem czołem o dno, straciłem świadomość. Poczułem wtedy kobiecą dłoń, która unosi mnie do góry, jakby ratunek, który przyszedł nie wiadomo skąd. Zazwyczaj jak człowiek traci przytomność pod wodą, to już tam zostaje, mnie udało się wypłynąć. Czy to cud? Nie wiem, jak to nazwać. Lekarze mówili, że to było nie do przeżycia, a ja wyszedłem z tego bez szwanku. Miałem wtedy 18 lat.
A potem były jeszcze dwa takie zdarzenia. Co tu opowiadać? Nie byłem grzecznym chłopcem. Na ulicach Żytomierza walczyliśmy w bandach, dzielnica na dzielnicę, dwa razy skończyło się to bardzo źle, ale też wyszedłem z tego cało. Miałem zarzuty karne. Wtedy już studiowałem prawo, byłem asystentem w sądzie. I kiedy przywieźli nas na rozprawę, sędzia był zdziwiony, że jestem po drugiej stronie. Skończyło się naganą. W sądzie spotkałem rodziców. Do dziś mam w pamięci twarz mojej mamy, jej oczy. Nie było żadnych żalów, pretensji. Tylko niewymowna cisza, która wtedy przełamała jakiś mur we mnie.
Droga do powołania
Kiedy chodził jeszcze do szkoły, ojciec zapisał go na dżudo, żeby zajął się czymś pożytecznym i rozwojowym, żeby był silny. Wtedy nie myślał jeszcze o wstąpieniu do zakonu. – Moja rodzina była zwyczajna, katolicka, ale nie jakoś gorliwie pobożna. Zainteresowanie duchowością przyszło później.
Na Ukrainie kończy prawo. Jest dobrym, a nawet bardzo dobrym studentem. W 2001 r. otrzymuje stypendium Prezydenta Rzeczypospolitej, przyjeżdża do Polski, gdzie studiuje nauki polityczne. Treningów dżudo nie porzuca. Odbywa staż w Senacie RP, jest asystentem senatora SLD Tadeusza Rzemykowskiego. Pracuje też w biurze Andrzeja Zolla, ówczesnego rzecznika praw obywatelskich. – Wtedy widziałem swoją przyszłość w dyplomacji – wspomina ojciec Vitaliy. – Kontekst polityczno-dyplomatyczny był dla mnie bardzo pociągający. Równocześnie cały czas miałem poczucie jakiegoś braku. Wszędzie towarzyszył mi smutek, którego źródła nie znałem.
W pewnym momencie zaczął szukać informacji o istniejącym kiedyś w Żytomierzu kolegium jezuickim. – Wtedy odkryłem też jezuitów w Warszawie – mówi. – Zacząłem szukać głębiej, nie interesowała mnie już tylko historia. Odkryłem ćwiczenia duchowe, całą tę sferę duchowości jezuickiej. To mi dało poczucie, że to mój świat, że mogę do niego należeć. Zniknął smutek, pojawiła się radość, którą mogłem wreszcie przeżywać w pełni.
Po wstąpieniu do zakonu nie przestaje studiować i ćwiczyć dżudo. We Włoszech studiuje filozofię. Później wyjeżdża do Afryki, w Kenii studiuje teologię i prowadzi kursy samoobrony dla miejscowych policjantów. Cały czas ćwiczy się w modlitwie, duchowości i ukochanym sporcie. Ale to w Kenii właśnie musi też korzystać ze swoich umiejętności dżudoki: – Sześć razy zdarzyło się, że zostałem napadnięty przez miejscowych chuliganów. Czasami wystarczyło się powołać na znajomość z wysoko postawionym policjantem i to pomagało – mówi. Raz jednak po takim napadzie wylądował w szpitalu: – Nie dałem rady siedmiu napastnikom równocześnie, było ich już za dużo na mnie jednego.
Wspólne drogi
Japońskie słowo „judo” oznacza „drogę miękkiej siły” albo „drogę łagodności”. Powołanie duchowe to też droga, którą podąża się na podobnych zasadach – łagodności i pokory. Dla ojca Vitalija tych wspólnych płaszczyzn jest więcej. To przede wszystkim dobrze rozumiana dyscyplina, wytrwałość, kontemplacja, medytacja. I przede wszystkim pokora, która objawia się w kontakcie i szacunku dla drugiego człowieka.
– Trzeba dobrze rozumieć, czym jest dyscyplina – mówi jezuita. – Chodzi o systematyczność w wykonywaniu swoich zadań, treningów fizycznych i duchowych, wytrwałość w modlitwie. To jest też bycie wiernym swoim obowiązkom. I to, co może najważniejsze, czyli bycie człowiekiem dla ludzi, z którymi jesteś.
Ważna też jest umiejętność przegrywania: – Przegrane są może nawet cenniejsze, jeśli umiesz mądrze wyciągnąć z nich naukę – dodaje.
Puchar Polski w dżudo to nie jedyny i nie pierwszy sportowy sukces ojca Vitalija. Medale zdobywał też na innych kontynentach. Właściwie wszędzie, gdzie był, gdzie studiował i prowadził praktyki duchowe, wszędzie tam towarzyszyło mu dżudo i sportowa rywalizacja. – Zdobywałem medale w Afryce Wschodniej, w Stanach i w Europie – mówi. Ale medale i puchary nie są najważniejsze. Na dżudoce (stroju do dżudo) Vitaliy nosi naszyty symbol jezuitów, to często budzi zainteresowanie. – Dużo osób mnie o to pyta, to często początek rozmowy – opowiada – i dwa razy już się zdarzyło, że ktoś poprosił mnie o spowiedź. Ja nie traktuję tego jako formy ewangelizacji. Jestem, kim jestem, i kiedy różne osoby się o tym dowiadują, zaczynają się dalsze rozmowy. I tak jest lepiej, to jest bardziej szczere. Każdy z nas ma różne role w życiu, ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi i człowieczeństwo jest fundamentem każdej relacji.
W polskim Kościele i jego otoczeniu, zwłaszcza w kręgach konserwatywnych, można spotkać się z opinią, że wschodnie sztuki walki i w ogóle dalekowschodnia duchowość, oparta w dużej mierze na medytacji i kontemplacji, są zagrożeniem dla wiary, prowadzą chrześcijan na ślepe ścieżki duchowości. Ojciec Vitaliy odpiera te zarzuty: – Chrześcijaństwo bardzo czerpie ze wschodniej duchowości. Najwięcej katolików praktykuje jogę i tai chi choćby w Indiach, na Sri Lance czy w Wietnamie i nie jest to dla nich żadna ślepa uliczka, ale codzienna praktyka. Trzeba się skupiać na tym, co łączy, a nie co dzieli – podkreśla. Dodaje też, że z taką narracją spotkał się jedynie w Polsce. Stąd przeniknęła ona do Kościoła katolickiego w Ukrainie, który jest bardzo często odbiciem tego, co dzieje się w Kościele polskim.
Droga Samarytanina
Kiedy zaczyna się pełnowymiarowa wojna w Ukrainie, robi właśnie doktorat z seksuologii na uniwersytecie w Berkeley w Stanach Zjednoczonych. Przerywa pracę naukową i wraca do Polski. Jezuici wyznaczają go głównym koordynatorem jezuickiej misji humanitarnej dla walczącej Ukrainy. Już od 2008 r. współpracował z Jesuit Refugee Service – to jezuicka misja działająca na rzecz uchodźców na całym świecie. Teraz dzieli swój czas pomiędzy Polskę a Ukrainę. Bezustannie w drodze: Kraków–Lwów–Warszawa–Chmielnicki. Jezuici w swoich placówkach pomagają uchodźcom z różnych krajów, to nie tylko uciekający przed wojną Ukraińcy. – W naszych domach mieszkają osoby z Afganistanu, Somalii, Palestyny, Iraku – wylicza. – Dla nich wszystkich szukamy schronienia i pomagamy planować przyszłość. Najważniejsze zadanie to edukacja. Kładziemy nacisk na naukę języków, ale też nowych profesji, adaptację kulturową, szukamy szkół dla dzieci i wsparcia psychologicznego. Prowadzimy też dogoterapię.
Ojciec Vitaliy podkreśla, że choć praca z uchodźcami nigdy nie była łatwa, to dziś staje się coraz trudniejsza. Nie ma takiej rodziny, która by kogoś nie straciła. Ludzie są zmęczeni, wycieńczeni, zaczynają popadać w skrajności. Ci, którzy na początku wojny bardzo oszczędzali, teraz często wydają oszczędności. Dużo osób odeszło od Kościoła, wiele do niego wróciło. Przyzwyczaili się do alarmów bombowych, do odgłosu lecących rakiet. Dużo jest też pogrzebów – jeden z najtrudniejszych odprowadził w niedawną Wielkanoc.
– Akurat ćwiczyłem „Exsultet” na Wielki Czwartek – wspomina – kiedy przyszła kobieta, zapłakana, że właśnie przywieźli jej męża z frontu i trzeba go pochować. Pogrzeb był następnego dnia, w Wielki Piątek. I na pogrzebach żołnierzy jest taki najtrudniejszy moment, kiedy zagra orkiestra, kiedy jest salwa, później składanie flagi. Tego nie można normalnie przeżyć. Płaczą wszyscy. A ja potem muszę coś powiedzieć, ale nie mogę, bo przecież płaczę razem z nimi. Patrzę na tych rodziców, na żony, na dzieci, na wszystkich, którzy nie rozumieją, dlaczego to się stało. A to są chłopaki, którzy po prostu poszli, bo czuli, że tak trzeba.
Jak znaleźć słowa pocieszenia w takich chwilach? – Przede wszystkim trzeba słuchać – mówi jezuita. – I słyszeć. To są dwa czasowniki, które muszą iść razem. Bo często słuchamy, ale nie słyszymy. A usłyszeć czasami trzeba nawet ciszę, która może nieść w sobie wiele treści. Tak jak ja kiedyś usłyszałem milczenie mojej mamy w sądzie.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















