Cztery stoliki, na każdym monitor. Pomiędzy nimi coś w rodzaju parawanu – chodzi o to, żeby gracze nawzajem się nie rozpraszali. Siedzą już na stanowiskach: do tak ważnego meczu trzeba się psychicznie przygotować.
Pod sufitem dużego pomieszczenia w sektorze rodzinnym na stadionie Wisły Kraków mnóstwo pozawieszanych baloników i wstęg. Zaraz zaczną się zamknięte kwalifikacje do wiosennej rundy Ekstraklasy Games. Czyli do turnieju futbolowej gry wideo „FIFA”.
Jak tam twój mecz?
Mieszko Łabuz, menadżer sekcji e-sportowej Wisły Kraków: – Pomysł sekcji pojawił się w klubie już w 2016 r. Ostatecznie powstała w październiku zeszłego roku w związku z pojawieniem się w naszym kraju turnieju Ekstraklasa Games. Do rozgrywek każdy klub z polskiej Ekstraklasy jest zobowiązany wystawić e-sportową drużynę „FIF-y”.
Rywalizacja odbywa się niezależnie od siebie na dwóch konsolach: PlayStation 4 i Xbox One. Pierwsze dwie rundy – zimowa i wiosenna – zaczynają się od kwalifikacji online, które są prowadzone oddzielnie dla każdego klubu. W finałowej grają zwycięzcy klubowych turniejów kwalifikacyjnych. W decydującym meczu sezonu, wzorem międzynarodowych rozgrywek w innych ligach, naprzeciw siebie stają: najlepszy gracz na PS4 oraz najlepszy gracz na XO.
Rozgrywki e-sportowe mają już m.in. angielska Premier League i niemiecka Bundesliga. Zwycięzcy polskiej ligi rywalizują w turnieju także o punkty do rankingu „FIFA 20 Global Series” i możliwość walki o awans na mistrzostwa świata.
Mieszko Łabuz: – Uznaliśmy, że utworzenie sekcji e-sportowej to także dobry sposób na zaistnienie z marką Wisły wśród młodych ludzi. Dzięki temu ojciec kibic może po powrocie z prawdziwego meczu zapytać syna: „Jak tam twój mecz?”.
Choć do rozpoczęcia meczu jeszcze grubo godzina, w pomieszczeniach sektora rodzinnego na wiślackim stadionie kręci się trochę ludzi. Do stanowisk graczy co rusz podchodzi jakiś dzieciak i zza pleców gapi się na ekrany.
W turnieju zagra czterech zawodników. Dwaj z nich – Bartosz „bejott” Jakubowski (25 lat), grający na Xbox One, i Jakub „cyanide” Mikołajewski (23 lata) na PlayStation 4 – to zawodnicy Wisły. Dwaj pozostali – „P1ngwin” i Bartek „Kovu” Kępski – to gracze z tzw. otwartych eliminacji, w których może wziąć udział każdy chętny.
Sekcje e-sportowe ma już wiele klubów polskiej ligi piłkarskiej, m.in. Arka Gdynia, Jagiellonia Białystok, Piast Gliwice, Wisła Płock, Zagłębie Sosnowiec czy Legia Warszawa. Ich zawodnicy w większości grają w „FIF-ę”. Ale Arka, Wisła i Piast mają też ludzi grających w strzelankę „Counter-Strike”.
– W odróżnieniu od „FIF-y”, w której gracz sam steruje całą piłkarską drużyną, „Counter-Strike” jest sportem zespołowym – objaśnia Łabuz. – W drużynie jest pięciu zawodników, jest trener, pod okiem którego gracze ustalają taktykę: kto od której strony wchodzi, kto ma być bardziej z przodu, a kto z tyłu. Rozgrywki w „Counter-Strike’u” różnią się od „FIF-y” także wysokością nagród w turniejach. Jeśli w przypadku „piłki” pula nagród wynosi maksymalnie kilkadziesiąt tysięcy złotych, to na turniejach „Counter-Strike’a” są to kwoty liczone często w setkach tysięcy dolarów.
Z banku przed konsolę
Stadion warszawskiej Legii. Zawodnik legionistów w „FIF-ie”, Miłosz „miłosz93” Bogdanowski (27 lat), prowadzi do niewielkiej salki konferencyjnej. W wirtualną piłkę gra od szóstego roku życia. Na początku wyłącznie dla zabawy z dwoma starszymi braćmi. – Gdyby nie oni, nie byłbym taki dobry – opowiada. – Miałem po prostu starszy wzór.
W 2011 r. kupił konsolę Xbox 360 i zagrał w pierwszym turnieju w sieci. Odpadł w pierwszej rundzie. Rok później znów spróbował i wygrał. W kolejnych latach przyszły kolejne zwycięstwa i mistrzostwo Polski w 2014 r. Miał wtedy 21 lat i był już na drugim roku studiów informatycznych. Rok później wygrywał na konsoli PlayStation 4.
– Po raz kolejny byłem mistrzem, ale tak naprawdę nie myślałem, że będzie z tego coś większego. Nie planowałem żadnej kariery.
Przyszedł rok 2017 i kolejne mistrzostwa Polski. – To był największy turniej, jaki widziałem w tamtych czasach. W imprezę była zaangażowana nawet TVP Sport, która transmitowała skróty meczów i robiła wywiady z zawodnikami. Krótko potem zadzwoniła Legia z propozycją kontraktu. Podpisałem go w sierpniu 2017 r. i od tej chwili jestem zawodowym graczem „FIF-y”.
Stadion Wisły Kraków, godzina czternasta. Zaczęły się obydwa mecze. Wokół graczy zebrana grupa kibiców – to głównie mali chłopcy. Za nimi z mikrofonem profesjonalny komentator, relacjonujący online mecz Bartka „bejotta” Jakubowskiego z Bartkiem „Kovu” Kępskim.
„Bejott”, wcześniej swobodny, teraz już wyraźnie skupiony. Jego początki w grze „FIFA”? W 2010 r. na wakacje pojechał do rodziny do Londynu. Grał już wtedy, owszem, w jakieś gry fabularne na komputerze, ale konsoli jeszcze nie miał. Na miejscu wziął po raz pierwszy w życiu do ręki kontroler. Pierwszy mecz przegrał, drugi zremisował, a od trzeciego nikomu już nie dawał żadnych szans. Było jasne, że ma do tego smykałkę.
Zaczął rywalizować w turniejach amatorskich, natomiast kiedy wszedł po raz pierwszy w świat profesjonalistów, zderzył się ze ścianą: znów przegrywał mecz za meczem. Ale to tylko jeszcze bardziej go zmotywowało do treningów.
W 2012 r. awansował na mistrzostwa Polski na Xboksie. Pierwszy mecz przegrał siedem do zera. – Wtedy pomyślałem: „Albo przyjechałem tu coś osiągnąć, albo tylko pooglądać mecze i wrócić do domu”. Zdobyłem wreszcie swoje pierwsze mistrzostwo. I od tego momentu zacząłem to swoje granie traktować bardzo poważnie.
Tak poważnie, że rok temu rzucił nawet etatową pracę. Po studiach pracował przez 2,5 roku w banku. Teraz żyje nie tylko z kontraktu z klubem. Na YouTubie transmituje swoje rozgrywki (do 100 godzin miesięcznie), umieszcza porady i materiały związane z „FIF-ą”. Widzowie (ma aktualnie 84 tys. subskrypcji) wpłacają datki. Czerpie też dochody z reklam oraz dodatkowych umów sponsorskich.
Kiedyś na boisku
Kiedy zaczęła się przygoda Jakuba „cyanide” Mikołajewskiego z „FIF-ą”? Jest studentem czwartego roku anglistyki na Uniwersytecie Rzeszowskim, też grał od dziecka. Za poważne granie, opowiada, zabrał się jednak dopiero w 2018 r. Wtedy też kupił swoją pierwszą konsolę Play- Station 4 i zaczął brać udział w mniejszych, niszowych rozgrywkach. Tam zbierał pierwsze turniejowe doświadczenia.
W tamtym roku miał bardzo dobry sezon: wygrał jedną ligę, a w kolejnej zajął drugie miejsce (w poprzednich latach nie było na PS4 mistrzostw Polski, tylko trzy serie ligowych rozgrywek w trakcie sezonu). I wszedł tym samym do ścisłej czołówki pięciu najlepszych polskich graczy.
Jakub: – Jako młody chłopak trenowałem piłkę, choć były to raczej niszowe kluby w moim rodzinnym mieście, Ustrzykach Dolnych. To zapewne też spowodowało, że tak bardzo wszedłem w świat wirtualny.
Również Miłosz z warszawskiej Legii niegdyś biegał intensywnie po boisku. W dzieciństwie grał w rodzinnej Ostrołęce, w czwartoligowym klubie Narew: – Większość zawodników e-sportowych w dzieciństwie trenowała piłkę. Może dzięki temu byliśmy od razu o krok do przodu przed innymi graczami: mieliśmy inne spojrzenie na boisko i więcej umieliśmy pod względem taktycznym – mówi.
A taktyka w grze, w której jeden zawodnik z padem w rękach staje się „mózgiem” poruszającym całą swoją drużyną, jest wszystkim. Tu nie ma miejsca na dowolność i nagłe przebłyski geniuszu graczy biegających po murawie.
Czy trenują według jakiegoś planu? Miłosz: – Nie mam żadnego planu treningowego. Chodzi o to, żeby do niczego się nie zmuszać, żeby nie było presji. Gram wieczorami, średnio pięć-sześć godzin dziennie.
Bartek też nie ma ustalonego reżimu, umawia się po prostu przez sieć z innymi graczami. – Swój czas podzieliłbym na rutynę tygodniową i weekendową. W soboty i niedziele gra się zdecydowanie więcej niż w tygodniu – mówi.
– Ile dziennie gram? – zastanawia się Jakub. – Różnie. Bywają dni, gdy prawie nie grasz, są też dni, gdy siedzisz przy konsoli nawet cztery godziny.
Czy mają czas na inne aktywności?
Miłosz: – To, co robię w „FIF-ie”, jest jak zdalna praca. Poza nią mam sporo czasu – chodzę na siłownię i na basen, jeżdżę na rowerze.
Bartek: – Poza graniem chodzę prawie codziennie na siłownię. Siedzenie przy komputerze jest jednak męczące, więc człowiek potrzebuje prawdziwego ruchu.
Za dużo przypadku
Wszyscy są zgodni: czasami na grę nie da się po prostu już patrzeć.
Jakub: – Jak czasami nie idzie, to człowiekowi tak nerwy szaleją, że lepiej przerwać. Zwłaszcza że w „FIF-ie” jest sporo przypadku.
Miłosz: – Też uważam, że dla profesjonalnych graczy przypadkowość to spory problem. Producent nie wie chyba do końca, czy to ma być gra do zabawy oparta na schematach, czy symulator z dużą dozą losowości. Teraz po naciśnięciu guzika strzału piłka poleci raz tu, raz tam.
Rzadko grają przed publicznością. Widownia pojawia się zwykle na dużych turniejach, i to raczej w fazie finałowej. Zdarzają się oklaski i głosy zachęty. Na przykład: „Zagraj Błaszczykowskim!” albo „Strzel Ronaldo!”. Gracze sterują drużyną złożoną z wirtualnych wcieleń piłkarskich gwiazd. Licytują je na rynku transferowym zarządzanym przez producenta gry, płacąc „monetami”, które zdobywa się jako nagrody za wygrane w turniejach, albo uzyskuje przelewając prawdziwe pieniądze. Może się zdarzyć, że w dwóch grających naprzeciw siebie składach występują ci sami piłkarze. Ale poziom ich wirtualnej gry zależy od umiejętności gracza.
Ile zamierzają grać? Mówią zgodnie: wszystko zależy od wyników. Zostaną w tym, dopóki będą się z grania mogli utrzymać. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















