Historia ognia. Opanowanie żywiołu sprawiło, że staliśmy się ludźmi

Dzięki ogniowi homininy przejęły kontrolę nad jaskinią, wypędziły z niej drapieżniki i stanęły na szczycie łańcucha pokarmowego. Te dokonania blakną jednak przy ewolucyjnych konsekwencjach samego gotowania.
Czyta się kilka minut
Noc Walpurgii w Sztokholmie, 30 kwietnia 2016 r. Współcześnie symbolizuje przywitanie wiosny. Jej nazwa pochodzi od św. Walburgii, anglosaskiej misjonarki nawracającej plemiona germańskie w VIII w. Dawniej wierzono, że to szczególnie ważna noc dla czarownic i złych duchów, które odganiano ogniem. // Fot. T. Schäffer / imageBROKER / Forum
Noc Walpurgii w Sztokholmie, 30 kwietnia 2016 r. Współcześnie symbolizuje przywitanie wiosny. Jej nazwa pochodzi od św. Walburgii, anglosaskiej misjonarki nawracającej plemiona germańskie w VIII w. Dawniej wierzono, że to szczególnie ważna noc dla czarownic i złych duchów, które odganiano ogniem. // Fot. T. Schäffer / imageBROKER / Forum

Pierwszy ogień zapłonął na Ziemi ponad 400 mln lat temu. To wtedy rośliny skolonizowały lądy, zapewniając niezbędne paliwo, a atmosfera nasyciła się tlenem niezbędnym do reakcji spalania. Już od tak dawna ogień wpływa na ewolucję. Pod jego wpływem rośliny i zwierzęta wytworzyły adaptacje – np. grubą korę czy nasiona, które otwierają się pod wpływem wysokiej temperatury, czyli gdy rośnie szansa na to, że w okolicy (po pożarze buszu) zrobiło się dużo przestrzeni do życia.

Stephen Pyne, badacz ekologii ognia, pożary z tego okresu określa Pierwszym Ogniem. Na pojawienie się Drugiego, który przełamał monopol natury na jego wykorzystanie, musieliśmy poczekać setki milionów lat – do czasów pierwszych homininów.

Kiedy człowiek zaczął używać ognia

Najczęściej uważa się, że pierwszym strażnikiem ognia – i pierwszym kucharzem – był Homo erectus, który pojawił się w Afryce ok. 2 mln lat temu, a następnie rozprzestrzenił się do Eurazji, docierając nawet do Chin i na Jawę.

Uruchamianie odtwarzacza...

Nigdy nie dowiemy się, kiedy dokładnie celowo rozniecono pierwsze ognisko. Po pierwsze, potrzeba spełnienia różnych warunków, by popiół i drobiny węgla drzewnego zachowały się w zapisie kopalnym (choć ten ostatni jest wyjątkowo trwały i przez setki milionów lat może przechowywać informacje o roślinach, które spłonęły). Po drugie – i ważniejsze – w praktyce niemożliwe jest odróżnienie celowego skrzesania ognia od podtrzymywania i wykorzystania tego, który pojawiał się naturalnie.

Najstarsze ślady używania ognia mogą sięgać przeszło 1,5 mln lat temu. Na początku czerwca tego roku María Dolores Marín-Monfort i współpracownicy opisali w „PLoS One” ślady ognia znalezione w warstwach osadowych w głębi jaskini Wonderwerk w RPA, datowanych na 1-1,8 mln lat. Silniejsze dowody na kontrolowanie ognia są jednak młodsze. Jednym z najważniejszych stanowisk jest Gesher Benot Ya’aqov w Izraelu, datowane na około 790 tys. lat temu, gdzie znaleziono ślady palenisk i nagromadzenia szczątków ryb, interpretowane jako dowód obróbki termicznej pożywienia.

Odnaleziono tam m.in. tysiące rybich zębów, których rozmieszczenie pokrywało się z paleniskami. Człowiekowate z tego okresu szczególnie upodobały sobie gatunki z rodziny karpiowatych, które osiągały nawet przeszło metr długości.

Ślady ognisk z Europy są dużo młodsze, ale można je interpretować jako rozniecane celowo. Na stanowisku Barnham w Wielkiej Brytanii liczącym ok. 400 tys. lat odkryto niedawno fragmenty pirytu – minerału, który po uderzeniu w krzemień wytwarza iskry. Piryt nie występuje naturalnie w tej okolicy, najbliższe złoża znajdują się co najmniej 16 kilometrów dalej. Dwa fragmenty tego minerału, znalezione obok przypalonych krzemiennych pięściaków, sugerują, że zostały celowo przyniesione na miejsce jako paleolityczne krzesiwo.

Niewiele młodsze ślady z Terra Amata we Francji (poniżej 400 tys. lat) dowodzą już świadomego kontrolowania żywiołu poprzez budowę murków chroniących paleniska przed wiatrem, a analizy hiszpańskiego stanowiska Valdocarros II (ok. 250 tys. lat) wykazują, że nasi przodkowie potrafili regulować temperaturę ognia (do ok. 500 stopni Celsjusza), tak aby nie przypalać mięsa.

Wielu antropologów uważa zresztą, że technika krzesania ognia mogła być wielokrotnie odkrywana i zapominana na przestrzeni setek tysięcy lat. Być może Homo erectus faktycznie używał w Afryce ognia już 1,8 mln lat temu, jednak ślady ognia na stanowiskach archeologicznych starszych niż 400 tys. lat są bardzo rzadkie i odizolowane. 

Dopiero właśnie ok. 400 tys. lat temu, w środkowym paleolicie, coś zaczęło się zmieniać. Na coraz większej liczbie stanowisk z tego okresu znajdowany jest węgiel drzewny, zwęglone kości czy materiały poddane obróbce termicznej. Jedna z interpretacji brzmi tak, że ogień stał się innowacją kulturową, którą pradawni ludzie zaczęli wtedy przekazywać innym grupom.

Jak opanowanie ognia zapewniło naszym przodkom bezpieczeństwo

Od czasu opanowania ognia ewolucja linii Homo gwałtownie przyspieszyła. Jak pisze w książce „Fire: A Brief History” wspomniany już Stephen Pyne, „faustowski pakt z ogniem miał charakter wzajemny. Jeśli ogień wyzwolił ludzkość, to prawdą jest również, że to ludzkość uwolniła ogień. Każde miejsce, które odwiedzili ludzie, dotknęli ogniem. Zanieśli go do krajobrazów, które go wcześniej nie znały”.

Jego zdaniem to wtedy świat stał się jaskinią homininów, już oświetloną, ogrzewaną i chronioną przed drapieżnikami. To również dzięki opanowaniu ognia, a nie tylko dzięki dwunożnej postawie i utracie owłosienia, które zapewniły lepsze chłodzenie, nasi przodkowie mogli zacząć przemierzać świat i… przestać spać na drzewach.

Wcześniejsze gatunki, takie jak australopiteki, prawdopodobnie spędzały noce w bezpiecznych schronieniach na wysokościach, w ten sposób chroniąc się przed drapieżnikami. Ogień zapewnił ochronę, ponieważ skutecznie odstraszał zwierzęta i dawał światło, dzięki któremu ludzie mogli łatwiej dostrzec zagrożenie.

Zmiana ta, zdaniem Pyne’a, była ściśle powiązana z utratą ewolucyjnych przystosowań do sprawnej wspinaczki. Kluczową dla przetrwania rolę ognia widać również współcześnie – jeśli zgubimy się w dziczy, ogień jest pierwszą rzeczą, której potrzebujemy do przetrwania.

O tym, jak ważny jest ogień dla społeczności łowiecko-zbierackich, przekonuje np. obyczaj występujący u australijskich Aborygenów, zgodnie z którym ogień przekazuje się społecznościom, które go utraciły (w zamian za kawałki kwarcu czy ochry).

Być może najbardziej wymowny przykład zmiany, jaką przyniosło wykorzystanie ognia, pochodzi z jaskini Swartkrans z RPA. Najstarsze warstwy tamtejszych osadów zawierają liczne kości wczesnych homininów ze śladami zębów drapieżników.

Nasi przodkowie byli więc wówczas przysmakiem bardziej niebezpiecznych zwierząt. Jednak nad tymi najstarszymi osadami znajduje się wyraźna warstwa z węglem drzewnym, będąca świadectwem opanowania ognia. To moment przełomowy – nad warstwą spalenizny proporcje odnajdywanych kości gwałtownie się odwracają. Dzięki ogniowi homininy przejęły kontrolę nad jaskinią, wypędziły z niej drapieżniki i same stanęły na szczycie łańcucha pokarmowego.

Te dokonania blakną jednak przy ewolucyjnych konsekwencjach samego gotowania.

Hipoteza gotowania: jak ogień wpłynął na naszą ewolucję

Antropolog Richard Wrangham uważa, że Homo erectus ok. 1,8 mln lat temu zaczął regularnie gotować (co oczywiście wymagało kontroli ognia). W swojej wpływowej „hipotezie gotowania” przekonuje, że ogień umożliwił wzrost mózgów linii Homo. Wysoka temperatura nie tylko zabija pasożyty i bakterie. Sprawia, że pokarm jest bardziej przyswajalny, miękki i ma wyższą wartość energetyczną. Dzięki gotowaniu nie spędzamy kilku godzin na przeżuwaniu, co jest typowe dla innych małp.

Nasi wcześniejsi przodkowie, tacy jak australopiteki, jedli głównie surowe rośliny i owoce. Nieco późniejsze homininy – Homo habilis – mogły zacząć spożywać mięso (prawdopodobnie surowe, być może padlinę), ale nadal posiadały cechy małpie – np. umiejętność wspinania się po drzewach.

Gdy doszło do opanowania ognia, zmienił się też człowiek. Według Wranghama spektakularny wzrost objętości mózgu Homo erectus (o kilkadziesiąt procent w porównaniu do australopiteków), a także u naszych późniejszych przodków (łącznie niemal trzykrotny wzrost objętości na przestrzeni ostatnich 2 mln lat) był możliwy dzięki wyższej kaloryczności przetworzonego jedzenia. Budowa klatki piersiowej i miednicy u Homo erectus wskazuje na mniejszy żołądek i jelita, co sugeruje, że nie musieli już trawić ogromnych ilości surowego, włóknistego pożywienia roślinnego.

Już Karol Darwin określił ogień jako „prawdopodobnie największe poza językiem odkrycie w historii ludzkości”. Miał jednak na myśli wyłącznie przetrwanie i ochronę przed drapieżnikami. Jak wiemy po ponad 150 latach, korzyści są znacznie większe.

Zdaniem wielu współczesnych badaczy sama konieczność gromadzenia się wokół ogniska, aby jeść i spać, wymusiła na ludziach większą samokontrolę i spokój. Potwierdzają to dane z obserwacji społeczności łowiecko-zbierackich – w przeciwieństwie do zwierząt, które walczą o każdy kawałek pokarmu, ludzie wypracowali etykietę posiłku, cierpliwie czekają na swoją kolej i… rozmawiają.

Rozmowy przy ogniu: jak powstała kultura

Jak przekonuje antropolożka Polly Wiessner, która przez dekady badała społeczność Ju/’hoansi (Buszmenów) z południowej Afryki, ogień – dając sztuczne światło – przedłużył dzień i dał nam dodatkowy czas, który wykorzystujemy na więzi społeczne. To ważny element narodzin złożonej kultury.

W jednym ze swoich badań Wiessner porównała 174 rozmowy prowadzone w dzień i w nocy. Różnica poruszanych tematów była olbrzymia. W ciągu dnia rozmowy Ju/’hoansi koncentrowały się na sprawach ekonomicznych. Około 31 proc. z nich dotyczyło planów zdobywania pożywienia i technologii, a pozostałe 34 proc. to narzekania i plotki. Jednak po zmroku blask ogniska najwyraźniej sprawiał, że ekonomia ustępowała miejsca wyobraźni. Aż 81 proc. nocnych rozmów to opowieści. Buszmeni śpiewają, tańczą i snują historie o znanych osobach oraz wydarzeniach z przeszłości. Ogółem, społeczności łowiecko-zbierackie spędzają przy ogniu kilkakrotnie więcej czasu, niż jest to niezbędne do przygotowania i spożycia posiłku.

Jednym z czynników odpowiadających za przyjazną atmosferę jest sama obecność ognia. Christopher Lynn, antropolog z Uniwersytetu Alabamy, sprawdził, czy ogień rzeczywiście wpływa na naszą fizjologię. W jego badaniu okazało się, że znacząco obniża ciśnienie krwi. Jednak sam widok płomieni (bez dźwięku) daje niespójne rezultaty. Dopiero połączenie obrazu z naturalnym odgłosem ogniska obniżyło ciśnienie uczestników eksperymentu i działało na nich uspokajająco.

Zresztą współczesne angielskie focus (skupienie) wywodzi się od łacińskiego słowa oznaczającego „ognisko domowe”. W starożytności ognisko było centralnym punktem domu, wokół którego skupiało się życie. Dane archeologiczne wskazują, że było tak prawdopodobnie przez całą historię ludzkości.

Konsekwencje wdychania dymu

Chociaż ogień był fundamentem ewolucji linii Homo, nie był wyłącznie błogosławieństwem. Wiemy dziś, że toksyny pochodzące z palenisk miały negatywny wpływ na zdrowie naszych przodków. Pierwsze ogniska to także pierwsze antropogeniczne zanieczyszczenia środowiska.

Badania domów neolitycznych w Çatalhöyük (osady założonej ok. 9,5 tys. lat temu) wykazały, że poziom drobnych cząstek wewnątrz pomieszczeń przekraczał o tysiące razy współczesne normy przyjęte przez Światową Organizację Zdrowia. Nie pomagało, że w okresach, gdy brakowało drewna, jako opału używano wysuszonego obornika, co jeszcze bardziej zwiększało emisję szkodliwych związków chemicznych.

Wymownym dowodem na szkodliwość ognia jest stan płuc słynnego Człowieka z Lodu sprzed 5300 lat – Ötziego. Roiło się w nich od drobin sadzy, co świadczy o stałym przebywaniu przy paleniskach.

Nieustanne wdychanie dymu mogło być jedną z przyczyn miażdżycy i niewydolności serca, które wykryto u prehistorycznych mieszkańców dzisiejszej Skandynawii. Toksyny znacząco skracały życie, uderzając szczególnie w kobiety i dzieci, które spędzały w zadymionych schronieniach znacznie więcej czasu niż mężczyźni.

Nawet współcześnie dym z dzikich pożarów przyczynia się rocznie do ok. 11,4 tys. przedwczesnych zgonów tylko w USA. Aż 4,5 tys. wynika z incydentów sercowo-naczyniowych.

Niektóre badania genetyczne sugerują zresztą, że nasz gatunek wykształcił mutacje zwiększające tolerancję na toksyny zawarte w dymie. Mogło to zapewniać Homo sapiens przewagę nad neandertalczykami, którzy prawdopodobnie byli mniej odporni na to zanieczyszczenie. Nasi kuzyni oczywiście również korzystali z ognia. Co najmniej 200 tys. lat temu opanowali proces suchej destylacji kory brzozowej, wykorzystując ogień do produkcji dziegciu — zaawansowanego lepiszcza, pozwalającego tworzyć bardziej wyrafinowane narzędzia. 

Wykorzystywali również ogień do wypalania lasów i roślinności. Dowody na takie działania odkryto na stanowisku Neumark-Nord w Niemczech, gdzie neandertalczycy żyli około 125 tys. lat temu. Przez ok. 2 tys. lat z pochodniami w rękach pilnowali tego, by teren wokół tamtejszego jeziora pozostawał otwartą przestrzenią. Analizy wykazały, że na spalonych obszarach znajdowało się dziesięciokrotnie więcej drobin węgla drzewnego niż w okolicznych lasach, co sugeruje celową ingerencję. Wypalanie sprzyjało rozwojowi roślin światłolubnych, takich jak leszczyna czy tarnina, które mogły być pożądanym zasobem.

Pirocen: epoka ognia

Jeszcze w czasach średniowiecza domostwa kowali były lokowane na uboczu. Nie chodziło tylko o hałas, zanieczyszczenia i zagrożenie pożarowe z nimi związane – przynajmniej dla niektórych mieszkańców praca wymagająca kontaktu z żywiołem budziła nieufność i strach.

Ogień odczarowano dopiero w latach 70. XVIII w. Odkrycie tlenu sprawiło, że zaczęto interpretować go jako reakcję spalania. „Spalanie” jest już racjonalne i nowoczesne, w przeciwieństwie do prymitywnego naturalnego ognia.

Być może kiedyś za symboliczną datę końca ognia w życiu codziennym zostanie uznany 1 lipca 2018 r., gdy w Holandii wprowadzono przepisy zakazujące przyłączania do sieci gazowej nowych budynków. To oznacza koniec liczącego niemal 2 mln lat gotowania „na ogniu”.

Dzięki ogniowi skróciliśmy więc nasze jelita i powiększyliśmy mózgi. Zajęliśmy szczytowe miejsce w łańcuchu pokarmowym, a potem zaczęliśmy uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Jak jednak podkreśla Stephen Pyne, jednocześnie staliśmy się siłą geologiczną i zaczęliśmy „gotować” planetę. Wydobywamy pochodzący z przeszłości surowiec, spalamy go w teraźniejszości, skutki uboczne zaś odczujemy w przyszłości. 

Ogień przemysłowy, oparty na spalaniu paliw kopalnych, Pyne określa mianem Trzeciego Ognia. To kluczowy element epoki pirocenu – której nazwę zaproponował Pyne jako ściśle powiązaną z bardziej zadomowionym w literaturze antropocenem – i przestroga, że jeśli nic nie zmienimy w naszym podejściu do środowiska, Czwartego Ognia może już nie być.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Wykuci w ogniu