Ojciec, Syn i ptak – tak w ikonografii. W zaimkach: on, on i on. Biedny Duch Święty, bo choć z hebrajskiego nazwany jest ruah (żeńsko), a po grecku pneuma (nijako), to po łacinie i po polsku brzmi twardo i męsko.
Z tym małym niuansem rodzaju gramatycznego tracimy lekkie zróżnicowanie płci w Trójcy. W Bogu, którzy rzecz jasna płci nie ma, bo jakby miał mieć, ale uparcie w kulturze przedstawia się Świętą Trójcę jako starca, młodzieńca i gołębia. Do tego, na trzy osoby dwie brody. Więc ostatecznie upłciowiony jest na potęgę. On, on i on. W Trójcy jedyny.
Duchini i Duszyca: dlaczego żeńskie formy mają sens
Czasem próbuję rozepchać tę płciowo ciasną przestrzeń. Przeciągnąć Ducha na żeńską stronę. Dla zaczepki, dla zabawy – poważnej, duchowej zabawy w elastyczność religijnej wyobraźni, uwalnianie jej od idoli obrazów, do których przywykliśmy. Duch poddaje się temu łatwiej niż Ojciec czy Syn. Ducha Święta – piszę, a korekta zgrzyta zębami, ale rozumie. Duchini Święta. Albo moje ulubione: Duszyca Święta. Co czytelnik lub czytelniczka czasem odnotowują w liście do redakcji, z zadowoleniem lub bez.
Najczęściej jednak pracuję w zaimkach, podmieniam on na ona. Łatwo, niewinnie, celowo, chcąc delikatnie zmącić odruch używania męskich słów i obrazów. Albo wzdycham modlitewnie (to najłatwiej): Pocieszycielko! Przyjdź!
Po co mi to? Język i obrazy to potężne narzędzie religijnej kultury, kształtujące nasze wyobrażenia i układające potem słowa modlitw. Feministyczne teolożki szybko poczuły, że trzeba krytycznie podejść właśnie do języka i obrazów. A potem kreatywnie je podmienić, zaproponować nowe. Z tym nowym bywa jednak ciężko, bo nie jest łatwo zrezygnować ze starych hymnów i nawyków. Nawet samym feministkom. Niełatwo mierzyć się z własnymi językowymi nawykami.
Ale nawet mała zmiana, drobne przesunięcie otwierają nowe światy. Mam przyjaciółkę, która od lat mówi i modli się, używając żeńskiej formy: Boga. Potykamy się o tę formę w rozmowach i modlitwie z nią, ale pozytywnie. Zatrzymuje, zwraca uwagę, otwiera na inne możliwości.
Czy płeć żeńska Ducha Świętego to stereotyp
Eksperymentuję, ale potem czytam u innych feministycznych teolożek, że trzeba z tym uważać. Duch Święty jest najmniej rozwiniętą teologicznie osobą Trójcy, najbardziej wypełniającą luki i szczeliny. Służebną, relacyjną, bez właściwości, bez własnego głosu… No więc… żeńską? Tak stereotypowo?
Jak jeszcze dodamy żeńskie zaimki, to zrobimy z Ducha właśnie stereotypową kobiecą postać w Trójcy. A chyba nie o to chodzi. Wprost ujęła to dwie dekady temu Nicola Slee, pisząc: „Ukrycie, anonimowość, niewidoczność kobiet jest lustrzanym odbiciem braku twarzy i imienia Ducha w chrześcijańskiej liturgii, teologii i życiu”.
Przyjmuję ostrzeżenie, ale testuję dalej. Partyzancko zaczepiam, bo nie mam przecież szans zrobić skutecznie z Duszycy Świętej stereotypowej kobiety bez właściwości. Zmienić jej obrazu w oczach miliarda katolików. Ale pozaczepiać myśl zawsze warto albo pozaszczepiać pomysły, które wietrzą głowę. W końcu cokolwiek powiemy o Bogu, to nam się Bóg wymknie. Tak jest i tu.
Modlitwa do Pocieszycielki w tradycji chrześcijańskiej
Ciekawe, jak niewiele mamy w tradycji chrześcijańskiej modlitw – może poza Kościołem syryjskim – kierujących się do Pocieszycielki bezpośrednio. Zgodnie jednak przywołujemy, błagamy o przyjście, zapraszamy: niech zstąpi, niech wejdzie w nasze serca, w nasze wspólnoty. Najczęściej powtarzające się słowo, we wszystkich tradycjach, to „przyjdź!”.
Może to pokorne uznanie niewystarczalności, braku, potrzeby bycia wypełnioną, jest tu najważniejsze? Zarówno w noc Pięćdziesiątnicy, jak i w prywatnych wezwaniach. Wołanie o Bogę Towarzyszkę, bliską, wspierającą.
Próbuję.
Przybądź, Duszyco Święta, Pocieszycielko! Która unosiłaś się nad wodami, mówiłaś ustami proroków. Przybądź, światłości prawdziwa, życie wieczne, szczęśliwości bez końca. Przybądź, mocna, acz delikatna, potężna, choć dyskretna, która odnawiasz wszystko. Przyjdź, pragnienie mojej duszy. Przyjaciółko, opatrująca rany.
Teologia Elizabeth Johnson: Duch, materia i ciało
Zabawa zaimkami i językiem to najprostsze feministyczne ćwiczenie, pozwalające rozkuć trochę patriarchalny język teologii. Ale co można jeszcze osiągnąć, spotykając feministyczną teologię z Pocieszycielką? Ducha jest tym najbliższym sposobem bycia Boga w świecie, blisko, przy ciele, w ziemskości, w ludzkich sprawach. I tak właśnie zdają się widzieć opowiadanie o Duchu Świętym feministki, czytając go właśnie w tym, co bliskie, zmysłowe, cielesne, relacyjne.
Oto świat stworzony, materialny, utytłany w życiu. Przestrzeń działania Duchy, jej arena, plac zabaw. O Duchu klasyczka feministycznej teologii s. Elizabeth Johnson pisze w książce „She Who Is” (Ta, która jest), że ma dwie główne role: ożywiania, bo będąc kreatywną siłą stwarzającą świat, teraz go podtrzymuje. A także odnawiania i wzmacniania tego, co zostaje dotknięte grzechem. To Duch jest energią zmiany, odnowy, od osobistych przez społeczne, polityczne i kosmiczne. Materia nie jest oddzielona od Ducha, bo on ją przenika i uświęca, tak samo ciała. Również ciała kobiet. W jej teologii Duszyca Święta staje się zatem wszechobecna, wszechnapędzająca, zaangażowana w powstawanie i przywracanie wszystkiego.
Poetycka wizja Ducha Świętego Hildegardy z Bingen
Co ciekawe, nie jest to dalekie od intuicji Hildegardy z Bingen, jednej z nielicznych kobiecych autorek wcześniejszych wieków, których słowa znamy. Spod której pióra wyszła piękna inwokacja do Ducha Świętego, inna niż te, które mają męskich autorów, poetycka, pełna obrazów pielęgniarskich i przyrodniczych. Hildegarda nie używa wobec Ducha feminatywów, ale na własne potrzeby można w modlitwie to łatwo zmienić. Cytuję, jak napisała mistyczka z XII wieku:
„O ogniu Ducha, Wspomożycielu, który jesteś życiem życia całego stworzenia. Święty jesteś Ty, który nadajesz życie kształtom. Święty jesteś Ty, który nakładasz balsam na szkodliwe złamania. Święty jesteś, który obwiązujesz ropiejące rany. O tchnienie świętości, o ogniu miłości. O łagodny smaku w sercach, deszczu w duszach, rozsiewający woń cnót. O czysta fontanno, w której widać, jak Bóg gromadzi nieznanych i odnajduje zagubionych. O osłono życia, nadziejo zjednoczenia wszystkich ludzi, zacisze piękna – zbaw wszystko, co istnieje! Strzeż tych, których uwięził nieprzyjaciel; wyzwól tych, którzy są w więzach; tych, których pragnie zbawić boska moc. O najpewniejsza drogo, przechodząca przez wszystkie miejsca, na szczytach, w dolinach, przepaściach, aby zbliżyć i zjednoczyć wszystko, co istnieje! Ty sprawiasz, że lecą chmury i unosi się powietrze, że kamienie pokrywają się wilgocią i wody stają się strumykami, a ziemia wydaje zieleniejące soki. To Ty również prowadzisz zawsze mądrych i napełniasz ich radością z natchnienia Twojej mądrości. Chwała więc Tobie, który sprawiasz, że rozbrzmiewają hymny pochwalne i który radujesz życie. Ufność i cześć i moc Tobie, który przynosisz światło!”.
Zmysłowość i ucieleśnienie w teologii Ducha
Niewiele jest feministycznych teolożek zajmujących się wprost rozważaniami o Duchu. Tak zresztą, jak ogólnie nie jest to szeroki nurt teologii, wciąż jakoś niedopieszczony. Z drugiej strony, wiele intuicji, na które da się natrafić, dotyka właśnie ucieleśnienia, zmysłowości. Andrea Hollingsworth pisze o Duchu jako o głosie Boga, potrzebującym jednak strun głosowych i ust, by wybrzmieć. Istnienie poza materialnością będzie nieme. Duch jest dla niej wymianą wokalną słuchających i mówiących, wielogłosowym dialogiem, relacyjnym i zróżnicowanym. A to już prawie eklezjologia, bo czyich strun głosowych potrzebuje Duch, jeśli nie naszych, kolektywnych? Strun głosowych wszystkich ochrzczonych.
Pozostając w logice zmysłowo-cielesnej, Anna-Claar Thomasson-Rosingh porównuje doświadczenie Ducha i seksualnej ekstazy. Stawanie się jednym z drugą osobą jawi się podobne do spotkania z Bogiem. Nie jest to nowy trop – spójrzcie na średniowieczne mistyczki i mistyków. Thomasson-Rosingh pisze: „Gdyby linia, na której lokujemy duchowość i seksualność jako opozycje, stała się kołem, duchowość i seksualność byłyby sąsiadkami”. I dodaje: „spojrzenie na pneumatologię przez soczewkę seksualności może sprawić, że w Duchu dostrzeżemy więcej zabawy, konkretu, ziemskości i zakorzenienia w relacji”.
Nowa teologia w perspektywie Ducha
A może marginalizacja Ducha i marginalizacja kobiet mają coś wspólnego? – zastanawiają się teolożki. Może dominacja przyrody również łączy się z tym w jakiś sposób? – przychodzi mi na myśl. Co innego podbijać świat z brodatymi mężczyznami na sztandarach, a co innego wpisać w nie… no właśnie, co? Deszcz, powiew, płomień, dyskretną siłę przenikającą cały świat?
Może faktycznie potrzebujemy rozpasanej, gęstej, odważnej pneumatologii, mocnej opowieści o Duchini Świętej, Pocieszycielce i Ożywicielce wszystkiego. Gdyby od strony Ducha, a nie przez naszą hierarchiczną, stabilną teologię spojrzeć na człowieka, Kościół i świat, to pewnie byśmy zobaczyli ich nieco inaczej. Opowieść z lekkiego powiewu, łagodnego smaku w sercu, drogi prowadzącej przez wszystkie miejsca. Jaka by była taka teologia?
Teologiczne mówienie o Duchu Świętym najczęściej nabiera ciała jako eklezjologia. Opowieść o Duchu, niewidzialnym, przybierającym różne formy, zyskuje konkret (i ciało), gdy mowa o Kościele, w którym wszyscy ochrzczeni mają jakieś zadania i charyzmaty, warte rozpoznania, jak nauczał Sobór Watykański II. W końcu to właśnie Kościół świętujemy w Pięćdziesiątnicę, a dokładniej: Kościół głoszący, różnorodny, jednoczący, bez lęku przed światem, Kościół, którym stała się grupa przestraszonych uczniów i uczennic natchnięta Pocieszycielką.
Eklezjologia Soboru: synodalność i charyzmaty Ducha
Papież Leon XIV zachęca nas w tym roku do lektury tekstów Soboru Watykańskiego II, więc może na Pięćdziesiątnicę moglibyśmy zadać sobie do czytania na przykład fragmenty Konstytucji Dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium”, gdzie mowa o charyzmatach rozdawanych przez Ducha Świętego, „każdemu, jako chce”. Duch Święty „rozdziela między wiernych wszelakiego stanu także szczególne łaski, przez które czyni ich zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą pożyteczną rozbudowę Kościoła” – czytamy w rozdziale 12.
Jan XXIII, inicjator soboru, chciał, by był on nową Pięćdziesiątnicą. Zgromadzeni na soborze rozpoczynali zresztą dzień od modlitwy do Ducha Świętego napisanej przez Izydora z Sewilli w VII w., którą otwierają słowa: „Stajemy przed Tobą, Panie Duchu Święty. Stajemy wprawdzie obciążeni ludzkimi grzechami, ale specjalnie zgromadzeni w Twoje imię. Przybądź do nas, pozostań z nami, zechciej przeniknąć nasze serca. Ukaż nam drogę, którą mamy kroczyć. Zdziałaj to, czego mamy dokonać”.
Dziś kościołotwórcze rozpychanie się Świętej Duszycy można najpełniej zobaczyć w synodalności, rozbudowującej soborową teologię. Jeśli to ma być nasz sposób bycia Kościołem – relacyjność, słuchanie nawet słabych i marginalnych głosów, szacunek dla idących obok członków Bożego Ludu – to widać w nim fundament takiej teologii, w której Duch jest tam, gdzie chce i przy kim chce, a jego ustami stają się niekoniecznie biskupi i teologowie.
Niech wieje przez nasz Kościół, prowadzi, ożywia, zaskakuje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















