Debata zorganizowana w Nowym Jorku przez telewizję CBS News w zasadzie powinna mieć marginalne znaczenie. Amerykańscy wyborcy rzadko bowiem śledzą uważnie telewizyjne starcia kandydatów na wiceprezydenta. Tym razem stawka była o wiele wyższa: to mogła być bowiem ostatnia debata przed wyborami 5 listopada, gdyż Trump konsekwentnie odmawia kolejnego starcia z Kamalą Harris. A to oznacza, że w tym wyrównanym wyścigu o prezydenturę to prawdopodobnie jedyny moment, gdy obie kampanie mogły trafić ze swoim przekazem do ogólnokrajowej widowni, w tym do niezdecydowanych wyborców.
W trakcie 90-minutowej debaty JD Vance - republikański senator z Ohio i kandydat Trumpa na wiceprezydenta - oraz Tim Walz, gubernator Minnesoty i polityczny wybranek Kamali Harris, odpuścili sobie ostre ataki na oponenta wzorem tych z 10 września, gdy starli się ich szefowie. Zamiast tego Vance i Walz skupili się na rozliczaniu drugiej strony ze stanowiska wobec kluczowych kwestii, takich jak gospodarka, polityka imigracyjna, aborcja, dostęp do broni, zmiany klimatu czy polityka zagraniczna. Od tej ostatniej rozpoczęła się debata.
JD Vance, republikański senator z Ohio, oraz Tim Walz, gubernator Minnesoty: co mówili podczas debaty
JD Vance i Tim Walz dostali pytanie o sytuację na Bliskim Wschodzie. Kilka godzin po tym, jak Iran wystrzelił prawie 200 rakiet w kierunku Izraela, rywale mieli odpowiedzieć, czy poparliby atak prewencyjny tego kraju na Teheran. Vance wybrnął mówiąc, iż decyzja w tej sprawie należy do Izraela, z kolei Walz kluczył, przekonując, że w obliczu tak chaotycznej sytuacji na świecie potrzebne jest stabilne przywództwo Stanów Zjednoczonych, a takie jego zdaniem zagwarantuje jedynie Kamala Harris. „Będziemy bronić naszych sił, podobnie jak sił naszych sojuszników. Będą konsekwencje” – uciął Walz, nawiązując do słów Harris tuż po irańskim ataku rakietowym.
Kandydaci na wiceprezydenta we wtorkowy wieczór wielokrotnie sięgali po dobrze znaną linię ataku. Vance kwestionował obietnice gospodarcze Kamali Harris, przypominając, że to właśnie za administracji Bidena, w której Demokratka pracuje, poszybowała inflacja, a amerykańskiej klasie średniej żyje się coraz gorzej. Z kolei Tim Walz atakował szefa Vance’a – Donalda Trumpa – za to, że naciskał na Republikanów w Kongresie, by odrzucili reformę imigracyjną mogącą uzdrowić sytuację na granicy USA–Meksyk.
Jednak nawet w tym gorącym kampanijnym temacie rywale uderzali w pojednawczy ton, przekonując, że oponentowi też zależy na rozwiązaniu problemu, tylko niekoniecznie jest to możliwe pod rządami jego szefa – Trumpa czy Harris.
Najbardziej emocjonująca część debaty dotyczyła wyborów prezydenckich w 2020 r. i podważania przez Trumpa ich wyniku. Gdy JD Vance powtarzał, że „chce skupić się na przyszłości” – tym samym unikając przyznania, że były prezydent USA przegrał wyścig cztery lata temu, Walz wypalił, że to „godny potępienia unik”.
Kto wygrał debatę kandydatów na wiceprezydenta
Podczas telewizyjnego starcia obaj kandydaci na wiceprezydenta wyraźnie się pilnowali, by nie odstraszyć umiarkowanych wyborców. Szczególnie widoczne było to u 40-letniego Vance’a, znanego z populistycznej retoryki na miarę Trumpa oraz obrony najdzikszych teorii spiskowych, jak m.in. ta, iż jakoby haitańscy imigranci w Springfield w stanie Ohio jedli koty i psy.
Vance wykorzystał początek debaty do przedstawienia się jako człowiek wychowany w rodzinie robotniczej, gdzie nie przelewało się, a jego matka zmagała się z uzależnieniem od narkotyków. O zrozumieniu dla problemów „zwykłych Amerykanów” lubi mówić też 60-letni Tim Walz, który w swoim bogatym życiorysie służył w Gwardii Narodowej, był nauczycielem i trenerem szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego.
Po wtorkowym starciu Walz–Vance zdania Amerykanów są podzielone. W błyskawicznym ogólnokrajowym sondażu CBS News 42 proc. respondentów oceniło, że debatę wygrał Republikanin, z kolei 41 proc. wskazało na Demokratę, a 17 proc. na remis. Podobne nastroje uchwycił sondaż CNN, według którego 51 proc. ankietowanych za zwycięzcę uznało Vance’a, zaś 49 proc. – Walza.
Wyborcze starcie Trumpa i Harris: liczy się każdy głos
Debata kandydatów na wiceprezydenta odbyła się w momencie, gdy Harris i Trump depczą sobie po piętach w swing states, siedmiu kluczowych stanach, którego zadecydują, kto wprowadzi się do Białego Domu. Podczas serii wieców rywale nie tylko mobilizują swój żelazny elektorat i zabiegają o głosy wyborców niezależnych oraz umiarkowanych, ale także wyciągają rękę do przeróżnych grup etnicznych i religijnych. Stąd m.in. widoczne w ostatnich tygodniach starania o poparcie m.in. mieszkających w swing states mormonów, Portorykańczyków i Amerykanów polskiego pochodzenia. W tej walce liczy się każdy głos. Według portalu Real Clear Politics, który uśrednia wyniki najważniejszych amerykańskich sondaży, Harris ma niewielką przewagą w Nevadzie, Wisconsin i Michigan, Trump zaś minimalnie prowadzi w czterech pozostałych stanach kluczowych – Arizonie, Karolinie Północnej, Georgii i Pensylwanii. W tej ostatniej na ten moment ma przewagę zaledwie 0,1 pkt. proc. To, jak ważny jest ten stan dla obu kampanii, pokazuje fakt, że tuż po debacie Tim Walz udał się do środkowej Pensylwanii na spotkania z wyborcami, z kolei Donald Trump w sobotę wystąpi na wiecu w miejscowości Butler, gdzie w lipcu doszło do pierwszej nieudanej próby zamachu na jego życie.
Podczas telewizyjnej debaty Tim Walz i JD Vance mieli główny cel: nie zaszkodzić za bardzo swoim szefom, a potem powrócić do ostrych ataków na kampanijnym szlaku. Z tej perspektywy, wtorkowe spotkanie im się udało.
MARTA ZDZIEBORSKA jest dziennikarką „Press”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















