Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Tuż za oknem

Tuż za oknem

27.01.2015
Czyta się kilka minut
Gdy wtedy szli, w Marszu Śmierci, zimą 70 lat temu, Helena Malcher miała 9 lat. „Przez tamten most ich gnali” – pokazuje z kuchennego okna stare przejście przez Wisłę.
Tędy szli więźniowie: Góra, styczeń 2015 r. Fot. Anna Goc
D

Droga jest wąska. Jeśli szli piątkami, musieli ocierać się o gałęzie rosnących po obu stronach drzew. Ich obozowe drewniaki ślizgały się po oblodzonych betonowych płytach, którymi utwardzono ścieżkę. Do pokonania mieli 63 km. Trasa wiodła z Oświęcimia do Wodzisławia Śląskiego m.in. przez Brzeszcze, Górę, Ćwiklice, Pszczynę, Porębę i Jastrzębie Zdrój.
– Jeśli któraś z więźniarek upadła, psa spuszczali. Jeśli nie wstawała, zabijali – Helena Malcher, mieszkanka Góry (leżącej na trasie między Oświęcimiem i Pszczyną) tak wspomina Marsze Śmierci, które widziała jako dziecko.
Tych, co nie mieli już sił iść, zabijali na początku bezgłośnie, bijąc kolbą w tył głowy. Prowadzący ostatnie kolumny strzelali. Gdy przeszli, mieszkańcy grzebali zamarzające w czerwonym śniegu ciała. Znosili je z pastwisk, rowów, wyciągali z pobliskich stawów. Na trasie zostało blisko 40 zbiorowych mogił [o poszukiwaniu dziś mogił ofiar Marszów Śmierci i identyfikowaniu ich ofiar patrz „TP” nr 4/2015 – red.].
Przy niektórych, jak w sąsiadującej z Górą Miedźnej, są teraz tabliczki: „Mogiła zbiorowa 42 ofiar zamęczonych na terenie sołectwa Miedźna dnia 18 stycznia 1945 przez hitlerowskich oprawców SS w czasie ewakuacji obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Niech im ziemia polska lekką będzie”.
Stopy na mrozie
Gdy więźniowie szli, Helena Malcher miała 9 lat. – To przez tamten most ich gnali – pokazuje mi z kuchennego okna stare przejście przez Wisłę. – Dobrze, że dziś już nie działa. Same nieszczęścia tu sprowadzał.
Zanim Niemcy odbudowali most, mieszkańców przeprawiał przez rzekę prom z przewoźnikiem. Jednorazowo mógł zabrać sześć osób. Płacili mu tyle, co za pszenną bułkę. Poprzedni most wysadzili w powietrze 2 września 1939 r. cofający się polscy żołnierze. Z kolei ten zbudowany za okupacji zniszczył 27 stycznia 1945 r. Wehrmacht, cofając się przed Armią Czerwoną. Po wojnie nowy stanął kilkaset metrów dalej, na przedłużeniu szosy pszczyńskiej.
Od 70 lat niewiele się tu zmieniło. Rosnące dziś na 12 hektarach parku sąsiadującego z Wisłą dęby szypułkowe, lipy drobnolistne, sosny wejmutki i graby zwyczajne były tylko młodsze. Jarzębiny pozbyły się na zimę owoców, ze stawów odfrunęły bociany królewskie, kaczki cyranki i mewy. Pod śniegiem schowały się żyjące w groblach piżmaki, kuny wodne i gronostaje.
Ścieżkę, którą szli, zna w okolicy każdy. „Droga więźniów oświęcimskich” – szepcą sobie do ucha dzieci, które latem biegają między stawami, a zimą zjeżdżają na sankach z górek w parku.
Z tamtej zimy Helena Malcher pamięta siarczysty, szczypiący w każdą odsłoniętą część ciała mróz, gołe stopy więźniarek, przewieszone przez ich ramiona niewielkie torby. I koce, które w liczącej pół tysiąca ludzi kolumnie mieli nieliczni. – Więcej i tak by nie unieśli – mówi.
Razem z innymi dziećmi biegała wzdłuż drogi do mostu, przez który szli. Obserwowali z werandy domu albo przez okna, które wybiegały tuż na ścieżkę. Niemcy nie zwracali na nich uwagi.
– Kiedy zaczynały wyć syreny, podobne do pożarowych, a niebo nagle jaśniało, wiedzieliśmy, że idą – wspomina Helena Malcher. – Ludzie mówili, że to Amerykanie filmują ich z góry, by mieć dowody.
Gdy pewnego dnia zobaczyła kolejną zbliżającą się kolumnę, pobiegła do domu, ukroiła grubą kromkę chleba i rzuciła im. „Halt” – usłyszała. Marsz stanął. Esesman, trzymając w ręce chleb, szedł w kierunku grupy dzieci. Na pytanie „Kto rzucił?”, podniosła rękę do góry. Później wszystko działo się szybko: Niemiec kazał wyjść wszystkim z domu i dał wybór: „Albo idziecie z nami, albo was zastrzelę”.
– Przypomniało nam się wtedy, że ojciec, którego wcielono do niemieckiego wojska – bo nasza miejscowość w 1939 r. znalazła się w Rzeszy – wysłał nam swoje zdjęcie w mundurze. Pokazaliśmy je. Esesman przyjrzał się fotografii i wyszedł. Marsz ruszył dalej – opowiada.
Wciśnięty list
Z tamtej zimy Helena Malcher, dziś lat 79, pamięta jeszcze jeden obraz. Wracały z mamą z pobliskiej wsi z namełtym żytem i bańką mleka. Szły równolegle z więźniarkami. Gdy esesman odwrócił się, jedna z nich, idąca najbliżej, przytuliła się do mamy, wsunęła coś do jej torby i szybko wróciła do kolumny. – Nie wiedziałyśmy, co to. Ale byłyśmy pewne, że jeśli Niemiec zauważył, nie przeżyjemy – mówi Helena.
Pamięta tamten strach, zdrętwiałą rękę mamy, która wepchnęła to coś głębiej do torby. I twarz tamtej kobiety. A także, że gdy były blisko domu, jej wciąż wydawało się, że tam nie dojdą. Gdy otworzyły torbę, okazało się, że to list, który więźniarka napisała do swojej rodziny. Był adres, dzięki któremu udało się go po wojnie dostarczyć. Czy więźniarka przeżyła? Tego nie wiedzą.
Tamtego styczniowego dnia zdawało im się, że marsz nigdy się nie skończy.
– Szli noce i dnie, noce i dnie – mówi pani Helena. I dodaje: – Ci, których widzieliśmy, będą w naszej pamięci już zawsze. Idący tuż za oknem. ©℗

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka, reporterka, redaktorka działu Kraj „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpracowniczka Instytutu Dziennikarstwa,...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]