Krystyna Janda. Teatr, życie i demony, z których rodzą się wielkie role

W „Zapętlonej” wraca temat, który od lat towarzyszy najważniejszym rolom Krystyny Jandy: sztuka bywa zawodem, ale czasem staje się świadectwem. I wtedy życie ze sceną splatają się w węzeł nie do rozsupłania.
Czyta się kilka minut
Krystyna Janda w Teatrze Polonia, 2019 r. // Fot. Maciej Zienkiewicz / Forum
Krystyna Janda w Teatrze Polonia, 2019 r. // Fot. Maciej Zienkiewicz / Forum

Gra, reżyseruje, w dzień i w nocy prowadzi dwa teatry należące do jej fundacji, ze swymi spektaklami i rolami jeździ po Polsce, od Krakowa po Wejherowo. Ostatnio intensywnie opowiadała o Andrzeju Wajdzie – wiadomo, setna rocznica urodzin mistrza i przyjaciela. 

Krystyna Janda nic nie musi, ale prawie wszystko może. Odkrywa raz za razem nowe karty swego aktorstwa, wydaje się, że nieustannie biegnie. Kiedy się ją spotka, uśmiecha się, ale jej uśmiech zdaje się przydymiony, za delikatną mgłą. Bo to, co widać, jest tylko częścią jej wizerunku – tą, którą chce pokazać innym. Do tego, co głębiej, nie mamy dostępu.

Krystyna Janda o zawodzie aktora 

Dwa wspomnienia. Pierwsze – dalsze i w gruncie rzeczy całkiem prywatne.

Jakoś w pierwszych miesiącach pandemii tworzyłem zbudowaną z wywiadów książkę „Zawód: aktor”. Był rok 2020, w planie rozmowy z przedstawicielami umownie pojmowanego pokolenia średniego: czterdziesto-, czterdziestoparolatków. Jednak było dla mnie zupełnie jasne, że w tym gronie musi znaleźć się również Krystyna Janda.

Uruchamianie odtwarzacza...

Zgodziła się, zaprosiła do Och-Teatru, akurat grała „Białą bluzkę”, bo na chwilę „odmrozili kulturę”. Siedliśmy – sam nie wiem – w maleńkiej garderobie, trochę biurze, a trochę pokoju spotkań. Znaliśmy się, w końcu pisałem o niej wielokrotnie, nie trzeba było tracić czasu na konwencjonalne wstępy. 

Mówiła fascynująco, choć bez żaru w oczach, jakby ówczesny czas był namacalnie odczuwalnym ciężarem, metaforycznie odbierał tlen, bo nie pozwalał pracować jak dawniej.

Janda, jak to ona, nigdy nie uderzała w patetyczne tony, za to trafiała w punkt. Nie zdążyłem dokończyć pytania, a ona wypowiedziała słowa, które towarzyszą mi do dziś. „Nie szukam, bo już dawno znalazłam. Przy realizacji »Przesłuchania« wiedziałam o zawodzie dokładnie to, co wiem dziś”. Wielki film Ryszarda Bugajskiego kręcono w 1981 r. Minęło lat czterdzieści pięć.

Drugie wspomnienie całkiem bliskie. 9 marca, Teatr Polski w Warszawie, gala rozdania Polskich Orłów. Kluczowy moment wieczoru – Krystyna Janda ma odebrać nagrodę za osiągnięcia życia. O jej wręczenie i laudację zostaje poproszony Jerzy Radziwiłowicz, Mateusz Birkut z „Człowieka z marmuru” Wajdy.  

Aktor jest już na scenie, ucisza oklaski. Spogląda na ludzi i konstatuje, że teraz powinien powiedzieć coś o Jandzie. Powinien, ale nie powie, bo to nie ma żadnego sensu. Bo to Krystyna Janda i żadne słowa jej nie oddadzą. Zaprasza wielką aktorkę, a swoją przyjaciółkę. Ona wchodzi na scenę, sala podrywa się z miejsc. Wybucha owacja.

Aktorskie demony Krystyny Jandy 

Ostatnia premiera Jandy odbyła się w Teatrze Polonia 1 maja. Realizatorzy najwyraźniej nie bali się majówki – wiedzieli, że mimo wolnych dni wszyscy przyjdą. I przyszli, jak zwykle. Stała publiczność. Na scenę blisko Placu Konstytucji przychodzi jak do siebie. Poza tym po mieście poszedł hyr, że nowa rola aktorki to nie tylko gwiazdorski popis, że w „Zapętlonej” mierzy się z aktorskimi demonami, no i w ogóle – partia Tallulah Bankhead, hollywoodzkiej gwiazdy, która stoczyła się na dno, wydaje się jakby dla niej pisana.

Janda opowiada, że prowadząc dwa teatry, przede wszystkim czyta. Dziesiątki sztuk, adaptacji, wszystko, co potencjalnie mogłoby trafić na którąś ze scen. Tak znalazła dramat Matthew Lombardo, autora wcześniej w Polsce niewystawianego. W programie do „Zapętlonej” czytam, że w czymś, co napisał, grała Kathleen Turner, że w Nowym Jorku w rolę Tallulah Bankhead wcieliła się Valerie Harper, wyróżniona potem nominacją do prestiżowej nagrody Tony. 

Nie zmienia to faktu, że przed 1 maja 2026 r. o panu Lombardo nic nie wiedzieliśmy, a i teraz ja przynajmniej na jego teksty nie będę czekał ze szczególną niecierpliwością. 

Nie znaczy to, że „Zapętloną” skreślam. Przeciwnie, to kawałek nieźle skrojony, z jedną popisową partią i dwiema pobocznymi, ale nie marginalnymi rolami. Napisany nieźle i dobrze przez Andrzeja Kłosińskiego przetłumaczony, pomyślany jako materiał dla teatru, aktorki i aktorów. Tylko tyle, ale i aż tyle. 

Nie udaje literatury cięższego kalibru, a jednak kilka życiowych prawd przemyca. Nie zdziwię się, jeśli po sukcesie premiery w Polonii trafi w inne miejsca. Byłoby dobrze, ale koniecznie trzeba pamiętać, że to materiał dla wyjątkowej aktorki, że w wykonaniu aktorów o poziom słabszych może wyjść z niego zwykła miałkość.

To wszystko jednak bez znaczenia, bowiem w Polonii Tallulah Bankhead gra Krystyna Janda.

Brzydkie słowa Krystyny Jandy

Najpierw czekają na nią w studiu nagraniowym. Danny Miller (Paweł Ciołkosz), montażysta i po trosze asystent reżysera, oraz młody dźwiękowiec Steve (Adam Tomaszewski) mają dopilnować, by Tallulah dograła jedną kwestię do jej ostatniego, ukończonego właśnie filmu. Podczas ujęcia w jej słowa wkradły się zniekształcenia, niewykluczone, iż aktorka była pijana.

Jedno zdanie, zaledwie kilkanaście słów: „Ten zakłamany kapelan nie wpuścił mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu do kościoła”. A jednak od tych sekund zależy bardzo wiele. Dlatego Danny rwie włosy z głowy, bowiem kobiety ciągle nie ma. 

Wreszcie wchodzi, lekko zataczając się na schodach. Pierwszym słowem, jakie usłyszymy z ust Tallulah/Jandy, będzie siarczyste „k…”.

Nie policzyłem, ile razy owo słowo pojawia się w dwugodzinnym przedstawieniu, dochodzą jeszcze inne wyrazy podobnej proweniencji, ale mam pewność, że bohaterowie, dajmy na to, „Psów” Pasikowskiego byliby w tej konkurencji skazani na porażkę. Janda rzuca mięsem z widoczną przyjemnością, wie, że taki język jest immanentnie wpisany w postać. Publiczność z początku reaguje na to z przesadnym jak dla mnie entuzjazmem, ale aktorka nie daje się ponieść szarży. 

Krystyna Janda i Paweł Ciołkosz w sztuce „Zapętlona”, Teatr Polonia, 2026 r. // Fot. Katarzyna Kural-Sadowska / materiały prasowe

Tylko ludzie o słabej pamięci, słuchając granej przez Jandę Bankhead, przeżyją szok. Ona jest zawodowcem, używa takich słów i narzędzi, jakich potrzebuje bohaterka. I oczywiście, nie zamierza się z tym kryć i niektórych wyrazów wstydliwie szeptać w kołnierz. 

Jej Tonka Babić ze wstrząsającego monodramu Vedrany Rudan „Ucho, gardło, nóż”, osierocona przez chorwacko-serbskich rodziców po bałkańskiej wojnie, siedzi na kanapie przed szemrzącym telewizorem i słowami detonuje świat, by dać upust swej rozpaczy. Tego nie dało się zagrać łagodniej, grzeczniej. Nie z Jandą takie numery.

Albo bohaterka „Alei Zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego (wciąż na afiszu Polonii). Za życia próbuje przygotować sobie pochówek, jest szanowaną poetką, która znalazła się na marginesie i walczy o miejsce w tytułowej alei, bo tylko to gwarantuje pochówek na koszt państwa. Polska i świat chcą jednak wypluć ją – teraz i po śmierci. Dlatego wypowiada albo wykrzykuje tyrady skierowane przeciw bezdusznej głupiej władzy i nieczułemu społeczeństwu. 

Słuchając Jandy w „Alei Zasłużonych”, czułem, że jej bohaterka mówi nie tylko w swoim imieniu, ale wyraża opinie inteligentów i artystów, których każda władza ma w nosie, a społeczeństwo lekceważy. 

Krystyna Janda: znaki szczególne

Pierwsza godzina „Zapętlonej” wybrzmiewa zatem jak aktorski popis, wśród ciętych ripost, siarczystych przekleństw i wybuchów śmiechu zachwyconej publiczności. Bankhead cynicznie komentuje wszystko i wszystkich. Janda ma bezbłędne wyczucie puenty, więc wodzi nas za nos, ale na razie nie odsłania sensu tej gry.

Na razie Tallulah żąda alkoholu, zapala papierosa, choć to zabronione, no i ni w ząb nie potrafi powtórzyć owego kluczowego zdania. Oglądam to, zadając sobie pytanie, kiedy aktorka przestanie dokładać do tego pieca i jakie szykuje dla nas przełamanie, bo przecież już wysyła sygnały i niemożliwe, by poprowadziła rolę jedynie w takiej tonacji.

Rzeczywiście – drugi akt przynosi zmianę. Nastrój nabiera ciemnej barwy, spod schrypniętego słowotoku hollywoodzkiej upadłej gwiazdy, co sama sobie wmówiła własną wielkość, wyzierają dojmująca samotność i przerażenie światem. Grę z partnerami – przede wszystkim dotrzymującym jej kroku Pawłem Ciołkoszem – Janda zamienia w rozmowę i odsłonięcie samej siebie. 

Czyni to niejako ponad zręcznym, choć w gruncie rzeczy miałkim tekstem Lombardo, jakby chciała zaakcentować, iż jej Tallulah w pełni świadomie wybiera drogę ku autodestrukcji jako ucieczkę przed światem, który nie ma dla niej krztyny zrozumienia. „Ból będzie zawsze, a cierpienie jest opcjonalne” – mówi na koniec przedstawienia Tallulah/Janda. Przesłanie takie sobie, jak cały utwór amerykańskiego autora, ale wypowiedziane przez Jandę, nieszukającą banalnych pocieszeń, mimo wszystko daje odrobinę światła, choć nie rozprasza mroku. 

Można to uznać skądinąd za jeden ze znaków charakterystycznych ostatnich ról Jandy. Przed „Zapętloną” wcieliła się w tytułową postać w „Matce” Witkacego w inscenizacji Waldemara Zawodzińskiego. Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie swoją „Matkę” przygotowała nieopodal w Ateneum Anna Augustynowicz, w roli Janiny Węgorzewskiej obsadzając Agatę Kuleszę, i ta realizacja przyćmiła widowisko z Polonii. 

Niewykluczone, że dlatego, iż znakomita reżyserka użyła bardziej wyrazistych środków formalnych, choćby wizualizacji złączonych ze scenicznymi obrazami, podczas gdy spektakl Zawodzińskiego trzymał się mocniej realistycznych ram.

Niezależnie od oceny całości, rola Jandy była jednak imponująca, bo pozbawiona wszelkich efektownych ozdobników, jakimi kusi ślepnąca i topiąca smutki w alkoholu Węgorzewska. Szefowa Polonii zagrała ją tymczasem pozornie wprost, akcentując heroizm trwania bohaterki, niszczonej przez zaborcze otoczenie i samej zagłębiającej się w obłęd, potęgowany przez narastający, namacalny absurd świata. 

Janda jest aktorką zbyt świadomą i inteligentną, by w każdym przypadku, niezależnie od wpisanych w dzieło okoliczności i motywacji, bronić swych postaci. Zwykle rysuje ich portrety wieloma barwami, chętnie podkreślając ewentualne sprzeczności. Tym razem jednak otwarcie mówiła, że bardzo lubi Węgorzewską i twardo stoi po jej stronie.

Monodramy Krystyny Jandy

Prowadząc dwa prywatne teatry, Krystyna Janda nie może sobie pozwolić na przesadne ryzyko. Aktorka, która na swoich monodramach z „Danutą W.” czy legendarną „Shirley Valentine”, obierającą ziemniaki na ogromnych scenach, zapełniała do ostatniego miejsca gigantyczne widownie teatrów operowych, wie jak nikt inny, że bez publiczności przedstawienie nie istnieje. 

Przy okazji „Zapętlonej” pisała w swoim internetowym dzienniku, że się tej realizacji obawiała, bo materiał efektowny, ale piekielnie trudny, a główna postać daleka od łatwej jednoznaczności. I właśnie to najmocniej zaakcentowała, przy okazji po raz kolejny udowadniając, że niczego na scenie się nie boi, a mając taki arsenał środków wyrazu, zagra, kogo zechce. 

„Zapętlona” dopełnia, choć zapewne jeszcze nie zamyka, galerię kreowanych przez Jandę wielkich kobiet sztuki. Była też „najgorszą śpiewaczką świata”, Florence Foster Jenkins w „Boskiej!”, chociaż zapewne nic nie ma z nią wspólnego. Śmieszyła do łez, fałszując niemiłosiernie (to dopiero jest karkołomnie trudne technicznie zadanie), a jednocześnie dała ciepły portret kobiety, która w imię pasji gotowa jest znieść wszystko.

W muzycznym widowisku „Marlene” reżyserowanym przez Magdę Umer wcielała się w Marlenę Dietrich. Było to efektowne, pamiętam jak przez mgłę. Ale zdecydowanie istotniejsze stało się podwójne spotkanie z Marią Callas, najpierw w warszawskim Teatrze Powszechnym, w „Marii Callas. Lekcji śpiewu” (1997), a po 18 latach w Och-Teatrze w spektaklu „Maria Callas. Master Class”. 

Oba przedstawienia według tej samej sztuki Terence’a McNally’ego przygotował Andrzej Domalik, ale z powodu konstrukcji dramatu, a przede wszystkim siły aktorki, w centrum była wyłącznie ona.

Mocne wrażenie zrobiło na mnie przede wszystkim owo zmienione wobec pierwszej wersji wznowienie w Och-Teatrze. Janda – niemal dwie dekady starsza, po doświadczeniu opuszczenia Powszechnego, uruchomienia fundacji i dwóch teatrów, dotknięta osobistymi przeżyciami – znalazła w Callas medium, by od siebie opowiedzieć o tym, że w życiu niektórych ludzi sztuka jest absolutnie niezbędna. 

Jej czasem wściekłe, a czasem nasycone smutkiem monologi cięły powietrze. Nie było wątpliwości, że podpisuje się pod słowami divy, można było odbierać je jako jej deklarację wiary w siłę sztuki.

– Rozumiem ją, ale się nie utożsamiam – mówiła mi po latach, kiedy rozmawialiśmy do książki „Zawód: aktor”. Choć jednocześnie podkreślała, że już wie, iż całe życie poświęciła staniu na scenie i przed kamerą. 

Najważniejsza kreacja Krystyny Jandy

Krystyna Janda deklaruje chyba od zawsze, że aktorstwo to zawód i nigdy szczególnie jej nie kosztowało. Bywają jednak chwile, kiedy mówi tekstem roli, a jednak w swoim i nie tylko swoim imieniu. Absolutnym fenomenem jest utożsamienie publiczności, przede wszystkim kolejnych pokoleń kobiet, z graną od 36 lat Shirley Valentine. Szefowa Polonii opowiada, że dawniej w Powszechnym i również teraz wystarczy wstawić „Shirley…” do repertuaru, by usłyszeć brzęk monet przy kasie.

O bohaterce „Alei Zasłużonych” już wspominałem, czas więc na dwa monodramy, gdzie Janda będąc na scenie, niejako wycofuje się w cień, aby oświetlić autentyczne bohaterki. Danutę W. gra bez ozdobników, z wielką uważnością. Celem nie jest tym razem żaden teatr, ale opowiedzenie o niej – żonie Lecha Wałęsy, która przez lata walczyła, by stać się podmiotem, a nie przedmiotem opowieści. 

Dzięki wyreżyserowanemu przez Janusza Zaorskiego monodramowi i skupionej w nim obecności aktorki (a potem także musicalowi „1989”) tak się stało. W sprawie Danuty Wałęsowej między sceną a widownią narodziła się wspólnota. Niezwykłe były chwile, gdy aktorka przygotowywała na naszych oczach jabłka na szarlotkę, a potem bardzo wyraźnie czuliśmy zapach świeżego ciasta.

Owa szarlotka z „Danuty W.” stała się znakiem przekraczającym ramy przedstawienia, dowodem, że są chwile, gdy do teatru wkracza prawdziwe życie – wraz z historią niezwykłej kobiety, która przez całe życie zabiegała, aby być widzialną.

Jeśli szukać najważniejszej kreacji aktorki w ostatnich latach, wybór nie będzie trudny. W „Zapiskach z wygnania”, inscenizowanych ascetycznie przez jej przyjaciółkę Magdę Umer, opowiada słowami Sabiny Baral, wypędzonej z Polski w marcu 1968 r. Wychodzi na scenę w prostej czarnej sukience, cały czas stoi przed mikrofonem, oddziela ją od nas tylko matowo przezroczysty tiul. 

Janda, dawniej często kojarzona z rozbuchaną aktorską ekspresją, tym razem niemal odziera się z aktorstwa. Daje świadectwo i wszystko podporządkowuje temu, by ono wybrzmiało mocno, czysto i nieubłaganie. W historii Sabiny Baral skrapla się los Żydów wygnanych z tego kraju – ich ojczyzny.

Na scenie Polonii przeszłość spotyka się z teraźniejszością. W finale widzimy film z ogromnej manifestacji narodowców – przerażające agresją obrazy. „Zapiski z wygnania” wciąż są w repertuarze i myślę, że powinny zostać na zawsze. W czasie, gdy świat i Polska brunatnieją w błyskawicznym tempie, stały się lekcją teatru obywatelskiego.

Krystyny Jandy teatr zaangażowany

To spojrzenie łączy się z życiową i zawodową drogą Krystyny Jandy, zawsze postrzegającej siebie nie tylko jako artystkę, ale i obywatelkę właśnie. Uczył ją tego Wajda, a ona pozostała mu wierna. Opowiada o tym w monologu „My Way”, napisanym i zagranym po raz pierwszy w grudniu 2022 r. na jej siedemdziesiąte urodziny. 

Sceny zabawne spotykają się w nim z czystym wzruszeniem, mocne słowa („Od kiedy rządzi PiS, mam uczucie, jakby cały czas ktoś srał mi na głowę”) z anegdotami o przyjaciołach i sobie samej. W jednym z najbardziej pamiętnych fragmentów Janda oddaje hołd pani Honoracie, która przez lata prowadziła jej dom.

A zatem – Krystyna i Honorata. Wielka aktorka i prosta kobieta, która myślała, że ekran telewizora jest oknem, za którym pada deszcz. W tej opowieści obie równoważne, bo prawdziwe życie ważniejsze jest od sztuki.

Choć przecież bywa inaczej. Kiedy zmarł jej mąż, Edward Kłosiński, kilka godzin później grała w Polonii „Boską”. Potem nie pamiętała ani drogi do teatru, ani samego przedstawienia. Opowiedziała o tym, a przede wszystkim o umieraniu swego męża, w „Tataraku” Andrzeja Wajdy, w nieruchomym kadrze, jak z hotelowych obrazów Edwarda Hoppera

Wcześniej jednak monolog zapisała, nauczyła się go na pamięć. I nie zmieniła w nim ani słowa, bo stał się częścią roli. Życie znów połączyło się ze sztuką w węzeł nie do rozsupłania.

JACEK WAKAR jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Rozsupłanie