Reklama

Tak, ale tak

Tak, ale tak

07.12.2003
Czyta się kilka minut
Ten w przekonaniu wielu czytelników poeta prosty, piewca pisanej dużą literaturą Miłości, takoż - Drogi, a ponadto wyraziciel treści ekologiczno-anarchistycznych, wydaje mi się jednym z najtrudniejszych Przypadków we współczesnej literaturze.
N

Nie dlatego, że prostota jego jest, albo przynajmniej bywa udawana, i że przeziera spoza niej duża świadomość trudności, z jakimi zmaga się pisarz, ale i dlatego, że jest zwyczajnie bogata, wielobarwna, pełna uroków, lecz zarazem nieomal obojętna na czytelnika, prawie samowystarczalna, dośrodkowa, głęboko intymna. Więc Jacek Podsiadło to poeta trudny prawdziwie, a nawet w jakimś sensie hermetyczny, gdyż trudno rozkładalny, by tak rzec - niepodległy konceptom. Kolejne wydanie jego wierszy zebranych daje okazję do powiedzenia paru zdań o tym zjawisku bardzo oryginalnym, nie mającym zbyt wielu naśladowców.

Kontrowersje

To ciekawe, dlaczego wiersze Podsiadły, choć pełno w nich skrzydlatych fraz, mnóstwo liryzmu i śmiałych aktów wyobraźni, wydają się czasami recenzentom, chyba także samemu autorowi, niekompletne. Brakuje im pierwiastka estetycznej neurastenii, czy też przeżywania własnej składni jak dramatu? One jakoby układają się za łatwo, zbyt naturalnie, na niedzisiejszą modłę i choćby nie wiadomo co poeta zrobił, by udowodnić, że zna zarówno zasady kunsztu, jak i nie jest mu obca wątpliwość dotycząca fundamentów, na których opiera się literatura, w oczach części pisarskiego środowiska pozostaje anachronicznie prostolinijny. Utalentowany, ale naiwny. Wydaje się cytatem z literatury sprzed kryzysu, echem z czasów lepszych dla poezji. Zjawą, kimś nierealnym.

Stwierdzenia w rodzaju: “Jesteśmy rymozaurami. Rosną nam papierowe ogony" (ze słynnego wiersza “Trzydziestka na karku"), a także wiersze z szyderstwem odnoszące się do poetyckiego moralizowania, jak równie znany utwór “W odpowiedzi na wiersz Czesława Miłosza »Sarajewo«...", niewiele w tym obrazie zmieniają, ponieważ rozgrywają się one na poziomie deklaracji, podczas gdy najważniejsze rozterki poezji umiejscowione są dzisiaj w samym jej tworzywie, czyli w języku. Poetom język się zbiesił, a Podsiadle nie, ich zdradza, jemu posłusznie służy. Kiedyś można by na to powiedzieć, że on jest po prostu lepszym poetą niż oni, teraz nie.

Ale przecież znaleźli się i tacy, którym trafiło się zżymać na próby pokazania Podsiadły jako twórcy uczonego w tradycji, biegłego w praktykach intertekstualnych, toczącego płodny spór z poetami tej miary, co Miłosz czy Barańczak. Chcieli - jednego z nich widuję w lustrze - zachować w nim dziecko obdarzone talentem i wdziękiem, wolne zaś od poczucia utraty celu i misji swych poczynań. Niechby istniał, pisali, w napisanym świecie, lecz zarazem obdarzał słowa niekłamanym szacunkiem, jakby naprawdę umiały doprowadzić do jedności mówiącego z rzeczywistością. No i oczywiście niech pielęgnuje pozór własnej autentyczności - nie tylko poprzez korzystanie z konwencji lirycznego realizmu, ale i np. wiodąc spory z twórcami, którzy z improwizacji (“daj mu tam gdzie go nie ma" Bohdana Zadury) chcą uczynić zasadę współczesnej poezji. Radykalizm gestu, jakim jest jego twórczość, polegałby więc na wzięciu w nawias kłopotów z językiem jako narzędziem komunikacji i związanych z tym kłopotów ze szczerością wypowiedzi.

W.H. Auden notował przed laty, że pisarze “cierpią czasem na ataki nieszczerości", w czasach nam bliższych ta sporadyczna niegdyś przypadłość zmieniła się w stan permanentny. Podsiadło prowadzący swój liryczny dziennik może wydawać się skandalicznie, prowokacyjnie zdrowy, czyli szalony, anachroniczny i utopijny. Najciekawszy, bo najmniej podobny jest więc w tych swoich utworach, w których poetycka metaświadomość zostaje wyparta poza granice tekstu.

Zatem, niespodziewanie, poeta stymulowany przez potrzebę najbardziej naturalną, sentymentalną, wyrażenia swych emocji, stawienia oporu ciszy i czasowi, które unieważniają ludzkie doświadczenia, okazuje się skupiać na sobie rozmaite zastrzeżenia recenzentów. Jesteśmy, krytycy, dość bezradni wobec Jacka Podsiadły - na szczęście rada jest mu publiczność.

Kontrkultura i pogłębienie

Poeta pisał zrazu wiersze anarchistyczne, buntownicze, rzec można - efektowne, lecz retorycznie przesterowane. Nie znaczy to, że nieszczere albo nie do przyjęcia ze względów moralnych - szczere i w gniewności swej przejmujące, lecz poetycko niespecjalnie ważne. Jakby autor miał więcej odwagi cywilnej niż artystycznej, lub też postrzegał sam siebie jako kontrkulturowego retora, pragnącego przekształcić słowo w miecz:

kiedy pytali

za czym głosuję

- za Prawdą czarno na białym

czy biało na czarnym

za Murzynem w fabryce

czy na plantacji

za Wołgą

czy za Missisipi -

nie mogłem dobyć głosu

dobyłem miecza

:jestem za tym

żeby było mi wolno być przeciw

Wiersz ten (“Miecz" z 1987 r.) wręcz doskonale ilustruje znamienną dla młodzieży drugiej połowy lat 80. skłonność do stawania obok barykady dzielącej społeczeństwo na Ich (władzę) i Nas (naród, porządnych ludzi, opozycję). Ograniczenia wolności występują po obu stronach barykady, także wzdłuż Wołgi i Missisipi, sprawiedliwość leży pod (lub ponad) doraźnymi podziałami, solidarność nie zna granic, bycie za prawdą równa się byciu przeciw słowom, co zakłamują świat. Postawa krytycznego dystansu wobec uczestników politycznego sporu wyraża się niechęcią do instytucjonalizacji, której prędzej czy później ulega każda pojedynczość - o ile tylko znajdzie się w zasięgu działania jakiej bądź grupy interesu czy też obywatelskiej lub patriotycznej retoryki.

Odległość do władzy i opozycji, wyznaczona w wierszach z drugiej połowy lat 80., nie jest oczywiście taka sama, gdyż Podsiadło napisał garść wierszy, które można byłoby zaliczyć do twórczości kontestatorskiej, antyreżimowej (“nie urodzi się we wronim gnieździe słowik") - jawi się ona jako odpowiedź na moralną potrzebę tamtego czasu, a poza tym nasz poeta nie był głupcem, nie odróżniającym zagrożeń ŕ la Orwell (ze strony totalnego państwa) od zagrożeń ŕ la Gombrowicz (ze strony międzyludzkiej formy). Niemniej problem z tym światem żadną miarą nie da się sprowadzić do tzw. komuny i kilku właśnie dyskutowanych politycznych zagadnień.

Podsiadło ucieka przed takimi uproszczeniami, mnożąc adresy swego niezadowolenia, czasami rozszerzając oskarżenie na całość ludzkich dziejów (“historia złodziejstwa / zwana też historią cywilizacji / zaczęła się niewinnie - / od kradzieży małego rajskiego jabłuszka"), lub szukając zaskakujących powinowactw (“szczypce Amelii B. / domorosłej akuszerki śmierci / i nożyce cenzora / wyprodukowała ta sama fabryka"). Trzeba widzieć, by wiedzieć, nie ulegać złudzeniom, wydeptywać własne ścieżki między strefami zniewolenia, odnajdywać pierwotną niewinność, następnie próbować realizacji swych pozytywnych potencjałów. Według Stanisława Stabry: “Manifestacyjne wycofywanie się podmiotu lirycznego do utopijnej krainy pierwszych doznań i wzruszeń, prawie jak z dzieciństwa, przekorny upozorowany infantylizm, odmowa odpowiedzi na zło współczesnego świata szły w parze z atakiem poety na skonformizowane społeczeństwo"; idąc w parze, dodajmy, brały w cudzysłów wspomnianą “odmowę" i “wycofanie". Autor “Odmowy współudziału" (zbiorek z 1989 r.) to choleryczny outsider, jeszcze jeden pośród urodzonych na początku lat 60., obok Świetlickiego, Sendeckiego, Wilczyka.

Podsiadło nosi w sobie idealizujące wyobrażenie człowieka, w którym współbytują rozmaite perspektywy, powiedzmy - osobista, społeczna, metafizyczna, praktyczna i refleksyjna. Jednak ta wielorakość, mikrokosmiczność każdego z nas, a co za tym idzie - fundamentalna, nie zaś narzucona równość, okazuje się przeważnie trudna do zniesienia, za ciężka, zbyt skomplikowana dla nas samych, dlatego tyle wszędzie kłamstw i przemocy zmierzającej do odebrania ludziom ich samowystarczalności, podporządkowania jednych drugim, usidlenia za pomocą ideologii czy religii. Z tego powodu wczesne wiersze Podsiadły bywają na przemian sentymentalne i pogardliwie ironiczne. Uczuciowej ochronie podlega w nich jednostkowa wolność, niechęć odnosi się do wszystkiego, co ów pierwotny żywioł chciałoby okiełznać - nieważne w imię jakich wartości.

Naiwność jako efekt światopoglądowego wyboru, deklamacje (ekologiczne) i eksklamacje (kontrkulturowe), niekłamana wrażliwość i pomysłowość wiersza, dziwna czystość przekazu - wszystko to było dopiero fazą wstępną do ukonstytuowania się bohatera ery dojrzałej w pisarstwie Podsiadły. Tym bohaterem jest osobowość rozumiana jako przestrzeń wewnętrznej niezależności, uzasadnienie roszczeń do świata, przede wszystkim miejsce spełniania się poezji. Od ukazania się zbioru “Arytmia" (1993) na dobre już mamy do czynienia z tym zinternalizowanym podmiotem, który rzadziej niż kiedyś mówi, upominając się i piętnując, o wolności, za to teraz nosi ją w sobie, jest z nią tożsamy, rodzi i jest przez nią rodzony. Brzemienność oznacza tutaj nie tyle ciężar, co poczucie własnego istnienia, ono zaś daje siłę do sprostania upajającym trudom Drogi.

Dajmonion stróż

Podsiadło jest zakręcony, niesiony jakimś wewnętrznym prądem... Bo jakże inaczej mógłby spisać te setki wierszy, jednocześnie traktując je jak noty w przez lata prowadzonym dzienniku i ulubione dzieci? I, co ważniejsze, skąd by wziął przekonanie, że tyle razy uda mu się dokonać sztuczki (cudu) polegającej na przemienieniu codzienności w niecodzienność, wody w wino? Wreszcie - kiedy Jacek Podsiadło stał się poetą religijnym, naturalnie w sensie odnoszącym się do religijnych intuicji czy metafizycznych ziaren kiełkujących w jego wierszach, a nie w sensie jakichś akcesji i rytuałów? Może już w 1988 r., podczas pisania “Nocy ciemnej", a może dopiero w 1996, gdy ukazał się zbiór “To All the Whales I’d Love Before", a w nim ten - inspirowany “Nocą" św. Jana - znakomity wiersz.

Zaczyna się od szyderstwa ze świętości, która stała się dzisiaj rodzajem turystycznej atrakcji, potem następuje szereg scen świeckich, by na końcu świętość wróciła w formie głębokiej empatii:

(...) podniosłem oczy

i zobaczyłem na granatowym niebie klucz

dzikich gęsi

w kształcie litery V. Przymknąwszy jedno oko

złożyłem w ten sam znak palce podniesione

ku niebu.

Na wzgórzu, w oknie domu, do którego szedłem,

Jaśniało światło. Pierwszy bocian sterczał na

dachu. Nawet nie drgnął

Na mój widok, dyskretny jak każdy Anioł Stróż.

Doznanie może nie bardzo ekskluzywne, ale jak wypowiedziane! Jak pięknie wplecione w trywialność i banał, i prawdziwe dzięki temu. Jak zręcznie wysnute z literackiej tradycji, dzięki czemu - niepospolite. W “Wierszach zebranych" dużo takich pochowanych pereł. Rozłożystość i fabularność utworów, chyba również ich mnogość, prowadzi często do zasłonięcia misternego splotu wersów czy sensów, a nawet do powstania wrażenia jakiegoś zanieczyszczenia liryki Jacka Podsiadły przez nadmiar epizodów, obrazów i słów. Przefiltrowanie tej obfitości jest pracą czytelnika - przyjemną, niedaremną.

Jacek Podsiadło, "Wiersze zebrane", Warszawa 2003, Lampa i Iskra Boża.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]