Reklama

Szlachetny ekstremista

Szlachetny ekstremista

29.04.2007
Czyta się kilka minut
Wielu obywateli biednych krajów Ameryki Łacińskiej myśli o Portorykańczykach jako nieprawdopodobnych szczęściarzach. Marzeniem milionów ludzi w tej części świata jest wszak dotarcie do brzegów USA, tymczasem do mieszkańców małej wysepki rzuconej na sam środek Morza Karaibskiego, Stany Zjednoczone przyszły same.
S

Stało się tak na skutek zawirowań historii, przez co Stany sprawują rządy na wyspie od niespełna stu lat, eksportując też swój styl życia i model gospodarki. Na początku XX wieku Portorykańczycy, niegdyś poddani korony hiszpańskiej, uzyskali obywatelstwo amerykańskie, a sama wyspa, dawna kolonia, zdobyła status państwa stowarzyszonego z USA.

Autonomia na koncesji

Portoryko jest krajem nietypowym, funkcjonującym w zawieszeniu między suwerennym państwem a zamorskim terytorium USA. Portorykańczycy mają amerykański paszport i prawo osiedlania się w USA, jednocześnie są zwolnieni z podatków federalnych i objęci amerykańskim systemem opieki społecznej. Nie głosują w wyborach prezydenckich, ale służą w amerykańskiej armii. Władzę wykonawczą w sprawach lokalnych sprawuje gubernator, legislacyjną - dwuizbowy parlament, wzorowany na amerykańskim. Portoryko posiada także niezależne sądownictwo. Dziś w wyborach parlamentarnych partie optujące za secesją od USA zyskują 3-4 proc. poparcia.

Portorykańczycy szczycą się jednak swoją odmiennością. W 1984 r. Portoryko po raz pierwszy zdobyło medal olimpijski pod swoją własną flagą. W październiku 2006 r. Departament Stanu wprowadził instytucję obywatelstwa portorykańskiego, przyznawanego niejako obok (nie zamiast) obywatelstwa USA. Można powiedzieć, że mieszkańcy tego kraju wiodą spokojną i szczęśliwą egzystencję, pławiąc się w dobrobycie jak pączki w maśle.

Niektórzy widzą to jednak inaczej. Najdonośniej frustracje i głosy niezadowolenia było słychać w latach 60. XX wieku, w zadymionych kawiarniach i klubach San Juan, stolicy Portoryko. Dlaczego dumny naród musi dźwigać na poły kolonialne jarzmo jankesów? Czemu Portorykańczycy są obywatelami drugiej kategorii w obcym kulturowo i językowo kraju? Czy nie nastał czas wybicia się na niepodległość? Wystarczyło spojrzeć na niebywały sukces Kubańczyków, którzy potrafili zagrać na nosie światowemu imperium, sprzeciwiając się dominacji gospodarczej i politycznej USA. Gwiazda Fidela Castro jaśniała w tych czasach w całej Ameryce Łacińskiej. Wielu chciało iść jego śladem, wzniecając rewolucje, wypisując na sztandarach hasła samostanowienia narodów i sprawiedliwości społecznej.

A tradycja ruchu niepodległościowego w Portoryko jest długa. Nie brakowało w historii tego kraju patriotów, którzy latami odsiadywali w amerykańskich więzieniach wyroki za działalność wywrotową. W 1950 r. nacjonaliści z Portoryko próbowali dokonać zamachu na Harry’ego Trumana, prezydenta USA. W ostatnich dziesięcioleciach przeprowadzono trzy referenda, których przedmiotem było określenie pożądanego przez Portorykańczyków zakresu autonomii. Zwyciężyła opcja połowiczna, luźnego stowarzyszenia z USA, choć z biegiem lat i w miarę postępu gospodarczego w Portoryko głosy opowiadające się za pełną suwerennością ucichły. Zapewne dlatego, że poziom życia (dziś są to dochody rzędu 19 tys. dolarów amerykańskich na głowę rocznie) wzrósł dość wyraźnie.

Niczym Zorro

Filiberto Ojeda Ríos był człowiekiem niepospolitym, nawet jak na standardy działaczy ruchu niepodległościowego. Ten charyzmatyczny młody trębacz-amator umiał grać tak na instrumentach, jak na nastrojach i emocjach pobratymców. W 1961 r. pojechał na Kubę, gdzie nawiązał współpracę z reżimem Castro. Po powrocie do Portoryko w 1967 r. założył Zbrojny Ruch Rewolucyjny na rzecz Niepodległości, funkcjonujący pod hiszpańskojęzycznym skrótem MIRA. W 1976 r. stanął na czele tajnej organizacji paramilitarnej Los Macheteros (nazywanej też Armią Ludową Boricua), która za cel postawiła sobie wywalczenie niepodległości Portoryko (nazwa bojówek Ríosa nawiązywała do maczet, jakimi tnie się podczas zbiorów trzcinę cukrową). Działalność Los Macheteros sprowadzała się właściwie do brutalnych i krwawych aktów terroru: podkładano bomby w nocnych klubach i restauracjach nie tylko Portoryko, ale także na właściwym terytorium USA, zbierając krwawe żniwo. Organizacja miała też na koncie napady na funkcjonariuszy policji i wojska.

Ríos stał się naprawdę sławny we wrześniu 1983 r., kiedy w West Harford w stanie Connecticut dowodził brawurową akcją, podczas której zrabowano 7 mln dolarów. Policji udało się odzyskać ledwie 80 tys. Sporą część pieniędzy Ríos rozdał biednym w Portoryko. W przypływie fantazji, dając wyraz pogardzie dla systemu kapitalistycznego, całkiem pokaźną sumę na jego rozkaz zrzucono z wysokich budynków San Juan, wprost na głowy zaskoczonych przechodniów. Za zrabowane pieniądze kupiono też lekarstwa, książki i zabawki dla biednych dzieci w Portoryko, na Dominikanie i Kubie.

Dobra passa Ríosa trwała dość długo. Wodził za nos najlepszych tropiących go detektywów zwerbowanych przez Waszyngton, tak że trafili na jego ślad dopiero po dwóch latach. Kiedy go wreszcie złapano, wskutek zaniedbań prokuratury został wypuszczony za kaucją. Pozbył się elektronicznej bransolety na kostce, dzięki której policja śledziła jego ruchy, po czym czmychnął za granicę. Nic sobie nie robił ze skazania go w 1992 r. in absentia na 55 lat pozbawienia wolności i 600 tys. dolarów grzywny.

Opinia publiczna była podzielona. Niektórzy mieli go za bandytę, któremu trzeba wymierzyć sprawiedliwość, łapiąc w pułapkę jak szkodnika. Duża część, choć nie pochwalała metod jego działania, była w pewien sposób zafascynowana osobowością Ríosa. Jawił się ludziom jako ucieleśnienie powieściowych bohaterów kultury masowej, niczym Robin Hood czy Zorro. Będąc niesłychanie inteligentny i dobrze wykształcony, umiał porwać do tańca grą na trąbce. Nawet przesłuchujący go agenci FBI z trudem kryli podziw dla jego inteligencji. Jednocześnie kilka tysięcy sympatyków Ruchu na Rzecz Niepodległości Portoryko widziało w nim bohatera, jednego z ostatnich prawdziwych rewolucjonistów XX wieku.

Terroryści czy bohaterowie?

Gdzie leży granica między opiewaną w literaturze pięknej walką narodowowyzwoleńczą a godną napiętnowania działalnością wywrotową? W jakich okolicznościach rozlew krwi jest dopuszczalny moralnie? Weźmy kilka przykładów. W jakim stopniu słynne "bostońskie picie herbaty" w koloniach angielskich w 1773 r. było aktem wandalizmu i terroru, w jakim zaś uzasadnionym buntem przeciw tyranii? Czy garstka polskich powstańców z 1830 r., owych osławionych w mitologii narodowej wychowanków szkoły podchorążych piechoty pod wodzą Piotra Wysockiego, według dzisiejszych kryteriów zyskałaby miano grupy terrorystycznej? To pytania tyleż do historyków, co filozofów, politologów i moralistów. Nie ma zresztą sensu rozważać je w oderwaniu od kontekstu politycznego i społecznego. Ríos nie wahał się przelewać krwi, z reguły niewinnych ludzi, mimo że przecież mógł działać środkami pokojowymi, demokratycznymi.

23 września 2005 r., w dzień święta niepodległości Portoryko, funkcjonariusze FBI otoczyli dom Ríosa w miasteczku Hormigueros, gdzie od pewnego czasu się ukrywał. Zginął w wieku 72 lat, jak rewolucjonista, samotnie ostrzeliwując się z okien swojego domu. Dlaczego władze Portoryko nie wiedziały o planowanej akcji? Dlaczego nie ratowano Ríosa, kiedy leżał bezbronny przez wiele godzin w kałuży krwi? Kto rozpoczął wymianę ognia? Czy Ríosowi dano szansę złożenia broni? Okoliczności jego śmierci były na tyle niejasne, że w 2006 r. departament sprawiedliwości Portoryko złożył skargę do Sądu Najwyższego na prokuratora generalnego USA i szefów FBI.

Ríos zostawił spopielone resztki dokumentów w dogasającym kominku oraz kilkuset zwolenników i naśladowców. Jego ostatnie słowa, wypowiedziane do żony, brzmiały: "Pa’lante siempre" ("Zawsze naprzód"). Jednak wieść o jego śmierci nie wzbudziła większych emocji ani w kraju, ani za granicą.

Dokładnie 137 lat wcześniej, 23 września 1868 r., w Portoryko wybuchło powstanie przeciw hiszpańskim kolonizatorom, zainicjowane przez gotowych na wszystko patriotów, pod wodzą Ramona Emeterio Betancesa, "ojca Portoryko". W wiosce Lares grupa rewolucjonistów ogłosiła "Grito de Lares" ("Krzyk Lares"), czyli deklarację niepodległości. Choć rebelię utopiono we krwi, stała się ona punktem zwrotnym w historii Portoryko - tym, czym dla USA jest Deklaracja Niepodległości napisana przez Benjamina Franklina w 1776 r. 137 lat - tyle potrzeba, by losy człowieka jawiły się w diametralnie innym świetle. Zamiast szlachetnego bojownika o niepodległość, dla większości był już tylko fanatycznym ekstremistą. Widać w czasach demokracji nie ma już miejsca dla romantycznych bohaterów.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]