Dlaczego Barbara Nowacka została ministrą? – pytam dobrze zorientowanego w koalicyjnych układankach polityka KO. Pytanie jest zasadne: wśród polityczek obozu rządzącego jest kilka lepiej znających się na edukacji.
– Bo chciała – słyszę odpowiedź. Jej lapidarna jednoznaczność wiele mówi o pozycji nowej szefowej MEN.
– Wśród kobiet w Koalicji Obywatelskiej jest najmocniejsza – kontynuuje polityk. – Owszem, jest jeszcze marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska, czyli formalnie trzecia osoba w państwie, ale Barbara ma w tej chwili największe „noszenie”, co zawdzięcza m.in. dobrym relacjom z premierem. Objęła ministerstwo, które stało się prestiżowe, i to nie tylko dzięki podwyżkom dla nauczycieli, ale też za sprawą rozgłosu wokół poprzedniego ministra, Przemysława Czarnka, po którym przyszło jej sprzątać.
Dariusz Joński, kolega z Inicjatywy Polskiej będącej częścią KO, od dekady blisko Nowackiej: – Jest bardzo dobrą ministrą, która zbudowała wokół siebie świetny i kompetentny team.
Paweł Lęcki, polonista: – Wpisuje się w linię ministrów niekompetentnych. Nie dlatego, że słabo zna się na edukacji. Anna Zalewska i Dariusz Piontkowski byli nauczycielami. I co z tego? Chodzi o otwartość na refleksję, o wiedzę, co się chce zrobić ze szkołą.
Wpływowy ekspert edukacyjny: – Inteligentna polityczka, fatalna ministra. Z Nowacką i Tuskiem jest jak kiedyś z trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej Leo Beenhakkerem i bramkarzem Arturem Borucem, który w jednym z meczów wpuścił kompromitującą bramkę. „To moja wina, a nie jego, bo to ja go wystawiłem” – powiedział po meczu trener.
„Wystarczy spojrzeć”, czyli wymarzony początek
Scena pierwsza: 13 grudnia ubiegłego roku, sejmowa mównica, a na niej Donald Tusk. „Wystarczy chyba zamknąć na chwilę oczy i przypomnieć sobie” – mówi do posłów Tusk i faktycznie na kilka sekund teatralnie zamyka oczy. „Pan minister Czarnek, pani minister Nowacka. I chyba wszystko jasne, prawda?” – dodaje po chwili przy aplauzie braw i śmiechów. Kamery wychwytują rozpromienioną twarz nowej ministry, a także stężałe oblicze odchodzącego szefa resortu edukacji i nauki (w nowym rozdaniu rozbitego na dwa osobne ministerstwa).
Tak oto Nowacka dostaje, przynajmniej pozornie, posadę-samograj: wystarczy nie być Czarnkiem. Czytaj: powstrzymać się od obsesyjnych wtrętów ideologicznych; w kuratoriach postawić na sprawnych urzędników, a nie politycznych wojowników; w komunikatach do nauczycieli unikać arogancji.
I to jej od początku wychodzi.
– Inna bajka – ocenia Urszula Woźniak, wiceprezeska Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Czarnek bywał labilny. Potrafił być spokojny i wtedy nic go nie wyprowadzało z równowagi, by innego dnia wybuchać i krzyczeć. Barbara Nowacka jest spokojna, zrównoważona, a do tego słucha, więc na kolejnym spotkaniu pamięta, co się jej powiedziało. A to ważna cecha.
Jeśli coś Czarnka z Nowacką w ogóle łączy, to background w chwili obejmowania stanowiska. Oboje mieli związki ze szkolnictwem wyższym. On: prawnik, był wykładowcą m.in. na KUL; ona: informatyczka, była kanclerką Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Żadne nie zajmowało się wcześniej przedszkolami ani szkołami. – Czarnkowi zdarzyło się pomylić przedszkole z nauczaniem wczesnoszkolnym – wspomina Woźniak. – Nowacka też nie znała się na edukacji, ale myślę, że szybko się jej uczy.
Gdyby decydowały kompetencje, ministrą by nie została. Do tej posady aspirowała ponoć i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (pedagożka i filozofka, obecnie ministra rodziny), i Krystyna Szumilas (była nauczycielka, była ministra edukacji), i Katarzyna Lubnauer (w poprzedniej kadencji wraz z Szumilas tropiła Czarnkową „Willę plus”, teraz wiceministra w MEN). Posadę dostała Nowacka – dzięki polityce. Skąd do niej przyszła?
W latach 90. działa w Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Jej pierwsze ugrupowanie to Unia Pracy. W 2014 r. wstępuje do Twojego Ruchu Janusza Palikota, rok później – w obliczu ryzyka katastrofy po tej stronie sceny politycznej – złożona m.in. z TR i SLD Zjednoczona Lewica sięga po nią jako liderkę.
– Miller i Palikot postawili na Barbarę kilka tygodni przed wyborami, gdy sondaże pikowały do ok. 5-6 procent, a potrzebne było 8 – wspomina Dariusz Joński. – Było za późno na „nowe otwarcie”, ale choć Lewica do Sejmu nie weszła, Basi udało się wywindować wynik do ponad 7 proc. Była zdeterminowana, pracowita. Potrafiła przyjechać na spotkanie dla kilkunastu osób, nie stawiała warunków. A proszę mi wierzyć, że politycy pod tym względem różnie się zachowują.
Po klęsce lewicy w 2015 r. razem z Jońskim zakładają Stowarzyszenie Inicjatywa Polska, którego flagowym dziełem będzie projekt „Ratujmy kobiety” – mający m.in. zalegalizować aborcję do 12. tygodnia ciąży. W Sejmie projekt przepadnie, ale Nowacka – w parlamencie pozbawionym lewicy – przedstawia na początku 2018 r. jego założenia.
– Istniały inne ugrupowania lewicowe, ale to nasze stowarzyszenie próbowało zrobić coś dla kobiet – uważa Joński. – I to Barbara była twarzą tych działań.
Przed wyborami samorządowymi Inicjatywa przystępuje do KO – ku oburzeniu byłych już towarzyszy („Jak się nie ma twarzy, to się nie ma logo” – mówił np. o Nowackiej Włodzimierz Czarzasty). Wkrótce Inicjatywa przekształca się w partię i – w ramach KO – startuje w wyborach parlamentarnych 2019 r., a Nowacka bierze jeden z dwóch sejmowych mandatów IP. Także jako posłanka będzie jedną z twarzy protestu kobiet – podczas manifestacji w listopadzie 2020 r. policja potraktuje ją gazem.
Według Jońskiego pomimo wejścia na całego w politykę, Nowacka nie ma w sobie wiele z typowego polskiego działacza. – Nie jest postrzegana jako ktoś twardy i bezwzględny – uważa polityk. – Może dlatego, że łatwo skraca dystans. A może z tego powodu, że nigdy nie walczyła specjalnie o partyjne funkcje. Jest przy tym autentyczna i wiarygodna.
– Z „wiarygodnością” pewnie niektórzy by polemizowali, uznając, że położyła idee na ołtarzu skuteczności – wtrącam.
– Pamiętam rozmowę z Barbarą z czasów, gdy jako stowarzyszenie zbieraliśmy podpisy pod projektem „Ratujmy kobiety” – odpowiada Joński. – „Darek, jak je zbierzemy, to już nikt nam nie powie, że sprzedaliśmy ideały”, powiedziała. I miała rację. Myśmy wtedy mieli tylko stowarzyszenie, a pragmatyczną decyzję, by iść do wyborów z KO, podjęliśmy później. Zresztą gdyby nie to, Barbara nie byłaby dziś ministrą edukacji.
Jako szefowa MEN musi powściągać swoje ideowe ambicje. Jej idée fixe, świecka szkoła, to w koalicji z PSL marzenie ściętej głowy. I to nie tylko w wersji maksimum, czyli przeniesienia religii do parafii, czego jest zwolenniczką. Na razie nie wyszło też nic z obietnicy, że katecheza będzie się odbywać tylko na początku i na końcu dnia. Co jej wyszło? Od września ocena z religii nie będzie się wliczać do średniej na świadectwach. A za rok MEN planuje zmniejszyć pulę szkolnej katechezy z dwóch godzin tygodniowo do jednej.
Niewiele? Wystarczająco, by rozsierdzić niektórych biskupów. I by odgrywać rolę polityczki walczącej z kościelnymi wpływami. „Ósme przykazanie mówi: nie mów fałszywego świadectwa” – grzmi na przykład Nowacka do hierarchów, gdy ci twierdzą, że MEN nie konsultował z episkopatem nowych zasad organizacji lekcji religii (chodzi o możliwość łączenia klas).
Ale i tak pierwszą część jej kadencji w MEN naznaczą działania światopoglądowo neutralne. Co nie znaczy, że mało kontrowersyjne.

„Tego problemu więcej nie będzie”, czyli polityka wiecowa
Scena druga: sierpień 2023 r., wiec przedwyborczy Tuska. Do mikrofonu przedziera się poważny, na oko jedenasto-, dwunastoletni okularnik w zielonym T-shircie. „To jest problem ogólnie polskich szkół, że są łamane prawa dziecka. Np. prawo do odpoczynku. Zadawanie na weekend, sprawdziany na poniedziałek” – mówi Maciej przy aplauzie braw. Tusk najpierw chwali chłopaka za występ, a później zaprasza go na miejsce, z którego przemawia. Tu Maciej załatwia sobie selfie z premierem.
Jak się okaże, załatwi dużo więcej. – W MEN zamówiono ekspertyzę, w jakich krajach obowiązują zadania domowe, a w jakich nie, i jakie są tego efekty – mówi edukacyjny ekspert bliski kręgom MEN. – Barbara Nowacka i jej zastępczynie chciały mieć merytoryczną podkładkę, tyle że z analizy nie wyszło nic wiążącego. Ale nowe prawo i tak weszło w życie.
W marcu roku kolejnego premier nagrywa internetową rolkę, w której rejestruje wizytę Maćka w kancelarii rady ministrów („Zarządzam przerwę od zadań domowych na zawsze” – mówi chłopak przy biurku premiera). Zgodnie z nowym prawem prace domowe zostają zlikwidowane w klasach 1-3, a ograniczone w 4-8.
Eksperci przyznawali co prawda od początku, że słuszna była diagnoza – przemęczenie uczniów na niektórych etapach nauki. Ale też dodawali: kuracja jest fatalna. Na dodatek w roli promujących ją osób występowały celebrytki, a nie ludzie naprawdę znający się na szkole. „Marzylibyśmy wraz z wnukiem, by decydenci rozumieli, że o edukacji nie należy rozstrzygać podczas wiecu, nieważne, czy będzie to meeting przedwyborczy Donalda Tuska, czy dziwoląg prawny, nazwany prekonsultacjami. Reformowanie systemu edukacji, niezależnie od skali, jest pracą dla ekspertów” – powie np. w czasie majowego wysłuchania publicznego dot. podstaw programowych Jarosław Pytlak, dyrektor SP24 STO na warszawskim Bemowie i znany bloger edukacyjny (cytat za tekstem „Ja w imieniu wnuka”, edunews.pl).
Ale największe gromy w związku z wyrugowaniem zadań spadają na MEN z innego powodu. Prof. Bogusław Śliwerski, znany pedagog i również bloger, który tworzy w czerwcu publicystyczne świadectwo ukończenia roku przez Nowacką (a w zasadzie nieukończenia, bo odmówi ministrze promocji), wystawia jej ocenę niedostateczną „za totalną degradację autonomii nauczyciela w procesie dydaktycznym. Czegoś takiego nie było nawet w PRL”.
– To pierwsze tego rodzaju działanie w historii MEN w III RP – zgadza się z diagnozą Śliwerskiego Anna Schmidt-Fic, nauczycielka matematyki i współtwórczyni ruchów „Protest z Wykrzyknikiem” oraz „Wolna Szkoła”. – Nikt nigdy tak ostentacyjnie nie wkroczył na teren autonomii nauczyciela. Nie poważyli się na to ani Zalewska, ani Czarnek. To jest klasyczny przykład politycznego sterowania edukacją. A dodajmy, że nowa władza zrobiła to, mając autonomię pedagogów na sztandarach.
– Nie zadawałem prac domowych, zanim stało się to modne – mówi z kolei Paweł Lęcki, do końca sierpnia polonista w jednym z trójmiejskich liceów. – Ale widzę tu jedno niepokojące zjawisko: gdy Czarnek coś próbował nam dekretować, jakoś ograniczać naszą autonomię, to staliśmy na ulicy i krzyczeliśmy: „Precz z edukacyjnym totalitaryzmem!”. A jak Nowacka robi to samo, to już nie krzyczymy.
„Piątka z przodu”, czyli więcej pieniędzy, mniej ideologii i materiału
Scena trzecia: 15 grudnia 2023 r., Małopolska. Przed mikrofonem Barbara Nowacka, od dwóch dni ministra edukacji, wokół dziewięcioro małopolskich parlamentarzystów KO. Nastrój podniosły i radosny, uczestnicy wymieniają porozumiewawcze uśmiechy. „Małopolska jest w tym biczu ukręconym na dyrektorki, dyrektorów, nauczycieli i nauczycielki oraz młode osoby uczęszczające do szkół absolutnie symboliczna. Dlatego ze świeżo powołanym panem wojewodą dzisiaj mamy przyjemność poinformować (...), że czarny czas dla edukacji, średniowiecze, które wam próbowano zaprowadzić w Małopolsce w postaci pani kurator Nowak właśnie się skończyło” – mówi Nowacka.
Za ten ruch będzie szeroko chwalona. Choć z większymi lub mniejszymi „ale”. Wspomniany prof. Śliwerski wystawi nowej minister „1” także na tym odcinku, przypominając, że „w okresie przedwyborczym obiecywano decentralizację i odpartyjnienie terenowych struktur władzy, likwidację kuratoriów”.
– Niewątpliwie wraz z przyjściem ministry Nowackiej nastąpił koniec czasu niechęci, nienawiści i terroru w stosunku do nauczycieli – mówi Paweł Lęcki, choć i on dodaje swoje „ale”: – Już za nowej władzy zapowiedziano kontrole w szkołach, w których słabo wyszedł egzamin ósmoklasisty. A kujawsko-pomorski kurator oświaty chce się zabrać za nauczycieli, którzy w mediach społecznościowych zamieszczają polityczne komentarze. Tak się składa, że jako czynny nauczyciel robiłem to, oczywiście krytycznie, przez wiele lat rządów PiS. Rozumiem, że wedle nowego kuratora było to niedopuszczalne?
Podobny ton – zasadniczo przychylny, ale z ważnymi zastrzeżeniami – będzie towarzyszył innemu głośnemu przedsięwzięciu nowego kierownictwa MEN: okrajaniu podstaw programowych. Tu zresztą również na ogólnej ocenie zaważą wizerunkowe kiksy.
Najpierw na początku stycznia „Tygodnik” – potwierdzając przypuszczenia „Protestu z Wykrzyknikiem” – donosi, że zespołem okrajającym podstawy programowe z języka polskiego kieruje Wioletta Kozak, szara eminencja pisowskiej reformy oświaty, która za poprzedniej władzy przyczyniła się do rozszerzenia tych samych podstaw. Rusza też fala krytyki dotycząca cięć na liście lektur: poloniści krytykują a to zbyt ostrożną skalę redukcji, a to decyzje dotyczące konkretnych pozycji.
– Wokół matematyki była generalnie cisza, choć tutaj cięcia były jeszcze ostrożniejsze – uważa matematyczka Anna Schmidt-Fic. – Okrojono nie, jak zapowiadano, 20 procent materiału, ale znacząco mniej. Nie wyrzucono żadnego z działów, choć uczniowie w moim przekonaniu wyszliby bez większego szwanku przy rezygnacji z np. dość trudnych dla nich wielomianów. Generalnie trzeba jednak docenić, że nowa ekipa MEN zmniejszyła nieco obciążenie materiałem w polskich szkołach.
Wrzawa wokół okrajania podstaw pokazuje, że MEN po Czarnku to samograj pozorny: o wizerunkową wywrotkę łatwo, podobnie nietrudno o krytykę w oświatowym środowisku, które dość szybko porzuciło sentymenty.
Jak krytykę znosi Nowacka? Według niektórych polityków samej KO, bardzo źle. Potwierdza to cytowany już ekspert bliski kręgom MEN: – Krytyka procesu okrajania podstaw mocno zabolała i Nowacką, i Lubnauer.
Jeśli tak, to nowe kierownictwo MEN miało prawo być nawet bardziej zaskoczone reakcjami na podwyżki dla nauczycieli – bezprecedensowo wysokie, bo co najmniej 30-procentowe. Ale też wywindowane z tak niskiego pułapu, że przez część nauczycieli przyjęte zostały bardziej jako należna od lat waloryzacja, a mniej jako prezent.
– Była znacząca, ale błagam: nasz status materialny nie wzrósł od tego kosmicznie – mówi Paweł Lęcki. – Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na koncie piątkę z przodu. Zaznaczam: razem z dodatkiem motywacyjnym, dodatkiem za wysługę lat i innymi. Czy po dwudziestu latach pracy piątka z przodu to jest jakieś wielkie wydarzenie?
– Ta podwyżka urealniła nasze zarobki, ale dzięki niej nie osiągnęły one nawet poziomu z 2012 roku – mówi z kolei Urszula Woźniak z ZNP. – Czulibyśmy się bezpieczni, gdyby rząd przypomniał sobie o naszej inicjatywie obywatelskiej, czyli projekcie wiążącym nauczycielskie pensje z poziomem średniej krajowej. Ta ustawa przeleżała 2,5 roku w poprzednim Sejmie, a 25 stycznia, czyli już w nowej kadencji, odbyło się pierwsze czytanie. Mamy sierpień, lecz nie dzieje się nic.
Na postrzeganie podwyżek mogły też wpłynąć słowa samej Nowackiej. Ta w publicznych wypowiedziach zdążyła już odtrąbić zahamowanie fali odpływu nauczycieli z zawodu, choć skala wakatów dziś i rok temu jest z grubsza podobna. – To jedna z tych sytuacji, w których Barbara Nowacka „mówi Czarnkiem”, uspokajając, że kadrowe braki w sierpniu to tylko „okienko transferowe”. Czy na pewno tego chcieliśmy: ministry mówiącej mniej więcej to samo, tylko częściej się uśmiechającej? – pyta Paweł Lęcki, który po dwóch dekadach pracy w szkole publicznej ogłosił, że z niej odchodzi.
– Ty, zagorzały krytyk poprzedniej władzy, odchodzisz z publicznej szkoły, gdy tej władzy już nie ma. Dlaczego? – pytam Lęckiego.
– Zawsze, nawet w trakcie strajku nauczycieli, w którym chodziło przecież o pieniądze, zaznaczałem, że nie one są najważniejsze – odpowiada trójmiejski polonista.
– A co jest najważniejsze?
– Sens. Uciekam od bezsensowności działań, na które nowa władza nie ma odpowiedzi. Funkcjonowanie w systemie szkoły publicznej stawało się dla mnie nie do zniesienia.
– Na czym ten bezsens polega?
– Na tym, że polska szkoła jest od lat fabryką słupków egzaminacyjnych. A zatem niezależnie od pięknych i mądrych działań, jakie można podejmować, i wielu nauczycieli je podejmuje, tak czy inaczej spotkamy się na koszmarnych egzaminach z niemiarodajnymi, fałszywymi wynikami. W dodatku w systemie, w którym wszystko się wokół wyników tych egzaminów kręci, i wszyscy – dyrektorzy, nauczyciele, uczniowie – są z nich rozliczani. I w systemie, w którym chodzi już tylko o rankingi, testy i centyle, a nie o rozwój człowieka. Teraz przynajmniej możemy gdybać, co się zmieni po odwołaniu Marcin Smolika z funkcji dyrektora Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. To w zasadzie jedyna naprawdę bardzo dobra decyzja ministry.
Inni eksperci do niektórych decyzji kadrowych i podwyżek dodają jeszcze jeden plus: wzięcie – po dwóch latach obojętności polskiego państwa – odpowiedzialności za wszystkie ukraińskie dzieci w wieku szkolnym przebywające po lutym 2022 r. w Polsce. Dopiero od tego roku szkolnego będą one objęte – realnym, a nie jak wcześniej prawnie martwym – obowiązkiem szkolnym.
„W dwa lata się nie da”, czyli kwestia wizji
Scena czwarta: maj, Centrum Nauki Kopernik. Znowu Barbara Nowacka – tym razem wśród garstki ekspertów edukacyjnych. W czasie organizowanego przez Fundację Stocznia obywatelskiego wysłuchania publicznego na temat podstaw programowych z języka polskiego tłumaczy sugestywnie przez 3,5 minuty (tyle ma każdy z dyskutantów), jaką ma wizję zmiany szkoły, i jak się do tego ma planowana przez MEN wielka reforma programowa.
To jednak scena wymyślona: nigdy nie miała miejsca. Na zorganizowanym naprawdę wysłuchaniu – w środowisku ekspertów wydarzeniu spektakularnym – stawił się tylko przedstawiciel podległego MEN Instytutu Badań Edukacyjnych. Anna Schmidt-Fic: – Poprzednie takie wysłuchanie było na początku rządów PiS, a jednym z gości była wiceminister Marzena Machałek. Nieobecność kierownictwa MEN w obecnym rozdaniu jest wyrazem lekceważenia. Podobnie jak brak komentarza do opisywanych przez media spraw, np. domniemanego mobbingu w CKE [sprawę opisaliśmy w „Tygodniku” w czerwcu – red.]. Myślę, że to zamierzona strategia. Nie reagujemy na niszowe sprawy, o których dyskutują eksperci, za to zabieramy głos tam, gdzie w grę wchodzi reakcja vox populi. To dlatego MEN relacjonował podpisywanie rozporządzenia w sprawie zadań domowych na TikToku, a zrezygnował z udziału w wysłuchaniu.
Ale nie powszechny dziś w polityce populizm wychodzi na pierwszy plan wśród krytycznych głosów na temat Barbary Nowackiej. Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: czy Nowacka ma jakiś odmienny od poprzednich ekip pomysł na polską szkołę? Czy faktycznie – jak zapowiadały partie dzisiejszej koalicji przed wyborami – przestawi ją z torów obsesyjnej rywalizacji na tryb nowoczesnego rozwoju? Rzeczywiście ją odpartyjni, tworząc obiecywaną Komisję Edukacji Narodowej, z niezależnymi od polityków ekspertami?
Na razie duża zmiana zapowiada się jedna: to anonsowana przez MEN na rok 2026 i kolejne kompleksowa reforma programowa. Lecz na razie nie wiadomo jednak, czego się po niej spodziewać, poza tym, że – w dość zgodnej opinii ekspertów – ciężko będzie ją domknąć.
Paweł Lęcki: – Nie wykluczam, że ona wiele zmieni, ale na pewno niczego sensownego nie da się zrobić w takim czasie, skoro w innych krajach podobne reformy wdraża się przez dekadę albo i więcej.
Anna Schmidt-Fic: – Mówimy o kompletnie nowym kształcie szkoły: o nowym „profilu absolwenta” [chodzi o zdefiniowanie, jakie umiejętności powinien mieć uczeń na różnych etapach edukacji – red.], o odejściu od XIX-wiecznego modelu edukacji, o jej przestawieniu z wiedzy na kompetencje. Takie rzeczy nie powstają w dwa lata. Na razie jestem więc ostrożna z oceną nowego MEN. Na pewno zmieniła się narracja – nowa ministra dowartościowuje nauczycieli nie tylko podwyżkami, ale też dobrym słowem. To jednak do lepszej szkoły na razie nas nie zbliża.
Czy Barbara Nowacka do tego zbliżenia się przyczyni, okaże się za kilka lat. Chyba że, jak ćwierkają wróble w KO, wcześniej pożegna się z posadą w MEN i zostanie szefową kancelarii prezydenta Polski Rafała Trzaskowskiego (znają się od dawna), o ile ten wystartuje w wyborach i je wygra. Albo Nowacka wyląduje na innej, wyżej eksponowanej funkcji.
Bo obecna szefowa MEN to przede wszystkim rasowa polityczka.
PS. Z Barbarą Nowacką nie udało się porozmawiać. Pomimo naszych starań od 24 lipca rzecznik prasowy MEN wyznaczył pierwszy termin spotkania na czas już po ukończeniu tego tekstu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















