Koniec roku szkolnego: sześć rozczarowań na sześć miesięcy nowych rządów w edukacji

Jedno półrocze wystarczyło, by na witane niedawno z kwiatami szefostwo MEN narzekali prawie wszyscy. Nawet przychylni eksperci, przyjazne związki zawodowe i wyposażeni w lepsze pensje nauczyciele.
Czyta się kilka minut
Zakończenie roku szkolnego maturzystów z udziałem ministry edukacji Barbary Nowackiej. Warszawa, 26 kwietnia 2024 r. // Fot. Adam Burakowski / East News
Zakończenie roku szkolnego maturzystów z udziałem ministry edukacji Barbary Nowackiej. Warszawa, 26 kwietnia 2024 r. // Fot. Adam Burakowski / East News

Czas minął tak szybko, że zapomnieliśmy już o walorach nowego rozdania w edukacji. O detronizacji Przemysława Czarnka, który – w stopniu porównywalnym chyba tylko z rządami w MEN Romana Giertycha – potraktował szkołę jako kolejny w swojej karierze kawałek ubitej ziemi do ideologicznych bijatyk, i który był o włos od wprowadzenia groźnego prawa cenzurującego do cna szkolne działania organizacji pozarządowych. 

O końcu rządów małopolskiej kuratorki Barbary Nowak, która – w stopniu nieporównywalnym z nikim i z niczym – siała za pośrednictwem mediów społecznościowych polityczny terror nie tylko w Krakowie i okolicach. 

O bezprecedensowych podwyżkach dla nauczycieli. O decyzji, by od 1 września tego roku objąć wszystkie przebywające u nas ukraińskie dzieci w wieku szkolnym obowiązkiem uczęszczania do polskich placówek (do tej pory ten oblig był iluzoryczny, a wiele uchodźczych dzieci pozostawało poza pomocą i kontrolą państwa). 

Już sam fakt, że nowa oświatowa władza nie zameldowała się nam – zgodnie z polską tradycją w MEN – jakąś koniecznie przełomową, koniecznie nieprzemyślaną i koniecznie nieskonsultowaną porządnie z nikim wielką reformą, zasługuje na duży plus.

Ale są też minusy. Zebranie sześciu rozczarowań na sześć miesięcy rządów Koalicji 15 Października polską oświatą nie stanowi niestety problemu. 

Nieodrobione zadanie

Zaczęło się od wielkiego hałasu wokół prac domowych. Politycy nowej koalicji wyszli od słusznego założenia, że uczniowskie plecaki pękają w szwach od nadmiaru książek, a nogi – zwłaszcza nastolatków – więdną od nadmiaru lekcji i pracy domowej. Recepta na te dolegliwości (wprowadzenie zakazu zadań w klasach 1-3 podstawówki i ich ograniczenia w 4-8) była już gorsza, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, urzędnicy MEN – zapowiadający jeszcze przed wyborami większą autonomię szkół i nauczycieli – ograniczeniem zadań domowych tę suwerenność pedagogom odebrali. I nie wzięli chyba pod uwagę tego, że ci upomną się o swoje. Nie tylko oni: w sondażu United Surveys z kwietnia tego roku aż 54,2 proc. pytanych było przeciw ograniczeniom w zadawaniu do domu.

Powód drugi: grzech niespójności. MEN zapowiedział okrojenie podstaw programowych od 1 września tego roku. Ale zadań domowych zakazał zadawać już teraz – choć nie od dziś wiadomo, że właśnie prace domowe stanowiły dla nauczycieli czasem jedyny sposób, by przerobić cały nadmiernie wypchany wymaganiami program. Władza postąpiła więc tak, jak pracodawca, który z „dobroci serca” skraca pracownikom dzień z ośmiu do sześciu godzin. Zapomina jednak o tym, by zwolnić ich z części obowiązków.

Niewidoczne cięcia

Rozczarowanie numer dwa to dla wielu właśnie owe programowe cięcia. Cięcia niewidoczne, i to w dwojakim znaczeniu. Po pierwsze w sensie ścisłym: zapowiadany już wielokrotnie ostateczny projekt nowych podstaw programowych, na czele z budzącą najwięcej emocji nową, okrojoną lista lektur nadal nie ujrzały światła dziennego. Co budzi uzasadnione podejrzenie, iż nowa oświatowa władza chce zastosować przetestowany po wielokroć przez władzę starą fortel: najbardziej kontrowersyjne zmiany pokazujemy wtedy, gdy nauczyciele radośnie rozjadą się na wakacje, by przypadkiem nie przyszło im do głowy protestować.

A będzie pewnie przeciw czemu protestować: dotychczas ujawniane wersje podstaw (te przed tzw. prekonsultacjami, i te przed konsultacjami) były tak ostrożne, że niemal niewidoczne. Tak ilościowo, jak jakościowo. „Ogłoszona […] lista lektur to kolejny kanon promujący nieczytanie: nadal królują literatura staropolska, romantyczna, pozytywistyczna i tematyka narodowa, a więc to wszystko, co jest obce współczesnej młodzieży – mówił na naszych łamach polonista Dariusz Martynowicz. – Nie chodzi nam o to, by wyrugować klasykę, ale by zachować balans […] Kanon ma być nie tylko wyzwaniem intelektualnym dla ucznia i zanurzać go w kodzie kulturowym, ale przede wszystkim rozmiłować w czytaniu i pokazać, że obcowanie z książką jest wartościowym i ciekawym doświadczeniem. Nie da się tego zrobić tylko na Kochanowskim, Mickiewiczu, Słowackim i Żeromskim”.  

Niespełnione obietnice

Tu rozczarowanych może być akurat tyle samo, co zadowolonych: MEN wbrew obawom konserwatystów nie robi większej krzywdy szkolnej religii, tłumacząc się oporami współkoalicjantów z PSL. Co prawda projekt zmiany organizacji tej lekcji – przewiduje on możliwość łączenia klas, a nawet uczniów z różnych roczników w grupy, jeśli w danej klasie na religię zgłosi się mniej niż siedem osób – wzbudził gwałtowne protesty katechetów. Uważają oni, że zmiany czynią z uczęszczających na katechezę „gorszy sort uczniów”.

Ale fakty są takie, że nowa koalicja nie zrealizowała swoich głównych zapowiedzi w sprawie szkolnej religii. Nie tylko tych najbardziej radykalnych, jak obietnica lewicy, że wyprowadzi religię ze szkół. Także ostrożniejszych, jak wprowadzenie zasady, iż katecheza może być tylko na pierwszej i ostatniej lekcji w danym dniu (umieszczenie jej w środku dnia „gorszy sort uczniów” czyni akurat z tych, którzy nie chodzą na religię, bo nie mają co ze sobą zrobić). Albo jak wielokrotna zapowiedź ministry edukacji Barbary Nowackiej, że jej resort będzie finansował tylko jedną godzinę katechezy tygodniowo (wedle najnowszej zapowiedzi zmiana nastąpi od września 2025).

Inna sprawa, że ostrożność akurat w tej sprawie nie powinna nowej ekipie MEN zaszkodzić. Polacy zmieniają powoli swoje nastawienie do religii w szkole, ale uczniowie rezygnują z niej niechętnie – odsetek stawiających się na katechezie wciąż przekracza 80 procent.

Nierozliczone rachunki

Tu zapewne rozczarowanych jest wciąż mniej niż przynajmniej umiarkowanie zadowolonych. Rząd Tuska dał nauczycielom około 30-procentowe podwyżki, mniej więcej tak jak obiecał. Ale nie zrealizował drugiej części obietnicy ze „Stu konkretów na sto dni rządów” Koalicji Obywatelskiej. „Wprowadzimy stały system automatycznej rewaloryzacji” – obiecywała KO, a dziś nauczyciele przypominają o tym słusznie zakładając, iż relatywnie wysoka podwyżka z początku 2024 roku szybko się zdewaluuje.

Znamienne, że niedawno dość przychylny nowej władzy Związek Nauczycielstwa Polskiego tupnął po raz pierwszy głośno nogą, przypominając o złożonym w styczniu w Sejmie obywatelskim projekcie wiążącym pensje pedagogów ze średnią krajową. „Minęło pół roku i nic się nie dzieje” – mówił szef ZNP Sławomir Broniarz podczas konferencji. A jego zastępczyni Urszula Woźniak dodawała: Nauczyciele odnoszą wrażenie, że znowu stali się niewidoczni dla rządzących”.

Niezatapialne kierownictwo

Nie brakuje rozczarowanych brakiem kadrowych zmian w podległej MEN Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Nieformalna nauczycielska grupa „Protest z Wykrzyknikiem” (60 tysięcy obserwujących na facebookowego profilu) domaga się od miesięcy odwołania dyrektora Marcina Smolika, trwającego na swym stanowisku od dekady. „Jako szef CKE był twarzą zmian dokonywanych w edukacji przez Prawo i Sprawiedliwość […] Dowodem na to były chaotyczne zmiany kryteriów oceniania na kilka tygodni przed maturą, aby wykreować lepszy wynik egzaminu” – piszą autorzy petycji o dymisję Smolika.

Kilka tygodni temu opisaliśmy w „Tygodniku” kontrowersje wokół działań CKE, a także oddaliśmy głos dwojgu byłych pracowników tej instytucji. Oskarżają oni dr Wiolettę Kozak, szefową jednego w wydziałów CKE, o mobbing. Od tamtej pory Paweł Lęcki, znany trójmiejski polonista i krytyk Smolika, wylicza na swoim profilu FB dni bez reakcji na te oskarżenia ze strony MEN.

Niewidzialna wizja

Czego chce nowe kierownictwo resortu? Na czym ma polegać przywoływane wciąż  „sprzątanie po Czarnku”, a przede wszystkim: jaką wizję polskiej szkoły ma MEN, gdy już się ze sprzątaniem upora? Odpowiedzi na te pytania – i to jest chyba rozczarowanie największe – są niejasne.

Przed wyborami parlamentarnymi wiele mówiono o decentralizacji oświaty i autonomii nauczycieli, ale ruchów w tym kierunku widać niewiele. W programach ówczesnych partii opozycyjnych dużo było o szkole bardziej przyjaznej i mniej skoncentrowanej na ocenach i egzaminach – ale pomysłów na realizację tego postulatu na razie brak. Miało być mniej politycznie, a bardziej ekspercko. I być może jest, ale głoszony z zapałem postulat powołania Komisji Edukacji Narodowej, by to jej niezależni eksperci, a nie uwikłani politycznie urzędnicy pisali podręczniki i podstawy programowe, zdążył przez pół roku ucichnąć.  Pozostał tylko – jak kilka innych postulatów – w zakurzonych dokumentach typu „sto konkretów na sto dni”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”