Szekspir też by nie dał rady

„House of Cards” jest pierwszym serialem, który został przelicytowany przez polityczną rzeczywistość. Miał ją bezwzględnie zdiagnozować, ale musiał polec.

03.12.2018

Czyta się kilka minut

Robin Wright jako prezydent USA w otoczeniu swojego gabinetu / DAVID GIESBRECHT / NETFLIX
Robin Wright jako prezydent USA w otoczeniu swojego gabinetu / DAVID GIESBRECHT / NETFLIX

Trudno znaleźć widza, któremu naprawdę podobałby się ostatni sezon „House of Cards”. Nic dziwnego: jest fatalnie napisany, pełen nieprawdopodobieństw i fatalnie umotywowanych zwrotów akcji w złym guście. Nie jest to pierwszy serial, który po ekscytujących początkach kończy się artystyczną porażką. Niezwykłe są jednak powody tej klęski.

Koszmar demokracji

Serial był pomyślany jako koszmar śniony o amerykańskiej demokracji, spojrzenie za jej kulisy, gdzie dla własnego zdrowia przeciętny obywatel zaglądać nie powinien. Wszedł na ekrany w 2013 r., gdy Barack Obama zaczynał drugą kadencję. Choć nie budziła ona już takiego entuzjazmu jak pierwsza, były prezydent ciągle pozostaje symbolem Ameryki, która wznosi się ponad mroki własnej historii, oraz polityki opartej na nadziei, że obywatele mogą zmienić państwo na lepsze.

„House of Cards” przedstawiał inną wizję polityki, bliższą najmroczniejszym dramatom Szekspira. Była w nim domeną próżności i żądzy władzy. Historię w serialu tworzyły nie inspirujące cały naród przemówienia i symbole, ale zakulisowa intryga, szantaż, cierpliwe liczenie stronników w Kongresie, w mediach, w szeregach potencjalnych darczyńców.


Czytaj także: Domek z kart - Cezary Michalski o "House of Cards" w 2013 r.


W tej politycznej sferze cienia doskonale rozkwita główny bohater, Frank Underwood – bezwzględny drapieżnik, gotowy na wszystko, by zdobyć i utrzymać pozycję. Równie instrumentalnie posługujący się ideami, co ludźmi. Ryszard III masowej, telewizyjnej demokracji. Jeśli Frank przypominał w ogóle któregoś z powojennych amerykańskich prezydentów, to chyba tylko Lyndona B. Johnsona i Richarda Nixona – pamiętanych do dziś jako diabolicznie ambitne jednostki, mistrzowie nie zawsze czystej, rozgrywanej z dala od oczu opinii publicznej intrygi.

Pięć lat temu spojrzenie na politykę z „House of Cards” wyrywało z idealistycznej drzemki. Przypominało, jak brzydko może wyglądać zaplecze polityki w najlepiej nawet urządzonej demokracji. Przestrzegało, że jeśli obywatele nie zachowają czujności, zagrożenie dla demokracji może przyjść z samego serca jej instytucji.

Twórcy unikali przy tym moralistycznej paniki. Underwood nigdy nie był wyłącznie potworem. Reprezentował rozsądne, centrowe, czasem lekko progresywne poglądy, zapewne zgodne z politycznymi sympatiami większości docelowej grupy, do jakiej adresowana była produkcja. Gdy za sprawą serii piętrowych, brudnych intryg Frank zostaje wreszcie wiceprezydentem, jedną z pierwszych jego akcji jest przepchnięcie przez Senat ważnego dla administracji głosowania. Underwood przy okazji upokarza aroganckiego, trzymającego w szachu cały Kongres i Biały Dom senatora z Tea Party – skrajnego, ekstremistycznego, antyetatystycznego skrzydła Republikanów. Administracja Obamy nigdy nie potrafiła poradzić sobie z agresywnym, paraliżującym państwo populizmem. Niejednemu z widzów nasunęła się wtedy myśl, że może warto zapłacić za taką skuteczność kogoś takiego jak Underwood u władzy.

Frank i Donald

Ostatnie lata przyniosły jednak polityczny scenariusz, o jakim twórcom „­House of Cards” się nie śniło. W przeciwieństwie do świata serialu, wyzwanie dla amerykańskiej demokracji nie przyszło ze środka systemu, ale z zewnątrz – pod postacią populistycznego miliardera w czerwonej czapeczce z daszkiem. Trump szedł do wyborów z obietnicami „osuszania bagna” i przewietrzenia dusznych korytarzy władzy, gdzie kwitnąć mogą postacie w typie Franka. Sam Trump najlepiej czuł się na wiecach, otoczony zwolennikami. Jednak jego populistyczna rewolta okazała się nie mniejszym zagrożeniem dla przetrwania amerykańskiej demokracji niż serialowe intrygi Under­wooda.

Trump tak bardzo przesunął przy tym granice tego, co możliwe w amerykańskiej polityce, że wszystkie twory wyobraźni twórców „House of Cards” wypadają przy tym blado. Intrygi, spiski i zbrodnie Franka nie robią wrażenia na tle skandali, jakie na co dzień relacjonowane są w telewizji. Tam słyszymy o prezydencie, który mógł współpracować z Rosją, by wpłynąć na wynik wyborów, a następnie zwolnił szefa FBI, niegodzącego się na ręczne sterowanie śledztwem w tej sprawie. Dowiadujemy się, że przywódca wolnego świata płacił gwieździe porno za milczenie na temat romansu w czasach, gdy urodził się jego najmłodszy syn. Że w trakcie całej kariery robił wszystko, by podatków płacić jak najmniej, a najlepiej wcale. Dodajmy do tego brak samokontroli prezydenta, jego ciągłe werbalne ataki na media, migrantów i przeciwników politycznych. Wszystkiemu temu towarzyszy kompletny chaos w Białym Domu i wychodzące w kolejnych wypowiedziach współpracowników informacje o rażącej niekompetencji prezydenta.

Na tym tle Frank Underwood może wydawać się politykiem tylko nieznacznie bardziej skorumpowanym (choć ma na swoim koncie zbrodnie), a na pewno nieporównanie bardziej kompetentnym i lepszym dla Ameryki i świata. Frank jest postacią tragiczną, operującą w rejestrze wzniosłości. Polityka ery Trumpa wygląda z kolei jak operująca w rejestrze makabrycznego komizmu „opowieść idioty”.

Sytuacja z Trumpem skazuje producentów takiego serialu na dwa równie złe scenariusze. Mogą ją ignorować, przedstawiając widzom historie, które na tle codziennych wiadomości wypadają blado, albo licytować się z rzeczywistością na grozę i okropieństwo. W ostatnim sezonie twórcy wybierają tę drugą taktykę. Polityka na najwyższym szczeblu w niczym nie różni się w nim od świata „Ojca chrzestnego”. Trup ścieli się gęsto, jak w konfliktach mafijnych mord jest narzędziem rozwiązywania sporów. Twórcom nie udaje się jednak uwiarygodnić tej rzeczywistości w oczach widzów. Mamy wrażenie, że ktoś w stacji pomylił gatunki.

Caryca i bojarzy

Rzeczywistość dopadła „House of Cards” nie tylko od strony Trumpa. Zmianę głównego bohatera – z Franka Underwooda na jego żonę Claire – wymusiła akcja #MeToo. Oskarżenia o molestowanie seksualne – jakie wobec odtwarzającego główną rolę Kevina Spaceya wysunęło kilkunastu mężczyzn – wypłynęły w trakcie prac nad ostatnim sezonem. Netflix zdecydował się zwolnić aktora, uśmiercić jego postać i skrócić sezon z 13 do 8 odcinków.

Ta zmiana wzmocniła feministyczne przesłanie serialu. Już w poprzednim sezonie Frank podaje się do dymisji i oddaje stery państwa żonie. W ostatnim sezonie Claire samotnie prowadzi walkę o władzę. Jest w niej nawet bardziej bezwzględna niż mąż. A przy tym serial sprawia, że kibicujemy jej trochę na podobnej zasadzie, jak kibicujemy Pannie Młodej w „Kill Billu” Quentina Tarantino w jej zabójczej zemście. Wiemy, że bohaterka to morderczyni, ale jej ofiary to jeszcze gorsze zbiry.


Czytaj także: W Białym Domu, po kryjomu - Piotr Tarczyński o amerykańskich serialach politycznych


Ostatni sezon wygląda więc jak kompensacyjna fantazja o politycznej zemście, wyprodukowana na potrzeby upokarzanej przez Trumpa liberalnej Ameryki. Claire podejmuje walkę o przyszłość Stanów z rodzeństwem wpływowych politycznie oligarchów – Annette i Billem Shephardami. Ich poglądy – deregulacja, państwo minimum, żadnych nowych podatków i regulacji – przypominają te głoszone od lat przez braci Koch, należących do najbogatszych Amerykanów przemysłowców. Miliony pompowane przez nich w Partię Republikańską przesunęły ją w ostatnich latach z dala od centrum, do prawej ściany, otwierając przestrzeń dla Trumpa.

Walka Claire z amerykańskimi oligarchami przypomina pojedynki Iwana Groźnego z bojarami z dyptyku Eisen­steina. Tak jak Iwan, Claire na początku wydaje się bezradna i uzależniona od oligarchów. Bill Shephard dosłownie prowadzi jej rękę, wymuszając podpis pod przepchniętym przez Kongres prawem radykalnie osłabiającym obowiązujące przemysł regulacje ekologiczne. Bojarzy nie doceniają jednak determinacji i bezwzględności carycy. Dla widza caryca ­Claire bez wątpienia jest przerażająca, ale jednocześnie walczy o to, by kluczowe dla przyszłości kraju decyzje posiadał jednak demokratycznie wybierany urząd, a nie grupa miliarderów. Niejeden widz pomyśli sobie: „Gdyby Hillary była tak twarda, bylibyśmy dziś w innym miejscu”.

Twórcom nie udaje się jednak pociągnąć do końca tej dwuznaczności, doprowadzić jej do jakiejś myślowej konkluzji. Serial na planie intelektualnym rozchodzi się podobnie jak na planie fabularnym. Coś, co zaczynało się jak szekspirowski traktat o mrocznej stronie demokracji, kończy się fabułą rodem z taniego kina gangsterskiego. A tymczasem w rzeczywistym Białym Domu toczy się nie mniej przerażający dramat. Pozostaje tylko czekać, w jaki sposób serialowa fikcja – najbardziej dziś „wydolna epicko” forma, zdolna portretować komplikacje rzeczywistości – zdoła się z nią zmierzyć. Że prędzej czy później spróbuje, jest oczywiste. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2018