Osiem lat wstawali z kolan, a nie umieli wyjąć ropiejącej zadry z polskiej tożsamości. Niegdysiejszy Landsberg został przecież słusznie oddany Polsce łaskawym gestem aliantów – wraz ze swoją jabłonią! Bilionów reparacji od Niemiec pewnie nie uzyskamy, ale spróbujmy działać w obszarze symbolicznym: kiedy wreszcie przyjmie się szeroko zrepolonizowana nazwa „reneta gorzowska”, wszem wobec będzie wiadomo, iż najlepsze jabłko na świecie pochodzi z Polski.
Podobnie jak Kopernik, odkrywca prawa, iż piernik w fałszywej czekoladzie ze sztucznym nadzieniem wypiera lepszego piernika, polanego lukrem bez żadnej łże-marmoladki.
Reneta landsberska – zapomniana polska odmiana jabłek
Trzeba się jednak spieszyć, bo opracowania fachowe głoszą, iż reneta landsberska to odmiana reliktowa, co potwierdza empiryczny ogląd braku owoców na straganach. Może właśnie dlatego politycy odpowiedzialni za pamięć i tożsamość nie zawracali sobie tym głowy, licząc, że ostatnie drzewka zaraz przestaną rodzić i germanizm wreszcie zniknie, przestanie psuć anglosaską harmonię na pomologicznym firmamencie, upstrzonym prinsami i empajerami, tudzież dżemsgryfem i delicjuszem. Drzemie jeszcze etniczna siła w narodzie, który na tekturce zatkniętej w skrzynce pisze to, co usłyszy!
Nie wiem, może tegoroczna obfitość landsberskich tam, gdzie zwykle chodzę po owoce, to właśnie łabędzi śpiew starego sadu – tym bardziej muszę o nich napisać, bo się tej jesieni po uszy zakochałem. W porównaniu z szarą renetą albo czerwonym boskopem – czyli dwiema najpospolitszymi odmianami, jakie godzi się przerabiać na szarlotkę lub do owsianki – te jabłka rozpadają się pod wpływem ciepła jeszcze szybciej.
Ledwo zdążysz włączyć ogień, sypnąć goździków i dołożyć cynamonu lub cytrynowej skórki, ręka z łyżką miodu zawisa nad rondelkiem, a one pufff! – jednym westchnieniem zmieniają konsystencję, tracą szorstki opór surowego miąższu, przechodzą w stan skupienia zasługujący na miano musu.
W odróżnieniu od papki mus, wierny swej nazwie, jest materią wielorakiego skupienia – bliski gazowej mgiełce wypełnionej aromatem, choć po wzięciu do ust okazuje strukturalną pożywność stałego pokarmu. Nie wiem, ile to potrwa, uczone opracowania piszą, iż ta odmiana zachowuje optymalne właściwości do stycznia, szczęśliwi chwil nie liczą.
Wrócę potem do renet szarych jak piechota w pierwszym szeregu na bój albo do kortlandów, które z kolei najpiękniej zachowują formę, kiedy się je piecze w całości z dziurą po wydłubanej szypułce zalaną miodem z rodzynkami (lub suszoną żurawiną, tak jest bardziej swojsko).
Od musu jabłkowego do komputerów: jak smak prowadzi do technologii
Często przy mieszaniu owsianki lubię pofantazjować na temat tego, jakie mianowicie jabłko sobie wyobrazili twórcy pewnej marki elitarnych komputerów, a potem znacznie powszechniejszych telefonów. Na pewno to lekkie dziabnięcie z boku musi być pamiątką po owym Adamowym kęsie jabłka, od którego się wszystko zaczęło, Ameryka jest krajem zbyt przesiąkniętym Biblią – cokolwiek byśmy sądzili o formach tej religijności – żeby taki kształt graficzny został użyty bez choćby śladowej świadomości znaczeń.
Jabłek się nie nadgryza bez konsekwencji, dlatego właśnie na wszelki wypadek prawie zawsze je kroję na plasterki albo w bezpieczną, utylitarną kostkę. Kabały nie znam, więc liczba tych kostek jest obojętna dla mojego losu. No więc z pewną wyższością muzealnego Europejczyka myślę sobie, że Jobs i Wozniak wzięli zupełnie bezpłciowe, za to śliczne Granny Smith. Po pierwsze, bo takie są realia tamtejszego rynku owocowego. Po drugie, wynalazki ich firmy bardzo ładnie wygładzają życie, odsysając z niego nieregularny smak i skazy. Bez ostrych kantów, dziur i potknięć.
Dlatego za chwilę użytkownicy w Europie (w Stanach już to działa), mający nowoczesny model słuchawek, będą mogli kazać aplikacji tłumaczyć wprost do ucha na żywo to, co ktoś do nich mówi w obcym języku.
Czy AI zastąpi rozmowę? Smak zamiast aplikacji
Jako przykład „z życia” dla tej nowej usługi możliwej dzięki AI, podaje się turystów dogadujących się z kelnerem w egzotycznej restauracji. Słownictwo związane z jedzeniem obfituje jak mało które w dziwne idiomy, zbitki, warianty słów i nieostre zakresy znaczeń – zanim się modele porządnie wyćwiczą, może być naprawdę wesoło albo i czasem straszno. Ale się wyćwiczą, jestem ufny i przy okazji czekam, aż powstanie moduł międzykulturowego tłumacza rozbioru tuszy wołowej i wieprzowej.
Zostawmy też na boku fakt, że akurat Amerykanie naprawdę mało potrzebują takiego translatora, bo cały świat, jaki zechcą nawiedzać z dolarami, gada już po angielsku. Z wyjątkiem dzielnic latynoskich w ich własnych miastach.
Ale ludzi z innych kultur to wygładzenie komunikacji w żywej, „parterowej” mowie może okraść z ważnego doświadczenia, jakim jest mozolne przeczołgiwanie się przez bariery językowe. Opór, zderzanie się z szybą językową, za którą jakaś twarz coś do nas mówi, próba dookreślania znaczeń przez mowę ciała, gesty – zapewne rozwija mózg, lecz o tym niech piszą neurolingwiści. Ale i bez nich wiem, że rozwija doświadczenie, dodaje smaku, nawet jeśli coś pozostaje zagubione w tłumaczeniu.
Nawet jeśli zjadamy tylko kęs lub kilka kęsów z owocu wiadomości. Poza tym, my tu bez aplikacji potrafimy się dogadać i nie będzie obce empajer grzebać nam w szarlotce.

Posthalloweenowe muffinki
Listopad jest wybitnie pokracznym miesiącem w tutejszym kalendarzu kolonialnym. Oto mamy „blek łyks”, chociaż w metropolii świętuje się tę marketingową czerń w jeden tylko dzień, piątek po Fenksgiwing. A jeśli zostały wam po Halołyn jakieś dynie – te zwyczajne, czyli o bardziej wodnistym i mniej smacznym miąższu niż odmiana hokkaido, to warto je przerobić na smakowite muffinki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem przepis, myślałem, że to wariant ciasta marchewkowego. Ale okazało się to mieć całkiem osobną godność.
- 230 g miąższu z dyni
- 2 jajka
- 150 g cukru trzcinowego
- 150 g oleju roślinnego
- kapka ekstraktu waniliowego
- 200 g białej mąki
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki sody
- mielony cynamon
- imbir
- gałka muszkatołowa
- skórka z pomarańczy
Na syrop:
- sok z 1 pomarańczy
- 50 g cukru pudru
Ubijamy w dużej misce jajka, olej, cukier plus wanilię na puszystą masę. W drugiej misce łączymy składniki suche oraz przyprawy. Przesypujemy je do miski z mokrymi, po czym łączymy wszystko łyżką, szybko, bez długiego wyrabiania. Dodajemy dynię startą na drobnej tarce i skórkę pomarańczową, delikatnie mieszamy. Przekładamy masę do papilotek (powinno starczyć na 12) i wkładamy je do formy na muffinki. Wstawiamy do pieca nagrzanego do 180 stopni i pieczemy nieco ponad kwadrans – sprawdzając patyczkiem, czy w środku muffinka jest sucha. Możemy też całą masę przelać do tortownicy o średnicy 24 cm – z tym że wtedy trzeba piec dłużej, co najmniej pół godziny.
Po wystudzeniu robimy w powierzchni kilka dziurek i wlewamy łyżeczką syrop uzyskany z zagotowania soku z cukrem. Można też posmarować serkiem mascarpone ukręconym z niewielką ilością cukru i kropelką rumu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















