Lato 2007 r. spędziłem w Rumunii. Sybin szczycił się wówczas tytułem Europejskiej Stolicy Kultury, a cały kraj stawiał pierwsze kroki w Unii Europejskiej. Nas było troje. A nasza wiedza o Rumunii, no cóż, niewielka. Nie wiedzieliśmy na przykład, że nasze studenckie budżety nie zgrają się z cenami biletów kolejowych. Po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że dalej spróbujemy ruszyć stopem i była to decyzja korzystna nie tylko dla portfeli – przez następne tygodnie doświadczaliśmy gościnności, uśmiechu i wsparcia w absurdalnym wręcz natężeniu. Ilość niewymuszonych gestów sympatii kierowanych pod naszym adresem gdzieś na bezdrożach Transylwanii była tak wielka, że kiedy wreszcie mijaliśmy przygraniczny Seret, kolega w pełni oddał odczucia naszej trójki, przepowiadając, że wszyscy Rumuni wejdą do nieba na paszport. Do dziś podpisuję się zresztą pod tym stwierdzeniem.
W podróży spotykaliśmy jednak nie tylko Rumunów. W przypominającym piłkę blaszanym schronie w Fogaraszach spędziliśmy noc – a potem kilka dni górskiej wędrówki – z dwójką warszawskich studentów, którym dzień wcześniej zdziczałe psy pożarły namiot. Piękną Sighisoarę zwiedzaliśmy natomiast w towarzystwie sympatycznej pary z Jeleniej Góry. W obu przypadkach żegnaliśmy się serdecznie, wymienialiśmy kontaktami, obiecywaliśmy się odezwać i zupełnie w to nie wierzyliśmy. Jechaliśmy dalej. Każdy w swoją stronę.
Wspomniałem już, że mijaliśmy Seret, a to znaczy, że wracaliśmy przez Ukrainę. Z jakiegoś powodu zatrzymaliśmy się w Kołomyi, skąd każdego wieczoru odjeżdżał pociąg do Lwowa. Zostaliśmy tam na dzień lub dwa, nie spieszyliśmy się. W końcu jednak trzeba było wracać. W ukraińskiej plackarcie obowiązywały miejscówki. Pamiętam, że konduktor jeszcze na peronie przyglądał się biletom i wskazywał wyznaczony wagon. Nie można się było pomylić. Wreszcie weszliśmy do środka, odnaleźliśmy swoje miejsca i stanęliśmy jak wryci – na naszych łóżkach warszawscy studenci rozmawiali z parą z Jeleniej Góry.
Tej nocy gadaliśmy do późna, ale co pewien czas ktoś się wyłączał i mruczał pod nosem coś o zmiennych, szansach, przypadkach. Cieszyliśmy się swoją obecnością, mając poczucie, że wydarzyło się coś z gruntu niewłaściwego. Że oto nastąpił błąd w strukturze rzeczywistości i wylądowaliśmy w fabule wyjątkowo źle skonstruowanej prozy. Jeśli mój z zasady racjonalny ogląd rzeczywistości został kiedykolwiek poddany poważnej próbie, to właśnie przez ten piętrowy zbieg okoliczności przy piętrowych łóżkach sunących nocą przez czarnoziem.
Tamten wieczór przypomniał mi się niedawno, kiedy słuchałem albumu „Transilvania Smile” Switłany Nianio. Zapewne przywołał go tytuł płyty, ale lubię myśleć, że powodem była też tajemnica, niezwykła aura obecna w muzyce ukraińskiej wokalistki i kompozytorki. A przecież to płyta w zasadzie niepozorna i łatwa do zignorowania nawet przez fanów macierzystego zespołu Nianio, wspaniałej avant folkowej grupy Cukier Biała Śmierć.
„Transilvania Smile” zawiera w końcu tylko pół godziny muzyki, w dodatku użytkowej, bo napisanej na zamówienie niemieckiego teatru tańca Pentamonia. A jednak tych siedem ascetycznych kompozycji rozpisanych jedynie na głos i pianino/fisharmonię od pierwszego spotkania zabrały mnie do jakiegoś osobliwego, baśniowego świata. Nawet jeśli słyszę w niej echa muzyki ludowej, minimalizm Meredith Monk, jasny rewers gotyckiego „Marble Index” Nico i przede wszystkim dorobek polskiego Księżyca. Całkiem zresztą słusznie, bo twórcy tego ostatniego zaprzyjaźnili się z Nianio jeszcze w latach 80.
Ten niezwykły klimat wychodzi poza muzykę. W tekstach Nianio człowiek niekoniecznie jest – że posłużę się określeniem Wojtka Bąkowskiego – figurą centralną. Bohaterami piosenek bywają tu jedwabniki i wiązy, mgły i jeziora. „Czy w czasie wojny, która w naszych opowieściach funkcjonuje głównie w wymiarze ludzkim, można pozostać Switłaną Nianio?” – zastanawiał się na łamach „Dwutygodnika” ukraiński krytyk Ivan Shelekhov. Po rozmowie z artystką, a także zapoznaniu się z jej nową twórczością muzyczną i literacką odpowiedział na to pytanie twierdząco. I choć z Kijowa codziennie spływają oświadczenia większej wagi, muszę przyznać, że przyjąłem ten werdykt z prawdziwą ulgą.
Nie da się ukryć, zaangażowałem w „Transilvania Smile” sporo emocji. A przecież to ledwie trzydzieści minut, parę melodii, kilka dźwięków: leniwych, rozmytych – jak powiedziała wokalistka Księżyca Katarzyna Smoluk – dochodzących jakby spod tafli lodu. Ale jednak dochodzących. Trafiających w czułe miejsce. W punkt. Jak my w tej Kołomyi, gdy wydarzyła się magia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















