Reklama

Przytul Kijów, przytul wieczność. Rozmowa z Heinali

Przytul Kijów, przytul wieczność. Rozmowa z Heinali

26.02.2023
Czyta się kilka minut
Im lepiej Zachód zrozumie, czym jest ukraińska kultura, tym szybciej odrzuci narrację o „bratnich narodach”. Właśnie ta fałszywa opowieść jest dziś wielkim problemem Ukrainy.
KSENIA POPOVA / ARCHIWUM PRYWATNE OLEHA SHPUDEIKO
J

JAN BŁASZCZAK: Opowiedz o swoim ulubionym miejscu w Kijowie.

OLEH SHPUDEIKO: Aleja Pejzażowa, znajdująca się w centrum promenada, z której rozciąga się widok na miasto. Wzgórza, przyroda – to wszystko sprawia, że można się poczuć jak na dalekich obrzeżach. Przed rewitalizacją aleja Pejzażowa nie była specjalnie popularna, więc spacerowałem nią prawie każdego dnia. Obecnie cieszy się dużą popularnością... To znaczy – wróć! – cieszyła się przed samą wojną.

Twój album „Kyiv Eternal”, który ukazał się w rocznicę wybuchu wojny, pełen jest dźwięków miasta, również z alei Pejzażowej. Czy odkąd opuściłeś Kijów, częściej do nich wracasz?

Słuchanie tych nagrań jest bolesne. Przypominają nie tylko o moim mieście, ale także o mojej przeszłości. Zdaję sobie wtedy sprawę, że utraciłem z nią kontakt. Nie mam już dostępu do przeszłości. Żaden z Ukraińców nie ma. W pewnym sensie straciliśmy naszą najbliższą przeszłość.

Czy po 24 lutego Twój stosunek do Kijowa jakoś się zmienił?

Zdecydowanie. Choć urodziłem się w Kijowie i spędziłem w nim niemal całe życie, nie byłem jego wielbicielem. Przecież tyle tu brzydoty w postaci infrastruktury miejskiej i współczesnego byle jakiego budownictwa. Ale kiedy zaraz po Bitwie o Kijów wróciłem do miasta, ­poczułem nagle, jakby ono żyło. Jakby było istotą, którą chciałbym objąć, ­przytulić i chronić przed niebezpieczeństwem. Wielu moich przyjaciół czuło podobnie. Zrozumiałem wtedy, że ważna część mojej tożsamości jest zrośnięta z ­Kijowem.

Na okładce „Kyiv Eternal” widzimy pomnik hetmana Sahajdacznego obłożony workami z piaskiem. Trudno o lepszy symbol takiej troski, utulenia.

Okładka rzeczywiście stanowi wizualną reprezentację troski, czułości. W Kijowie jest dziś wiele pomników zabezpieczonych workami z piaskiem i innymi materiałami, które mają je chronić przed zniszczeniem. W tym trudnym czasie mieszkańcy rzeczywiście postanowili przytulić Kijów.

„Kyiv Eternal” to płyta jednoznacznie przyjemna, nic nie zwiastuje zagrożenia. Trochę tak, jakby tej wojny nie było. A przecież dużo się mówi o tym, że powinniśmy czuć się zaniepokojeni, że nie możemy zapominać o tej wojnie i jej ofiarach.

Sam się temu dziwię, ale kiedy wracam myślami do czegokolwiek dotyczącego Kijowa sprzed wojny, zwykle towarzyszą temu ciepłe odczucia. Nawet jeśli to są złe wspomnienia, to w parze idzie z nimi może nie rozrzewnienie, ale pewna przyjemna nostalgia.

Istnieje szerszy problem ze sztuką dotykającą wojny. Ogromna jej część jest bardzo niepokojąca. I oczywiście trudno się temu dziwić. Jednak ludzie są już tym zmęczeni. Dostrzegam to na Zachodzie, którego mieszkańcy nie mają już na nią siły. Niepokojące, drastyczne dzieła działają mocno, ale krótko. Za ich sprawą możesz przestraszyć odbiorców, ale ostatecznie oni się do tego przyzwyczają. Przejdą nad kolejnym do porządku dziennego. Nie zwrócą uwagi, jeśli w tym przekazie pojawi się znów coś alarmującego. To tak jak z newsami. Ludzie czytają tragiczne wiadomości z Ukrainy, które początkowo szokują i mobilizują do działania, ale setny, dwusetny artykuł nie działa już z taką siłą.

Jakie widzisz rozwiązanie?

Postanowiłem nagrać album, w którym będzie pobrzmiewała nadzieja. Kiedy chodziłem do szkoły, nie przepadałem za zajęciami z literatury ukraińskiej, bo ogromna jej część traktowała o bólu, prześladowaniu, byciu ofiarą. Mam ­wrażenie, że jesteśmy w stanie opowiedzieć o tym, co dzieje się w Ukrainie, w inny sposób i na innych warunkach. Pokazać, że wiążemy nadzieję z naszą przyszłością. Tytuł „Kyiv Eternal” odnosi się do Wiecznego Miasta, bo Kijów jest ­Rzymem ­Europy Wschodniej. Tutaj zaczęła się Ruś i dlatego to miasto-symbol. Kijów to wieczność. Dlatego chciałem, aby ten album dawał nadzieję, budził inne emocje.

Zrealizowałeś we Lwowie koncert, który odbił się w świecie szerokim echem: „Live from a Bomb Shelter”. Jak przebiegała jego organizacja?

Początkowo wszystkie koncerty z ­cyklu „Live from Ukraine” odbywały się w Szkole Muzyki Współczesnej ­Vedel, gdzie mieliśmy cały sprzęt potrzebny do tego, aby grać i transmitować kolejne ­występy. Przed moim koncertem pojawił się problem, bo alarmy bombowe stały się dużo częstsze. Z ich powodu musieliśmy już wcześniej odwołać lub przełożyć kilka występów. Stąd pomysł na schron – mieliśmy szczęście, bo znajdował się bardzo blisko szkoły. Musieliśmy tylko zaopatrzyć go w internet. Załatwiliśmy więc dwa pięćdziesięciometrowe kable, które podłączyliśmy do szkolnej sieci i pociągnęliśmy je aż do schronu. Trochę padało, więc na wszelki wypadek owinęliśmy je foliowymi reklamówkami z pobliskiego sklepu. Głupie pomysły, ale zadziałały. ­Jedyna niedogodność polegała na tym, że koncert odbywał się bez udziału widowni. Nie mogliśmy ryzykować ściągania ­publiczności, która w wypadku zagrożenia bombardowaniem zabrałaby miejsce okolicznym mieszkańcom.

Czy widząc nazwy tych wszystkich opiniotwórczych mediów, które informowały o Waszym występie, choć przez chwilę pomyślałeś, co to może oznaczać dla Ciebie i Twojej dalszej kariery?

Chyba zablokowałem takie uczucia. Myślałem raczej o tym, co jeszcze mogę zrobić. Jak zaprosić kogoś popularniejszego ode mnie, aby przyciągnąć jeszcze więcej medialnej uwagi dla sytuacji w naszym kraju. Dzięki niej mogliśmy pozyskać finansowe wsparcie dla naszej armii. I to właśnie były te radosne chwile: kiedy słuchacz pisał do nas, że właśnie kupił kamizelkę kuloodporną dla ukraińskich żołnierzy.

Oprócz zbierania środków za sprawą podobnych występów, pokazywaliście światu, że Ukraina ma własną, żywotną, interesującą kulturę. Tłumacząc, jak bardzo jest to dziś istotne, powiedziałeś niedawno, że państwo bez własnej kultury to tylko terytorium. Czy już wtedy we Lwowie towarzyszyła Ci tego świadomość?

Nie, bo naprawdę nie wiedziałem jeszcze, jak słabo nasza kultura jest obecna za granicą. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Kiedy przyjechałem do Niemiec i zobaczyłem, jak niewiele odbywa się tu ukraińskich koncertów i festiwali w porównaniu z rosyjskimi, byłem zszokowany. Spoglądasz na repertuar oper i teatrów, a tam wszędzie Czechow, Czajkowski, Dostojewski, Prokofiew – instytucje są wypchane po brzegi rosyjską kulturą. Ukraina w tych programach pojawia się incydentalnie.

Teraz to się zmienia.

Moim zdaniem ta kwestia wymaga wsparcia ukraińskiego ­Ministerstwa Kultury. Należałoby zdobyć zewnętrzne finansowanie i rozesłać naszych ­artystów po Europie. Niech oni tam występują, pokazują swoją sztukę i budują świadomość naszej kultury. Bo ta wojna w bardzo dużym stopniu dotyczy właśnie jej. Im lepiej Zachód zrozumie, czym jest ukraińska kultura, tym bardziej ­będzie nas wspierał. Im pełniej ją przyswoi, tym szybciej odrzuci narrację o „bratnich narodach”. Właśnie ta narracja jest dziś wielkim kulturowym ­problemem Ukrainy.

Czy tam na dole, w schronie, kiedy zacząłeś grać, coś się zmieniło?

Rzeczywiście, coś kliknęło, przeskoczyło. Nagle poczułem się tak, jakbym po prostu dawał koncert. Ciekawe, bo podczas prób w ogóle nie mogłem się skoncentrować na graniu.

„Muzyka Heinaliego w cudowny sposób wypełnia przestrzeń ­schronów, przemieniając je w święte rzymskie katakumby”.

To słowa Tatiany Wołoszyny, kuratorki sztuki, która pomagała nam w organizacji koncertu. Myślę, że to najpiękniejsza recenzja, jaką kiedykolwiek ­dostałem.

Pytałem o tę przemianę, bo siła muzyki polega również na tym, że ludzie znajdują w niej oparcie i otuchę w trudnych czasach.

Nie wiem, z czego to wynika, ale wciąż nie radzę sobie ze słuchaniem muzyki. Przed wojną każdego dnia odkrywałem co najmniej jeden nowy album. Byłem naprawdę zagorzałym fanem. Od 24 lutego przesłuchałem może trzy, cztery płyty. Rolę, o której wspominasz, pełni teraz dla mnie literatura. Pamiętam jedną absurdalną sytuację, która przytrafiła mi się we Lwowie. Byłem akurat w supermarkecie, kiedy rozległ się alarm bombowy. Sklep został natychmiast zamknięty, a my – skierowani na zaplecze, gdzie mieliśmy poczekać, aż sytuacja się uspokoi. Przez dwie godziny stałem więc przy długim rzędzie lodówek z mięsem. Tak się złożyło, że w torbie miałem „Opowieści kanterberyjskie”. Wspaniale się czytało w tych okolicznościach. Myślę, że Chaucer byłby zaskoczony, gdyby się dowiedział, że w XXI wieku podczas wojny w Ukrainie ktoś studiuje jego opowieści na tyłach supermarketu, czekając, aż minie alarm bombowy. Zabawne doświadczenie, w jakiś przedziwny sposób podnoszące na duchu.

Skoro pojawił się temat średniowiecznej literatury, to zostańmy jeszcze na chwilę w odległej przeszłości. Czy fascynacja muzyką dawną i – idąc dalej – światem, który ma tak niewiele wspólnego z dzisiejszym, pozwala na, choćby chwilową, ucieczkę od współczesności?

To tak nie działa. We wrześniu ubiegłego roku na festiwalu w Utrechcie występował Graindelavoix – mój ulubiony zespół wokalny wykonujący muzykę dawną. Pierwszy raz miałem okazję posłuchać ich na żywo. Wykonywali dzieła Josquina Despreza, który przez ostatnie dziesięć lat swojego życia pisał lamenty i elegie, ale sam jakoś wciąż nie umierał. Kiedy ich słuchałem, czułem, jakby wszystkie moje doświadczenia nabrały abstrakcyjnego, symbolicznego charakteru i zaczęły prowadzić ze mną dialog ze sceny. Poprzez lamenty ­Despreza i muzykę Graindelavoix zaczęło ze mną rozmawiać wszystko, czego doświadczyłem od początku wojny. Nie wiem, jak to się stało, ale się stało.

Szesnastowieczny kompozytor?

Tak! Żadna inna muzyka, żaden inny kompozytor nie zabrał mnie w takie miejsce. Minęło pół tysiąca lat, odkąd ­Josquin pisał te utwory: zmienił się kontekst, najpewniej nie ma tu żadnej bezpośredniej relacji... A z drugiej strony to było najbardziej bezpośrednie, trudne i niezwykłe doświadczenie koncertowe mojego życia. Muzyka dawna nie jest szczęśliwą krainą, w której mogę się schować. To był przecież czas wojen, epidemii, głodu. Świat tak bardzo się nie zmienił.

W rezultacie wojny w Ukrainie wylądowałeś w miejscu będącym kiedyś scenerią dla muzyki, którą się zajmujesz.

Obecnie mieszkam niedaleko Bingen. Jedną z moich ulubionych średniowiecznych kompozytorek jest Hildegarda z Bingen, więc pójdę do muzeum, w którym znajduje się poświęcona jej wystawa.  

Miewasz czasem rozterki, czy ­powinieneś pozwalać sobie na takie codzienne przyjemności?

Ciągle się to zdarza. Teraz tak wiele wystaw i koncertów wydaje mi się zupełnie nieistotnych. Dotyczy to zwłaszcza sztuki współczesnej. Trochę inaczej jest ze sztuką średniowieczną czy renesansową – paradoksalnie odnajduję tam punkty wspólne z naszym światem. Może chodzi o duchowy wymiar tej twórczości, który jest w niej nie tylko obecny, ale też wyraźnie artykułowany? Muzyka dawna ma wpisaną w swoją istotę obietnicę pewnej tajemnicy, której nigdy nie uda się wyjawić. Wiesz, że coś tam jest, ale nigdy nie rozwiążesz tej zagadki. Co przypomina mi o jednym wspaniałym muzycznym doświadczeniu, które przytrafiło mi się na początku wojny.

Opowiedz o nim.

Zaraz po tym, jak ewakuowałem rodziców, trafiłem na kilka dni do Użhorodu. Stamtąd miałem ruszyć pociągiem do Lwowa, ale kiedy dotarłem na dworzec, zaczynała się już godzina policyjna. Musiałem więc spędzić na nim całą noc. Bardzo chciało mi się spać, ale dworzec był totalnie załadowany ludźmi. Wszyscy byliśmy w takiej samej sytuacji – utknęliśmy na tę jedną noc w Użhorodzie. Nie było nawet miejsca, żeby usiąść. Pomyślałem, że muzyka pozwoli mi nie zasnąć. Włączyłem sobie Ensemble Organum i ich wykonanie Mszy Notre Dame autorstwa Guillaume’a de Machaut. Kiedy tylko zacząłem jej słuchać, całe miejsce się odmieniło. Nagle dworzec kolejowy w Użhorodzie stał się katedrą, a wszyscy ludzie stojący wokół wydawali się uczestniczyć ze mną w tej średniowiecznej mszy. Trwało to moment, ale była to absolutnie magiczna przemiana. ©

Autor jest redaktorem działu muzycznego portalu Dwutygodnik.com

HEINALI, właściwie OLEH SHPUDEIKO jest ukraińskim kompozytorem, artystą dźwiękowym, twórcą muzyki filmowej i projektów multimedialnych. W centrum jego zainteresowań znajduje się muzyka dawna, którą przekłada na język syntezatorów modularnych. Rezultatem tej praktyki był album „Madrigals” (2020), który zebrał entuzjastyczne recenzje w światowej prasie. Prace nad jego kontynuatorką – płytą „Organa” – przerwał wybuch wojny. W kwietniu 2022 r. Heinali dał koncert z jednego z lwowskich schronów. W rocznicę wybuchu wojny kompozytor opublikował album „Kyiv Eternal”, będący hołdem dla jego rodzinnego miasta.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side” (2018 r.).

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]