Autorka najczęściej tłumaczonej polskiej książki wcale nie chciała jej napisać. „Dzienniczek” powstał z polecenia spowiednika, pisząca go skończyła tylko trzy klasy szkoły powszechnej. Pisała niepewnie, niewprawnie, do takiej pracy nienawykła. O relacjach w domach zakonnych, w których żyła i które odwiedzała, o braku zrozumienia i złośliwości sióstr. Notowała rady spowiedników i postanowienia z rekolekcji.
Wszystko to przeplecione zostało rozmowami z duszami czyścowymi, dialogami z Jezusem, czasem z Matką Bożą oraz własnymi religijnymi przemyśleniami. Całe wyrażenia kalkowała z pobożnych książek, modlitw i pieśni. Zmuszona do pisania, trochę naśladuje tradycję, a trochę odkrywa siebie.
Siostra Faustyna w młodości – czas „oddawania się próżności życia”
Zwykła dziewczyna, everywoman międzywojnia. Jej życie to biografia chłopki i służącej, niemal żywcem wyjęta z książek Joanny Kuciel-Frydryszak.
Helena Kowalska, znana bardziej pod zakonnym imieniem Maria Faustyna, rodzi się w 1905 r. w Głogowcu (woj. wielkopolskie), jako trzecie z dziesięciorga dzieci w chłopskiej rodzinie. Po niecałych trzech latach szkoły, w wieku szesnastu lat, zostaje wysłana na służbę, jak wiele jej rówieśniczek. O zakonie nie ma mowy – jako najstarsza córka ma pomóc w utrzymaniu wielodzietnej rodziny. Trafia do Aleksandrowa Łódzkiego, a potem do Łodzi.
To z Łodzi pochodzi jedyne znane jej zdjęcie sprzed wstąpienia do zakonu. Uśmiechnięta Hela, w kraciastym żakiecie, z wysoko upiętymi włosami. Miała wtedy gruby warkocz w kolorze blond, wpadającym w rudy, mieszkała u Marcjanny Sadowskiej jako pomoc domowa. Pracodawczyni wspominała, że gdy zobaczyła pierwszy raz tę dobrze ubraną dziewczynę, nie wierzyła, że sprawdzi się w pracach domowych. Podobno w umowie Kowalska zastrzegła sobie możliwość codziennej mszy oraz odwiedzania chorych i konających. Pościła w środy, piątki i soboty, a w Wielkim Poście codziennie. Była grzeczna, zapobiegliwa i... wesoła. Dzieci Sadowskiej uwielbiały ją jako śmieszkę.
Jako s. Faustyna zapisze w „Dzienniczku”, że w tamtym czasie „oddała się próżności życia” i rozrywkom, by zagłuszyć udrękę, jaką było niezrealizowane powołanie zakonne. Podczas potańcówki w łódzkim parku Wenecja (Faustyna nazywa ją balem) ma wizję umęczonego Chrystusa, który mówi: „Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz?”. Jezus nakazał jej jechać natychmiast do Warszawy i wstąpić do klasztoru.
„Dzienniczek” Faustyny – notatnik kobiety dojrzewającej i nabierającej pewności siebie
Brnę przez „Dzienniczek” z pewnym trudem, ale też łagodnym zrozumieniem. Trochę tak, jakbym komuś dziś zaglądała w zeszyt lub notatnik w telefonie, gdzie zapisuje plany ćwiczeń, medytacje, wnioski z życiowych zdarzeń i noworoczne postanowienia. Dla osoby postronnej to mnóstwo banałów, dla autora – ważna mapa własnego rozwoju. Tu jest podobnie. Czasem mam wrażenie, że wcale nie powinnam tego czytać. Że to, owszem, ważne zadanie, zlecone przez spowiednika prostej dziewczynie o głębokiej duchowości, ale że nie dla nas był pisany. Tylko dla niej samej.

Jej widzenia i rozmowy z Jezusem z początku były podawane w wątpliwość przez siostry, spowiedników i przełożone. Przez nią samą zresztą też. To notatnik kobiety szlifującej pokorę, posłuszeństwo i umartwienia, ale też dojrzewającej na jego kartach i nabierającej pewności siebie. Z której zaraz się wycofuje.
I tak, ukrywając się przed siostrami i pokonując trudności z pisaniem, coraz bardziej schorowana zakonnica zapisze w sześciu zeszytach tyle, że „Dzienniczek” w druku będzie miał sześćset stron. Niezły urobek jak na tak niewprawną pisarkę.
Notatki robiła w ostatnich czterech latach życia (1934-1938). Ale zaczyna je od wspomnień – retrospekcje i bieżące opisy mieszają się znużonemu czytelnikowi. Takie duchowo-biograficzne pisanie nie było niczym nowym – z polecenia spowiedników pisało wiele zakonnic i mistyczek. Dziennik pozwalał im zobaczyć i rozważyć własne życie, co samo w sobie jest emancypujące. Czy dla Faustyny pisanie też jest takim doświadczeniem rozwoju, w którym patrzy z perspektywy na swoje życie, nadaje mu spójność i sens? Czy ten proces notowania był jej wzmocnieniem?
„Dzienniczek” Faustyny demaskuje życie zakonne, pełne upokorzeń i przemocy psychicznej
Brzmi to jak ucieczka przed wolą rodziców, gubienie śladu w dużym, stołecznym mieście. Wprawdzie jest już pełnoletnia i informuje siostrę o swych zamiarach, ale oczekiwania pomocy finansowej ze strony rodziny z pewnością jeszcze nie ustały.
W lipcu 1924 r. rusza do Warszawy, nikogo tam nie znając i nie czekając na niczyją zgodę. W „Dzienniczku” wspomina, jak szukała noclegu u dobrych ludzi oraz zakonu, który ją przyjmie. Chętnych nie było. W końcu do drzwi pukała biedna dziewczyna znikąd. Ostatecznie trafia do sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej 3/9, zwanych magdalenkami, bo zajmowały się pomocą prostytutkom i dziewczynkom zagrożonym takim losem z powodu biedy.
Przyjmująca ją s. Małgorzata Gimbutt zanotowała, że dziewczyna jest wątła, bez wyrazu, niepozorna, w „wieku nieco spóźnionym”, z zawodu kucharka, służąca, bez posagu. Przełożona zgadza się przyjąć Helenę za rok, gdy zarobi choćby na skromną wyprawkę. Przygotuje ją sobie, zajmując się piątką dzieci w Klembowie pod Warszawą.
Najpierw jest euforia. Potem, już w nowicjacie, zaczynają się duchowe cierpienia i doświadczenie milczenia Boga. Często zmienia domy zakonne. Będzie mieszkać w Warszawie, Płocku, Krakowie i Wilnie. Wykonuje prace służebne: sprzedaje chleb w piekarni, pracuje w kuchni i zakonnej garderobie, uprawia ogród w wileńskim klasztorze, siedzi na furcie.
Nie jest jej łatwo. Uważna lektura jej notatek mogłaby zastąpić współczesne książki demaskujące życie zakonne, pełne upokorzeń i przemocy psychicznej. Jest zresztą zakonnicą gorszej kategorii – kobiety biedne z urodzenia zaliczano w tamtym czasie do tzw. drugiego chóru. W drugim zeszycie „Dzienniczka” zapisuje plan założenia nowego zgromadzenia (z woli Jezusa, oczywiście), radykalnie ubogiego, klauzurowego, w którym każda siostra ma własną celę (niczym własny pokój Virginii Woolf). Sama żyła w wieloosobowych salach, gdzie musiała ukrywać przed siostrami swe modlitwy i pisanie.
W projektowanym zgromadzeniu ma panować radykalna równość. „Pomiędzy sobą nie będą się dzielić na żadne chóry ani żadne matki i mateczki, ani na wielebne ani na przewielebne” – notuje.
Siostra Faustyna: „byłam uważana jakoby opętana przez złego ducha i patrzono na mnie z politowaniem”
Duchowe doświadczenia stają się dla niej źródłem cierpień. Jedna z przełożonych mówi jej, że „niepodobna, aby Bóg tak obcował ze stworzeniem. Ja się o siostrę boję, czy to nie jest jakieś złudzenie”. Innym razem jedna ze starszych matek mówi: „Niech siostra sobie wybije z głowy, żeby Pan Jezus miał z siostrą tak poufale przestawać, z taką nędzną, z taką niedoskonałą. Pan Jezus tylko ze świętymi duszami obcuje, zapamiętaj to sobie” („Dzienniczek”, 133).
W końcu przestaje się zwierzać przełożonym, uznając, że „niewiasta nie jest powołana do rozróżniania takich tajemnic”. Pisze: „Naraziłam się na wiele cierpień niepotrzebnych. Przez dłuższy czas byłam uważana jakoby opętana przez złego ducha i patrzono na mnie z politowaniem, a przełożona poczyniła pewne ostrożności co do mnie”.
Stroni od sytuacji, w których mogą się przydarzyć widzenia, stara się być rozproszona, nie zwraca uwagi na natchnienia, ale te są poza jej kontrolą. Podsumowuje swoje uniki: „Mowa Boża wymowna jest i nic jej zagłuszyć nie może”. Gdzie indziej tłumaczy: „Zaczęłam unikać łask tych Bożych, ale cóż, przecież to nie było w mej mocy. Nagle ogarniało mnie tak wielkie skupienie, że brew woli pogrążam się w Bogu i Pan utrzymywał mnie przy sobie” („Dzienniczek”, 123). By nabrać pewności, modli się o stałego spowiednika, który wesprze ją w zrozumieniu tego, czego doświadcza. Dopiero ks. Sopoćko jako powiernik i spowiednik da jej jakiś rodzaj wytchnienia.
Religijność Faustyny – eksportowy towar polskiego katolicyzmu
Czym jest to, co przeżywa? Chorobą psychiczną, jak sugerują niektórzy, diagnozując na podstawie notatek chorobę afektywną dwubiegunową? Czy może rozmową z własnym alter ego, jak sugerował kiedyś na tych łamach Artur Sporniak? A może są to faktycznie rozmowy z Bogiem, jak widziała rzecz biografka Faustyny, Ewa Czaczkowska? Nie umiem rozstrzygnąć. Nie mam zdania. A czy muszę je mieć? To objawienia prywatne. Kościół je bada, ale nie zobowiązuje do wiary w nie. Przyglądam się zatem z boku.
Jej relacja z Jezusem jest osobista i intymna. Bardziej nawet niż ubrane w erotyczny język oblubieńcze relacje innych mistyczek. Jezus zapewnia ją, niczym zakochany, o jej wyjątkowym miejscu i znaczeniu, o tym, że gdyby tylko chciała, mógłby dla niej stworzyć światy inne niż ten, w którym żyje.
Może dlatego siadam do pisania o niej niechętnie. Jej religijność, najpopularniejszy towar eksportowy polskiego katolicyzmu, pełna jest cierpiących dusz czyśćcowych, zakonnej pokory i posłuszeństwa. Dla mnie to religijność odległa i niepokojąca.
Tak, czytałam ze ściśniętym gardłem dwie dekady temu tekst umierającego Józefa Tischnera, który podkreślał niezwykłość Koronki do Miłosierdzia Bożego, w której Faustyna zaprasza nas do wewnątrz życia Trójcy: „Są w tej modlitwie sformułowania wstrząsające. Modlący się mówi do Boga-Ojca: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego«. Co to znaczy? Znaczy to, że człowiek wkracza w wewnętrzne życie Trójcy Świętej, by podsunąć przed oczy Boga widok ukrzyżowanego Syna. Mówi: »dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie...«. Dlaczego nad nami? Dlatego, bo cierpiał za nas. Popatrz, Boże, na nas poprzez Niego”.
Ale moja religijność wyrastała już na innym gruncie. Nie umiem drżeć przed gniewnym Ojcem, którego trzeba upraszać o litość poprzez Syna lub jego Matkę. Ale rozumiem też, że ostatecznie nie kto inny, ale ta prosta zakonnica przebiła się w Kościele z tematem Bożego Miłosierdzia. Patrzę też na nią w kontekście dwudziestolecia – rozpaczy nad kondycją ludzkości po pierwszej wielkiej wojnie, opisaną w literaturze i sztuce, którą ona odzwierciedla, powtarzając słowa o nędzy ludzkości. Umieszczam ją w mizerii przeludnienia i nędzy polskiej wsi oraz światowego kryzysu. I tuż przed kolejną wielką wojną, która, gdy Faustyna umiera, już puka do drzwi Europy.
Cudowny obraz i kłopoty Siostry Faustyny
Kłopoty Faustyny zaczynają się na dobre 22 lutego 1931 r., gdy słyszy polecenie namalowania obrazu. To przełom, bo zostaje zobowiązana do działania. Z „sekretarki miłosierdzia”, jak nazywa ją Jezus w wizjach, staje się „apostołką miłosierdzia”. Ma wyjść poza robienie notatek. Tak zresztą widziała to jej ówczesna przełożona. „Dopóki jej bogate przeżycia wewnętrzne i mistyczne zamykały się w obrębie murów zakonnych, były tajemnicą między Bogiem, jej duszą i przełożonymi, tak długo się cieszyłam, widząc w tych wszystkich łaskach wielki dar Boży dla Zgromadzenia. Inaczej jednak, gdy objawienia Siostry zaczęły dążyć do ujawniania się na zewnątrz. Bardzo się wtedy lękałam, żeby nie wprowadzić do życia Kościoła choćby najmniejszej nowostki, fałszywych nabożeństw itp., a jako główna przełożona czułam się tu za nasze Zgromadzenie odpowiedzialna” – zapisała matka Michaela Moraczewska, przyznając, że obawiała się wybujałej fantazji swej podopiecznej czy też jej histerii.
Dlatego tak wielkie obawy wzbudziła prośba Faustyny do matki generalnej o namalowanie obrazu. Moraczewska, wedle własnej relacji, odpowiedziała: „Dobrze, dam Siostrze farby i płótno, niech Siostra maluje”. Faustyna „odeszła strapiona i – o ile wiem – zwracała się do paru sióstr z prośbą, czy nie mogłyby jej namalować obrazka Pana Jezusa. Robiła to dyskretnie, ale bez powodzenia, bo i te siostry nie umiały malować; widać jednak, jak była tą myślą przejęta”.
Temat obrazu będzie jednak wracał, ku udręce Faustyny. „Wszystko było jeszcze do zniesienia – żali się na kartach „Dzienniczka”. – Ale kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jak na jakąś histeryczkę i fantastyczkę, i już to jest trochę głośniejsze. (...) Jak to mnie męczyło, jeden Bóg tylko wie” („Dzienniczek”, 125).
Miłosierny Jezus o twarzy znanego modela nie spodobał się wiernym
W końcu udaje się, dzięki wsparciu ks. Sopoćki, spowiednika Faustyny w Wilnie. Choć, czy faktycznie przedsięwzięcie jest udane? Sopoćko, jak sam przyznaje, kierował się „bardziej ciekawością, jaki to będzie obraz, niż wiarą w prawdziwość widzeń siostry”. A Moraczewska wspomina, że Sopoćko najpierw skonsultował się z lekarzem, prosząc, by zbadał „system nerwowy i stan psychiczny [Faustyny], a gdy wizyta lekarska wypadła dodatnio, porozumiewał się z przełożoną ówczesną domu – m. Ireną – co do wymalowania obrazu”.
Ks. Sopoćko był sąsiadem malarza, Eugeniusza Kazimierzowskiego, którego namówił do namalowania wizji Faustyny. Zakonnica mogła odwiedzać artystę dwa razy w tygodniu, Sopoćko pozował. Obraz został skończony w lipcu 1934 r. Faustyna pisze z płaczem, że Jezus nie jest tak piękny, jakim go widziała. „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” – pociesza ją Jezus.
Po Wielkanocy 1935 obraz zawisł w Ostrej Bramie, jednak – jak wspomina Ewa Czaczkowska – „po uroczystościach Sopoćko ukrył obraz w ciemnym korytarzu jednego z kościołów wieszając płótnem do ściany. Ponoć nie podobał się wiernym i za bardzo przypominał pozującego do niego ks. Sopoćkę. Tamta wersja jest do dziś w Wilnie, w kościele Ducha Świętego, natomiast ta najbardziej znana to wersja autorstwa Adolfa Hyły, który namalował ją w 1943 r. jako wotum za uratowanie z łapanki. Siostry jednak poprosiły Hyłę o poprawki, bo Jezus na obrazie miał zbyt semicką urodę i surowe spojrzenie”.
Czy Faustyna może być wzorem świętości dla współczesnych kobiet
Kult Miłosierdzia Bożego rozprzestrzeniał się w czasie II wojny światowej nie tylko w Polsce. Przyczyniły się do tego także reprodukcje malowidła, rozpowszechniane przez Laboratorium Fotograficzne Nowickiego z Wilna. Zablokowany przez Watykan i kardynała Wyszyńskiego, który planował maryjne obchody Tysiąclecia Chrztu Polski i nie w smak mu była konkurencja innej popularnej duchowości, powrócił wraz z pontyfikatem Karola Wojtyły, który już wcześniej rozpoczął „proces informacyjny” – badanie świętości s. Faustyny, poprzedzające ewentualny proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny.
A Faustyna? Umarła na gruźlicę, mając 33 lata, spędziwszy 13 lat w zakonie.
Jak wiele innych świętych, chciała od dziecka zostać świętą, zamartwiając się, czy kocha Boga wystarczająco. Jak większość świętych, ma być wzorem dla nas.
Dla współczesnych kobiet trudny z niej model. To kobiecość z innych czasów. Choć imponuje przekraczaniem samej siebie, swoich trzech klas wykształcenia, oraz mocną osobnością, która pozwoliła jej wytrwać w misji. Jest w tym cichy upór (ale jednak upór) i pewność siebie. Jest też twórczy społecznie moment projektowania czegoś lepszego – nowego zgromadzenia (tego planu nie zrealizowała, zapewne w głównej mierze ze względu na problemy ze zdrowiem).
Na większą emancypację nie starczało energii i pomysłu. Ale z prostej chłopskiej córki, służącej, kucharki i niani, a potem pracującej fizycznie zakonnicy gorszego chóru, wyłania nam się jedna z najbardziej wpływowych katoliczek XX wieku.
Tischner o św. Faustynie i „Dzienniczku”
Siostra Faustyna stwarza wyzwania niełatwe. Zrozumieć Boga w Jego miłosierdziu. Zrozumieć człowieka jako istotę, której potrzebne jest miłosierdzie. Być miłosiernym dla siebie, dla bliźnich, a nawet dla Boga.
To dobra okazja, by wrócić do „Dzienniczka” i odszukiwać tam bliskie nam treści. Zatrzymam się przy jednym cytacie, w którym opisuje ona jedno ze swoich „mistycznych omdleń”. W nas, dzieciach racjonalizmu, opisy takich przeżyć budzą „zawodowy sceptycyzm”. Ale właśnie dlatego warto się im bliżej przyjrzeć.
„Po tych słowach zaślubiło się serce moje z Jego Sercem w sposób miłosny, i odczułam Jego najlżejsze drgnienia, a On moje. Ogień mojej miłości, stworzony, został złączony z żarem wiekuistej miłości Jego. Wszystkie łaski przewyższa swym ogromem ta jedna. Troistość Jego ogarnęła mnie całą i jestem zanurzona w Nim, mocuje się niejako moja maleńkość z tym Mocarzem nieśmiertelnym. Jestem zanurzona w niepojętej miłości i niepojętej męczarni z powodu Jego męki. Wszystko, co się dotyczy Jego Istoty, i mnie się udziela” (Dzienniczek, 1056).
Siostra Faustyna widzi w Chrystusie „Mocarza”, który odnalazł w niej „swą maleńkość”. Oto Ten, który „nie zagasi knota o nikłym płomyku”. Droga Mocarza do człowieka wiedzie poprzez jego „maleńkość”. Nie oznacza to jednak, że człowiek znika. Wręcz przeciwnie, albowiem: „Wszędzie, gdzie człowiek przez posłuszeństwo wychodzi z własnego »ja«, wyrzeka się swego, tam musi wejść Bóg. Gdy bowiem ktoś nie chce niczego dla siebie samego, Bóg musi dla niego pragnąć dokładnie tego, czego chce dla siebie” (Mistrz Eckhart, „Pouczenia duchowe”, 1).
Wiara s. Faustyny jest wyzwaniem dla współczesnego człowieka. W jakim sensie? Dzisiejszy człowiek jest pochłonięty wolą mocy. Jego ideą życiową jest panowanie nad światem i innym człowiekiem. Z „Dzienniczka” płynie inne przesłanie. Bardziej niż czegokolwiek człowiek potrzebuje miłosierdzia. Moc, która nie służy miłosierdziu, prowadzi człowieka na bezdroża.
Józef Tischner, Maleńkość i jej Mocarz, „TP” nr 17/2000
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















