Anna Goc: Kiedy zaczyna się starość?
Ks. Adam Boniecki: Być może coraz częstsze stłuczki samochodowe, choć niegroźne, powinny dać nam do myślenia.
„Tylko co robić z bliźnim w cinquecento, który wlecze się lewym pasem (przeznaczonym do wyprzedzania, ale z asfaltem mniej niż na pasie prawym rozjeżdżonym przez TIR-y)? Trąbić? Migać światłami? Cierpliwie jechać za nim, że się zorientuje? W każdym razie mam go kochać jak siebie samego” – żartowałeś wiele lat temu w „Vademecum kierowcy”. Ze starości też da się pożartować?
Ze starości dowcipkuje się świetnie, dopóki jest teorią. Kiedy staje się realnością, robi się mniej śmiesznie.
Jeszcze kilka lat temu wyciągnąłbym rękę po książkę, która leży na stole, nie wstając z fotela. Teraz muszę powtarzać sobie w duchu, żeby najpierw dojść do stołu, a potem po nią sięgać. Dawniej sprawa przyjścia czy dojechania na spotkanie nie była problemem. Nawet się o tym nie myślało. Zmęczenie? Wystarczała drzemka.
W starości rzeczy, które kiedyś były dla nas czymś normalnym, stają się sukcesem.

Zaskakuje też to, co starość, czy choroba, robią z pamięcią. Wszystko się zawęża: wiedza, zainteresowania, wspomnienia. Niektórych rzeczy w ogóle się nie pamięta.
I to spada na człowieka nagle.
Bez żadnych sygnałów ostrzegawczych?
Znaki, że starość się zbliża, pojawiają się wcześniej, ale potrafimy je skutecznie ignorować. Widzimy, że pewne rzeczy przychodzą nam z większym trudem, zajmują więcej czasu, udajemy jednak, że wcale tak nie jest, że wciąż możemy robić tyle, ile wcześniej.
Moja starość przyszła nagle, dokładnie wiem kiedy. Położyłem się spać jako działający normalnie człowiek, obudziłem – z udarem.
Nie od razu wiedziałem, że mam wylew. Zjadłem śniadanie, ubrałem się, wyszedłem z domu. Nie czułem się chory, ale wiedziałem, że coś się zmieniło, inaczej się poruszałem. Wszystko zajmowało mi więcej czasu. Wsiadłem do redakcyjnego busa, którym mieliśmy jechać na spotkanie autorskie. Ktoś mnie o coś zapytał, odpowiedziałem – ale cicho i niezrozumiale.
Wtedy zaczęła się moja starość. Nowy sposób istnienia.
To znaczy?
Niektórzy mówią, że starość jest nowym etapem w życiu. Dla mnie jest nowym sposobem istnienia. Trzeba się w nim odnaleźć i doistnieć.
Pojawia się odruch, żeby się poddać.
Człowiekowi strasznie nie chce się chodzić, ale ci, którzy nie próbują, mogą nie mieć kolejnej szansy, bo mięśnie powoli zanikają. Podobnie jest z pamięcią – zaniedbywana cofa się jeszcze bardziej. Żmudna, ale dająca efekty praca polega na tym, żeby tworzyć nowe połączenia w mózgu, wydobywać to, co zapomniane.
Na tym etapie zaczyna się myślenie o tym, co zrobić, żeby nie dać się zepchnąć do stanu wegetatywnego. Żeby zachować pozabiologiczną wyobraźnię i zainteresowania. Nie sprowadzić życia do jedzenia, mycia, spania. O ile to jeszcze możliwe.
Od czegoś to zależy?
O starości trudno mówić, bo starość jest rozmaita, ma różny przebieg. Na to, jak odnajdziemy się w starości, pracuje się przez całe życie. Co nas interesowało? Czym się zajmowaliśmy? Czy dbaliśmy o przyjaciół?
Przez całe życie spadają na nas rzeczy głęboko bolesne – dostajemy diagnozy, opuszczają nas ludzie, których kochaliśmy, umierają bliscy. To jest bolesne, nie do naprawienia, ale przecież nie będziemy o własnym bólu ciągle opowiadać, trzeba mieć inne rzeczy, którymi można się zająć. Musimy zadawać sobie pytanie, co robić, żeby one nie zasłaniały nam całego świata.
Niezależnie od wieku można poddać się swojemu chwilowemu nieszczęściu. Skoncentrować się na nim. Nie każdy od razu potrafi przyjmować niepowodzenia i klęski jako naturalną część życia. Ale tego da się, a nawet trzeba nauczyć.
W jednym z dawnych tekstów, z podróży po Alasce, opisywałeś starego człowieka i jego zmagania z morzem, które wciągało przycumowany do wybrzeża kuter. „W jego samotnej walce widzę obraz mojego życia i życia wielu znanych mi ludzi. Walka uporczywa i beznadziejna, w której nie można wygrać i nie można ustąpić, walka o przesunięcie opornego ciężaru na stały ląd o kilka centymetrów głębiej, wiedząc, że następna fala być może z powrotem zepchnie kuter do wody”.
Być może łatwiej mi mówić, bo w zakonie nauczyłem się samotności. Także radzenia sobie z trudnymi sprawami w samotności. Te dziedziny, mimo woli, opanowałem dobrze. Ktoś mnie czasem odwiedzi, ale zwykle jestem sam. I to mnie nie przeraża.
Lęk przed samotnością, starością istnieje. Rozumiem go. Dla ludzi, którzy żyli z innymi, których istnienie opierało się na ciągłej komunikacji, starość i związana z nią samotność mogą być trudne. Dotąd potrzebni, zaangażowani w różne sprawy – swoje, swoich dzieci i wnuków, nagle, gdy kończą się dotychczasowe zadania, czują się odstawieni na boczny tor, niepotrzebni. Jednak potem, gdy wchodzi się w starość, człowiek zdaje sobie sprawę, że może nie jest aż tak strasznie.
Po jednym z Twoich spotkań autorskich wstał młody chłopak i powiedział, że czuje pustkę i nie wie, co z nią zrobić.
Jeśli choć raz spróbujemy przejść przez trudny moment, nie udawać, że go nie ma, być może kolejnym razem będzie nieco łatwiej. Można próbować samemu, można z czyjąś pomocą.
Ludzie zmagają się, zadają sobie szereg pytań. W co angażowałem swój czas? Czy to miało sens? Dlaczego ktoś, kogo kochałem, odszedł? Takie doświadczenia, jeśli ich za wszelką cenę nie będziemy próbowali zagłuszać, mogą okazać się nawet oczyszczające.
W życiu mamy zwykle bardzo dużo ważnych rzeczy. Właściwie trudno powiedzieć, co jest najważniejsze. Nic w tym złego, takie jest życie. Ale w pewnym momencie, może właśnie wtedy, gdy czujemy starość, to wszystko, czym żyliśmy, unicestwia się. Zmienia się poczucie ważności spraw.
Co jest wtedy ważne?
Żeby umierać możliwie przytomnie. Wiem, że nie takiej odpowiedzi oczekuje się od starych ludzi. Ale nie myśl, że to jest proste. Człowiek ma w życiu różne cele – bliższe, dalsze. Teraz mam jeden – żeby zachować przytomność, choć wiem, że to nie zależy ode mnie.
Człowiek w zakonie wprawia się w myślenie o swojej śmiertelności. Co miesiąc robię gruntowny rachunek sumienia, który jest przypomnieniem o śmierci. Być może dlatego myślenie o śmierci nie jest takie trudne. Raczej realne, bez dramatyzowania. Tego też trzeba się nauczyć.
Na starość zupełnie zmienia się myślenie o sprawach wiary.
W jaki sposób?
Dotychczasowe wyobrażenia o tym, co „będzie po”, wizje tego, jak to może wyglądać, stają się bezużyteczne. Jest za to więcej spokoju.
Jeśli mi się uda, przyjdę i opowiem. Choć już niejeden obiecywał, że przyjdzie po śmierci, i prawie nikt nie przyszedł.
Warto pamiętać, że ten moment nadejdzie. Od dawna mam świadomość, że wszystko może się lada moment skończyć. Że nasz czas jest ograniczony. Gdy ma się czterdzieści lat, czuje się, że życie jest nieskończone. Potem coraz częściej dociera do nas, że pewnych rzeczy w życiu już nie zrobimy. Jeśli nie podejmiemy decyzji w odpowiednim momencie, kolejnej okazji może już nie być. Fatalnie, jeśli czuje się, że wszystko można odłożyć.
Przybywa wolności?
Są różne egoizmy, które przeszkadzają w życiu. Chęć bycia obecnym, lepszym niż inni. Na starość to wszystko staje się nieistotne. Znika potrzeba rywalizacji. Wiesz, że odchodzisz, że nie będziesz już zajmował ważnego miejsca.
W starości można się jednak urządzić. Wydaje nam się, że to już koniec, miałem takie myśli tuż po udarze. A potem okazało się, że człowiek powoli wraca do siebie, lepiej funkcjonuje, odzyskuje pamięć. Umieranie może wcale nie jest jeszcze konieczne. Może wystarczy na chwilę przemeblować sposób życia?
Teraz jestem zajęty tym, żeby zachować normalność, mniej więcej.
Normalność, czyli?
Wstawanie rano, pisanie, czytanie. Dzisiaj przeczytałem połowę „Tygodnika”. Prawdę mówiąc, także po to, żeby nie pisać własnego tekstu. Ale to też jest chyba przejaw normalności, nie? Tym bardziej że nie straciłem czasu, przecież czytałem!
Trzeba sobie wyobrazić, że to wszystko będzie trwało dalej, nawet jeśli nas już nie będzie. Pismo będzie wychodziło, ludzie będą pisali. Znika się powoli z pamięci, dwa lub trzy pokolenia – znika się zupełnie. I z tym trzeba się pogodzić.
Oglądasz się za siebie?
Czasem, choć z niechęcią. Są takie rozdziały w moim życiu, przy których pojawia się pokusa, żeby o nich nie pamiętać. Zminimalizować te momenty, w których nie jesteśmy specjalnie z siebie dumni. Z tego, że trwaliśmy w pewnych rzeczach, choć było wiadomo, że trzeba z nich wyjść. Że podejmowaliśmy jakieś decyzje, choć czuliśmy, że należało zdecydować inaczej.
Są ludzie, którzy mają poczucie, że wspaniale przeżyli życie. Ja o swoim życiu tak nie myślę. Ale może nie trzeba przeżyć całego życia wspaniale, może wystarczy, że coś było w nim wspaniałego?
Rozmawiała Anna Goc
Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 9/2025
Redakcja: Maciej Müller
Proj. graf.: Marek Zalejski
Fotoedycja: Grażyna Makara, Jacek Taran
Skład: Zuzanna Kardyś
Opieka wydawnicza: Anna Pietrzykowska
Zdjęcie na okładce: David L / Adobe Stock
Partnerem dodatku jest ERGO HESTIA
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






















