Daję słowo, wolałbym nigdy więcej nie pisać o teoriach spiskowych. Nie dlatego, że mnóstwo już o nich napisałem, lecz przede wszystkim dlatego, że wolałbym żyć w świecie, w którym są co najwyżej reliktem dawnych czasów. Obiektem badawczym dla historyków czy socjologów, nie zaś nieuświadomionym światopoglądem znacznej części społeczeństwa i narzędziem walki politycznej stosowanym na zimno, żeby doprowadzać do wrzenia i tak już przegrzane polaryzacją umysły.
Pisać o tym jednak wciąż trzeba, myślenie spiskowe bowiem sięga coraz dalej i głębiej. Największa zmiana, jaka dokonuje się w ciągu ostatniej dekady, polega na tym, że narracja niegdyś marginalna staje się stopniowo przekazem oficjalnym, językiem centrum, które zawsze obnosiło się – i wciąż obnosi – z własną racjonalnością i umiarkowaniem. Kolejny przejaw tego procesu obserwujemy właśnie w Polsce, gdzie coraz więcej polityków, publicystów oraz aktywistów facebookowych twierdzi, że wybory prezydenckie zostały sfałszowane przez opozycję. I nawołuje, żeby koniecznie „coś z tym zrobić”.
Abstrahując od tego, że głównym propagatorem tej koncepcji jest człowiek całkowicie niewiarygodny, wyspecjalizowany w rozsiewaniu dezinformacji, kłamstw i teorii spiskowych – racjonalnych przesłanek za powyższą hipotezą jak na razie jest niewiele. Po pierwsze, nieprawidłowości i pomyłki w poszczególnych komisjach zdarzają się w każdych wyborach. Standardem jest, owszem, że przegrani chętnie takie nieprawidłowości wytykają, wygrani natomiast tonują nastroje, niemniej – w samym fakcie, że jakieś nieścisłości czy błędy występują, nie ma nic niezwykłego.
Po drugie, wyborcze fałszerstwo na skalę ogólnopolską to musiałaby być wielka, skoordynowana akcja, obejmująca kilkadziesiąt tysięcy komisji, w których przecież zasiadają mężowie zaufania z zarejestrowanych komitetów wyborczych, a nadzór nad przebiegiem wyborów sprawuje PKW. Czyżby wszyscy oni brali udział w spisku? Przy funkcjonalnym systemie demokratycznym – a dodajmy, że od dwóch lat władzę w Polsce sprawuje strona, której kandydat przegrał i to ta strona odpowiada za przebieg procesu wyborczego – prawdopodobieństwo fałszerstwa jest znikome.
Wiadomo jednak, że w uniwersum spiskowego myślenia nie ma czegoś takiego jak znikome prawdopodobieństwo. Z każdego, łącznie z zerowym, da się wywieść spiskową prawdę, z braku dowodów zmajstrować dowód wyższego rzędu, myślenie spiskowe nie polega wszak na wytwarzaniu uzasadnionych przekonań na podstawie dostępnych danych, lecz na takim układaniu danych, by wspierały przekonanie z góry założone.
Przemożna siła teorii spiskowych nie bierze się jednak z tego, że dostarczają wyjaśnień wiarygodnych, lecz z tego, że dostarczają wyjaśnień emocjonalnie atrakcyjnych – na przykład ujednolicają wyobrażenie znienawidzonego przeciwnika. Jeśli przeciwnik robi coś dobrego, jego wizerunek może przecież ulec niebezpiecznemu zachwianiu. Może się okazać, że ma on również jakieś ludzkie cechy – i co wtedy począć z emocjami i fantazjami, którymi się go szczelnie okryło? Otóż z pomocą przychodzi właśnie myślenie spiskowe, które zaraz skleja wszelkie pęknięcia na ohydnym obliczu: przeciwnik nic nie robi dobrze (uff…), to tylko pozór, bo nawet jeśli robi dobrze, to tak naprawdę robi źle.
Albo – racjonalizują przegraną, pozwalają nie przyjąć jej do wiadomości, nie uznać żadnych własnych błędów i niedopatrzeń, zachować więc nieskalany obraz siebie, a całe zło i ułomność nadal bezpiecznie lokować na zewnątrz.
Zarówno mechanizmy, jak i przyczyny rozprzestrzeniania się myślenia spiskowego we współczesnych społeczeństwach nie są żadną tajemnicą. Nowością jest zjawisko, o którym wspomniałem wyżej – przejście tych narracji z marginesu do głównego nurtu. A także upadek mitu, że jest to wyłącznie albo w większości domena radykalnej prawicy czy w ogóle politycznych skrajności. Otóż – jak się okazuje – nic podobnego. Jest to po prostu domena tych, którzy przegrywają. Co czasami oznacza również – tych, którzy nie mogą czy też nie chcą oddać władzy, bo nie umieją pogodzić się z tym, że w systemie demokratycznym wyborcy postawili na kogoś innego.
Przy czym najbardziej niepokojący jest tutaj nie tyle cynizm polityków, którzy takich chwytów używają – u polityków nie jest to nic dziwnego – lecz łatwowierność tych, którzy tak miękko się im poddają. Bo efektem może być tylko jedno: pogłębiający się brak zaufania do państwa i jego instytucji, a zatem pogłębiający się rozpad wspólnoty. Nie trzeba wcale myślenia spiskowego, żeby zapytać: komu na tym zależy?
I jeszcze jedno pytanie na koniec – czy należałoby ponownie przeliczyć głosy? Być może faktycznie w tym momencie to jedyne wyjście z impasu. Choć z drugiej strony do każdego wyniku przeliczania da się dobudować stosowną spiskową narrację. Ale załóżmy, że to wyłączna droga do uspokojenia społecznych nastrojów: co wówczas z głosami we wszystkich poprzednich wyborach? Ostatecznie, skoro te mogły zostać „wydrukowane”, to znaczy, że być może w ogóle od 1989 r. żyjemy w politycznym matriksie… No ale wszystkich przeliczyć się nie da, pozostaną więc tylko nieusuwalne wątpliwości. Cóż, tak to właśnie działa: za jednym wyłamanym elementem obrazu świata natychmiast padają kolejne; kto raz wejdzie na ścieżkę spiskowego myślenia, zazwyczaj już z niej nie schodzi.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















