Nie chcemy być nieustannie szarpani i zaczepiani

Kiedy jeżdżąc w różne miejsca, słucham, co ludzie mówią, widzę, jak bardzo medialny obraz społeczeństwa odbiega od tego, co rzeczywiste.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

Jeżdżę ostatnio po Polsce i słucham. Niby zapraszają mnie, żebym mówił, więc mówię, ale jednak słucham chętniej. W mówieniu nabrałem już jakiej takiej wprawy, słuchania ciągle się uczę. Żałuję, że coraz trudniej mi spamiętać, co kto i jak powiedział. Muszę zapisywać od razu; jak nie zapiszę, za chwilę inne zdanie wypiera to niezapamiętane. A przecież w tym, co ktoś mówi, ważne jest wszystko: i to, że jakieś słowa pojawiają się częściej, a inne wcale, że ktoś mówi pełnym zdaniem albo nigdy nie kończy, że unika mówienia o sobie albo przede wszystkim o sobie mówi itd. Szyk słów w zdaniu więcej nieraz powie o człowieku niż sama treść.

Odnoszę wrażenie, że ludzie często mówią jedno, chociaż tak naprawdę chodzi im o coś innego. Rzecz jednak nie w tym, że nie chcą ujawniać, co rzeczywiście myślą. Chodzi raczej o to, że wybierają jakiś temat, problem, sprawę, ale w istocie ten temat czy ta sprawa nie obchodzą ich tak bardzo. Jest coś innego, ważniejszego, o czym jednak powiedzieć nie potrafią – czy nie chcą. Zakładam, że nie potrafią. Mówią np. o wyborach, ale w gruncie rzeczy nie o wybory chodzi, tylko o coś bardziej osobistego. Chwytają się tematów, powiedzmy, publicznych, ale to, co im doskwiera, jest jak najbardziej prywatne. Cała sztuka w takiej rozmowie polega na tym, żeby – nie naruszając granic, których naruszać nie należy – jakoś przedostać się do tego, co głębiej, u spodu.

Nasze prawdziwe niepokoje, nasze najgłębsze nadzieje przybierają rozmaite postaci. Także politycy bywają ich personifikacjami. W jednym widzimy to, w innym tamto – do pewnego stopnia widzimy samych siebie, swój własny świat, tyle że zniekształcony. Próbujemy jakoś naszą osobistą sprawę „przykleić” do tego czy innego człowieka. Klei się z trudem, odpada, trzeba poprawiać. Czasem odkleja się na dobre. Czasem to, co ów człowiek mówi i co sobą reprezentuje, jest tak bardzo „nie z nas”, że o żadnym klejeniu nie ma mowy.

Jednocześnie poddajemy się przypływom i odpływom rozmaitych nastrojów. Kiedy, jeżdżąc w różne miejsca, słucham, co ludzie mówią, widzę, jak bardzo medialny obraz społeczeństwa odbiega od tego, co rzeczywiste. Owszem, są tacy, którzy żyją sprawami i emocjami wykreowanymi przez media – żyją tak bardzo, że można odnieść wrażenie, iż na prywatność nie zostaje im już wiele miejsca. Większość z nas jednak tak nie żyje. Większość z nas potrzebuje do życia nie mocno nasyconych kolorów, ale raczej lekko spłowiałych, delikatniejszych, nieagresywnych. Nie da się pić wrzącej wody. Nie chcemy być nieustannie szarpani, zaczepiani, popychani. Ci, którzy usiłują zarządzać naszymi emocjami, to właśnie robią: popychają, szarpią, nie dają nam spokojnie usiąść i pomyśleć.

Przez to, jak mówimy, możemy wydobywać z ludzi rozmaite rzeczy. Można apelować do tego, co w człowieku najgorsze: zawiści, chęci rewanżu, kompleksów, lęków, uśpionej agresji. Wczoraj jeszcze pomagałem, wspierałem, dziś na tego, któremu pomogłem lub przynajmniej z nim sympatyzowałem, patrzę jak na kogoś, kto mnie wykorzystał. Wystarczyła mała zmiana w opowieści, wycofanie kilku słów, zastąpienie ich kilkoma innymi.

Duży udział w zmianie języka mają oczywiście „wielcy dystrybutorzy”, tacy jak rosyjskie służby specjalne, prowadzące dyskretną i konsekwentną pracę nad skłóceniem poszczególnych społeczeństw, wbiciem klina między sąsiadujące z sobą narody, rozbiciem europejskiej jedności. Nie należy o tym zapominać – jeśli sięgam po język niechęci, pogardy, odrzucenia, staję się ich sojusznikiem. I na odwrót – wszędzie tam, gdzie pojawia się rozsądny argument, pozytywna emocja, „dobra wiadomość”, humor zamiast sarkazmu, ich wpływ słabnie.

W wyznaniach, w które się wsłuchuję, często u spodu słyszę obawę, że w ostatecznym rozrachunku dobro okaże się zbyt słabe, musi ustąpić przed bezczelnością, obsesją na punkcie władzy, siłą itd. Ludzie czekają na „dobrą wiadomość”, a jednocześnie nie dowierzają jej, od razu coś wewnątrz nich każe ją zakwestionować. Powodów do pesymizmu nie brakuje; słucham i nie polemizuję z tym. Siewców „złych nowin” i złych emocji jest aż nadto. Żeby wystąpić przeciwko nim, trzeba przedrzeć się w głąb człowieka, tam zapalić najpierw małe światełko, potem liczyć, że rozświetli ono kolejne wnętrze i kolejne… W zasadzie jednak przedrzeć się tam może tylko sam człowiek, inni mogą mu co najwyżej pomóc, zachęcić, coś podpowiedzieć.

Czasem, żeby to światełko zapłonęło, nie trzeba mówić nic. Wystarczy słuchać.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Słuchanie