Do jakiego stopnia (nie)stabilna jest równowaga naszego świata? Czy przywódcy największych potęg militarnych działają racjonalnie? I co to właściwie w tym przypadku znaczy „działanie racjonalne”? Czy jest to działanie raczej w stylu Václava Havla i jego „Siły bezsilnych”, czy też Johna Mearsheimera i jego „Jak myślą państwa? Racjonalność w polityce zagranicznej”?
Abstrahując zaś od definicji racjonalności, po prostu: ile w ich działaniach jest rozumu, ile cynizmu, ile naiwności, ile ślepoty, a ile szaleństwa? Tego „szaleństwa władzy”, o którym przed laty pisała wspaniała Barbara Tuchman w książce pod takim właśnie tytułem. Pokazywała tam na wybranych przykładach – od starożytności po wojnę w Wietnamie – że nawet ludzie obdarzeni największą sprawczością potrafią niekiedy z tajemniczych powodów zachowywać się kompletnie wbrew własnym interesom. Co się oczywiście fatalnie kończy dla wszystkich, którzy im w jakikolwiek sposób podlegają.
A skoro tak, to na ile systemy, których tacy władcy zawsze są częścią – bo przecież każdy dyktator jest trybem w jakimś systemie, który utrzymuje go na wierzchołku (do czasu, oczywiście) – opierają się na instynkcie samozachowawczym? A na ile – i czy w ogóle – działają pod przemożnym urokiem rozmaitych apokaliptycznych ideologii? Tych uwodzicielskich opowieści, w których śmierć okazuje się środkiem do jakiegoś innego celu, bramą do lepszego świata, ekstazą, w której warto się zatracić, o ile pociągnie się w nią również swoich wrogów?
Czy zatem kolporterzy tych opowieści naprawdę w nie wierzą, czy też są one co najwyżej poręcznym instrumentem wywierania wpływu na masy, stosowanym przez garstkę świadomych manipulatorów? Sposobem radykalizowania, omamiania naiwnych, rekrutowania i podporządkowywania sobie zwolenników, nie zaś źródłem przekonań o świecie? Czy – mówiąc innymi słowy – widmo globalnej jądrowej zagłady jest dziś bardziej realne niż kilkadziesiąt lat temu? Czy też może w naszej sytuacji nie zmieniło się nic poza retoryką, zintensyfikowaną jedynie, podkręconą do niebotycznych poziomów z powodu rozwoju mediów społecznościowych oraz innych parametrów sprzyjających powszechnemu rozemocjonowaniu i paranoi?
I jeszcze: co jest prawdą, a co fałszem w tych analizach, odezwach, wezwaniach, potępieniach, oburzeniach, ostrzeżeniach i filipikach osaczających nas z każdej strony, wylewających się non stop z komputerowych i smartfonowych ekranów? Co jest faktem, a co sprawnie skrojoną propagandą, ustawioną pod współczesnego obywatela, wiecznie wzmożonego, wiecznie egzaltowanego, wiecznie poszukującego pewności, słuszności i moralnego uniesienia? Co jest standardową metodą mobilizacji elektoratów przepuszczoną przez algorytmiczne młyny, co natomiast potrzebnym alarmizmem, adekwatną reakcją na rzeczywiste zagrożenia czy nadużycia?
Takich pytań oczywiście można by sformułować jeszcze więcej, znacznie trudniej jednak z odpowiedziami. W miarę bowiem, jak rośnie nasze poczucie niepewności, a lęk staje się bardziej i bardziej dojmujący, rozszczepiają się rzeczywistości, w których żyjemy, powstają kolejne równoległe wszechświaty, domknięte całości, osobne uniwersa, gdzie na te pytania udziela się w każdym przypadku zupełnie innych odpowiedzi. W efekcie pozostaje fatalna alternatywa: albo kurczowo, dogmatycznie trzymać się swojego „świata”, albo pogrążać w coraz większym zagubieniu i pomieszaniu.
Ale nawet co do oceny tego stanu rzeczy nie ma dzisiaj zgody.
Jedni przekonują, że to dobrze, a nawet doskonale. Dzięki rozpadowi tego, co jeszcze do niedawna (ale niekoniecznie zasadnie) nazywano „głównym nurtem” – politycznym, medialnym, ekonomicznym, kulturowym, społecznym, światopoglądowym itd. – zdemokratyzowało się pole informacyjne. Pojawiły się niezależne ośrodki analityczno-publicystyczne, narracje wolne od wpływów wielkich sił politycznych i biznesowych. Ludzie dostali dostęp do odmiennych perspektyw, to fantastycznie, nieprawdaż?
Drudzy, usłyszawszy coś takiego, przytomnie zwrócą jednak uwagę, że załamanie się „głównego nurtu”, a zwłaszcza tradycyjnych mediów – z redakcjami, reporterami i dziennikarzami śledczymi pracującymi po kilka miesięcy nad materiałem i mogącymi liczyć na ochronę prawną – sprawiło, że zapanowała kompletna poznawcza anarchia. W efekcie propaganda zlewa się z bezstronnym opisem, treści sponsorowane z niezależnymi, kłamstwa i teorie spiskowe z prawdą, a polityka z psychologią tłumu.
Słowem, galimatias.
Rzecz w tym, że w owym galimatiasie, do którego, mówiąc szczerze, zdążyliśmy się już chyba nawet przyzwyczaić, od pewnego czasu robi się coraz niebezpieczniej. Zbiera się na burzę, tu i ówdzie już grzmi, leje i błyska. Wojska przekraczają granice, rakiety spadają na obiekty wojskowe i domy mieszkalne, giną i głodują ludzie, a w powietrzu, oprócz pocisków, fruwają wizje globalnej wojny. Jest to doprawdy niesłychane – jaką mrzonką były wszystkie te hurraoptymistyczne opowieści, którymi jeszcze do niedawna żyliśmy, a w których przyszłość jawiła się w jasnych barwach, nawet jeśli teraźniejszość bywała trudna do wytrzymania.
Dzisiaj zamiast hurraoptymizmów mamy tylko te natrętne pytania, które wciąż na nowo sobie zadajemy, ale na które – jak na razie przynajmniej – nie znamy żadnych wiarygodnych odpowiedzi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















