Zuzanna Radzik na 80-lecie „Tygodnika”: Tkam swoją pajęczynę

Cieszy mnie wspólna modlitwa i działanie, picie kawy i wina, czytanie Biblii. Upadanie, wstawanie i trwanie.
Czyta się kilka minut
Grupa kobiet z Francji pielgrzymujących na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Bełchatów, 23 lipca 2016 r. // Fot. Adam Staśkiewicz / East News
Grupa kobiet z Francji pielgrzymujących na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Bełchatów, 23 lipca 2016 r. // Fot. Adam Staśkiewicz / East News

Jaką nadzieję mieli założyciele i pierwsi redaktorzy „Tygodnika” w marcu 1945 r., gdy jeszcze trwała wyniszczająca wojna, a oni zaczynali tworzyć pismo wydawane przez kurię metropolitalną? Czego spodziewali się po świecie i Kościele, kiedy żaden z nich nie zdawał się wiele obiecywać? Co mogło dawać im wtedy radość, a co daje nam ją teraz? To nie są błahe pytania, 80 lat później, gdy na naszych oczach rozpada się świat globalny, a instytucjonalny Kościół traci wiarygodność bardziej, niż wydawało się, że może.

Gdzie w tym wszystkim radość, nadzieja? To w gruncie rzeczy intymne pytanie, odpowiedź czasem nieporadna, im bardziej szczera, tym bardziej narażona na śmieszność. Tak bardzo, jak wierzę w zobowiązanie do brania odpowiedzialności i konieczność wielkich zmian w Kościele, tak radość, nadzieję i energię czerpię z rzeczy kameralnych, prostych, bliskich i najlepiej dziejących się na żywo. Mam kilka takich przestrzeni ciasnych, dających moc, życzliwych i włączających. Po pierwsze parafię, której języka nie rozumiem. Po drugie, koło biblijne, spotykające się w moim domu. Oraz siostrzeńską sieć katolickich feministek, które rozproszone są po różnych miejscach świata, ale jak uda się zebrać na żywo, to jest tyle mocy i radości, że starcza na długo.

Z parafią to jest dziwna sprawa. Znalazłam ten kościół podczas spaceru, w czasie pandemii, krótko po tym, jak przeprowadziłam się do Brukseli. Zwabił mnie jego dziwny dach, niczym odwrócony kwiat tulipana. Niewielka barokowa budowla, nieco z boku głównego deptaku, ołtarz wysunięty na środek, otoczony krzesłami, pod nimi jasny dywan, na ścianach stare chorągwie z procesji i nowe, z napisami po hebrajsku i arabsku, sufit nieco popękany, a pod chórem podwieszone dwie wygodne huśtawki.

Huśtałam się na nich, myśląc, że chyba podobałoby mi się to, jak ta wspólnota się modli. Zgadywałam to z układu wnętrza i dekoracji. Tyle że na uczestnictwo w liturgii, jak w innych zgromadzeniach, wciąż były w Belgii surowe limity, a parafia była flamandzkojęzyczna. Poszłam tam dopiero kilka miesięcy później i od tamtej pory wracam, choć nieregularnie. Rozpoznaję tylko kilka powracających słów: ojciec, matka, syn, pokój.

W sumie znam liturgię mszy, nie muszę rozumieć każdego słowa i zdania, wiem, co się dzieje, ale ich sposób odprawiania jest pokłosiem zmian soborowych z lat 70., które tu były bardziej radykalne niż gdzie indziej. Modlitwy eucharystyczne są inne, używają często inkluzywnego języka (np. modlimy się do Matki). Wiem to, bo przestałam się wstydzić i włączam w telefonie translator, tłumacząc obszerne fragmenty z segregatora, który każdy dostaje przy wejściu, by aktywnie we wszystkim uczestniczyć. Mamroczę pod nosem, próbując nadążyć za tekstem modlitw i pieśni, choć flamandzkiego nie umiem nawet dobrze przeczytać. Kazania nie rozumiem wcale, ale uśmiecham się rozumiejąco tam, gdzie inni.

Co mnie tu zatem trzyma? Może po prostu to, że czuć w tym miejscu wspólnotę, wzajemną troskę i serdeczność w taki sposób, że gdy przychodzę, to nawet niewiele rozumiejąc, mogę mieć w tym swój udział. Odkryłam, że lgnę do tego mimo językowej bariery. I że oni chcą to dać, mimo że dla mnie muszą zostawić swój mniejszościowy w Brukseli język i uprzejmie przejść na angielski. W żadnym innym kościele, którego język rozumiem, nie było mi tak swojsko.

Nie chodzi więc tylko o to, że za pierwszym razem od razu przywitał nas proboszcz i że po mszy można było spotkać się w parafialnej kawiarni na winie czy kawie. Chodzi też o otwarte włączanie świeckich w liturgię, podchodzenie do samej granicy tego, co w liturgii możemy, a czasem jej przekraczanie, czego tu nikt już nie zauważa. Wszyscy, łącznie z proboszczem, są raczej bliżej emerytury lub bardzo sędziwi, więc zdaje się, że szukają formatu, który pozwoli przetrwać.

Nie bez znaczenia jest też dla mnie, że zgodnie z decyzją episkopatu Belgii z 2022 r. błogosławi się tu też pary jednopłciowe, więc wszyscy czują się mile widziani, włączeni w liturgię; wszyscy też przyjmują komunię. Choć więc nie rozumiem języka, to z tą otwartością, normalnością, zwykłą życzliwością i pewnym eksperymentem liturgicznym połączonym z solidnym śpiewem pod kierownictwem profesora miejscowej akademii, czuję się tu u siebie bardziej, niż mogłabym gdzieś indziej. Czy będzie szaleństwem, jeśli zacznę uczyć się flamandzkiego tylko ze względu na ten parafialny kościół?

– Zacząłem od tego, że znalazłem sobie grupę biblijną, bo teolog musi mieć swoją grupę biblijną, czytać Pismo we wspólnocie tu i teraz – powiedział mi kiedyś w wywiadzie dla „Tygodnika” wenezuelski teolog Rafael Luciani, a ja nie rozumiałam, o czym mówi. Aż do teraz. Trzy lata temu znajoma spytała, czy skoro już jestem w Brukseli, nie zrobiłabym czegoś dla innych katolików: zagubionych, wkurzonych, poszukujących. Zebraliśmy się, wychodziło na to, że oczekiwania wobec instytucjonalnego Kościoła wszyscy mamy niewysokie, ale jest w nas głód wspólnoty i duchowości. Stanęło na wspólnej lekturze Biblii raz w miesiącu.

Spotykamy się u mnie w domu w niedzielny wieczór, na stół wjeżdża herbata i różne wydania Pisma Świętego, każdy przynosi coś do podjadania. Tematy wybieramy zależnie od potrzeb i fantazji. Ktoś powie, że zawsze miał kłopot z tym tekstem, inna osoba, że bardzo by chciała teraz pomówić o tym. Przygotowuję wprowadzenie na podstawie cudzych książek i artykułów, bo żadna ze mnie biblistka. Każdy by tak mógł, do czego zresztą zachęcam. Potem jeszcze tylko wymyślam pytania do pracy, a kolega po filologii klasycznej tłumaczy nam słownictwo, siadamy w małych grupach, a potem dzielimy się owocami tych dyskusji przy stole. Proste jak drut.

Jednak najważniejszym doświadczeniem jest widzieć, jak tekst działa na ludzi, jak się z nim czasem zmagają, jak filtrujemy go przez nasze perspektywy i ile daje usłyszeć go nawzajem. I to są liczne radości i olśnienia. Już rozumiem, o czym mówił Luciani: ile daje teolożce usłyszenie czyjegoś spotkania z Pismem. Niejeden felieton napisałam zainspirowana tym, co padło przy tym stole.

Nigdy nie lgnęłam do religijnych grup o rozplanowanych stopniach zaangażowania, konkretnych profilach, nazwach. Ta formuła zdaje się najprostsza: stół, drobne jedzenie, Biblia, modlitwa, życzliwość wzajemna. Pierwsze spotkanie skończyło się późno, w końcu wszyscy musieli się poznać, a potem czekała nas jeszcze praca z tekstem. Nie miałam siły sprzątać, na stole został stosik Biblii nieodstawionych na półkę. Następnego dnia wrócił z wyjazdu mój niewierzący i dość antyklerykalny partner, spojrzał i stwierdził: „O, kościół spotkał się w moim domu”. Sama bym tego lepiej nie nazwała, pewnie bym się nie ośmieliła, ale tak właśnie jest.

Siostrzeństwo katolickich feministek zaś to źródło nieustannej radości i mocy. Tak to od zawsze było z feminizmem, że gdy znajdziesz grupę, która też podziela twoje doświadczenia, pragnienia i gniew, daje to moc i radość. Oraz spokój, bo skoro inne tak czują, to znaczy, że nie oszalałaś. Zanim znalazłam takie kobiety tuż obok siebie, w Polsce i teraz w Belgii, sięgnęłam dalej, robiąc wywiady z aktywistkami z Indii, ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Hiszpanii, Filipin, Argentyny... trochę tego było. Bardzo potrzebowałam wtedy upewnić się, że da się tak żyć i myśleć. A potem okazało się, że i w Polsce mogę mieć takie siostry.

Różne przeżywamy fazy swojej relacji z katolicyzmem, jedne intensyfikują zaangażowanie, inne odchodzą albo jednak nie. Relacja nam się rozluźnia, byśmy za parę lat mogły się odnaleźć. Bardzo cenię sobie i znajduję taką sytą, dobrą, spokojną radość w trwaniu tej sieci przyjaźni, siostrzeństwa i działania. Pajęczyna, nie drabina – jedna z nich kiedyś nazwała ten typ wspólnoty, w opozycji do hierarchicznej. Towarzyszenie sobie w długim, wspólnym marszu, lokalnie i globalnie. Radość jest, gdy udaje się być razem, modlić, działać, pić kawę i wino, planować, marzyć, zwierzać się, spierać, upadać, wstawać, trwać. Ta pajęczyna to moja radość i mój kościół.

Zuzanna Radzik jest teolożką i działaczką społeczną, zajmującą się dialogiem chrześcijańsko-żydowskim. Wydała m.in. „Kościół kobiet”, z „Tygodnikiem Powszechnym” współpracuje od 2003 r. (a od 2020 r. jest felietonistką pisma).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Tkam pajęczynę