Śląsk z dostępem do morza. Rozmowa ze Szczepanem Twardochem

Szczepan Twardoch, pisarz: Dziadek nauczył mnie śląskości. Cechy charakteru powszechnie uznawane dziś, pewnie słusznie, za toksyczne – też mam po nim… Szorstkość, skrytość.
Czyta się kilka minut
Szczepan Twardoch // Fot. Jacek Poremba dla Wydawnictwa Literackiego
Szczepan Twardoch // Fot. Jacek Poremba dla Wydawnictwa Literackiego

Monika Ochędowska: Jest Pan w biegu.

Szczepan Twardoch: Na finiszu półrocznych przygotowań do dużej wyprawy. Za dziesięć dni lecimy z synem na Islandię. Z Reykjaviku będziemy płynąć trzy tygodnie na Grenlandię do Quaqortoq, a potem Nuuk, w południowo-zachodniej części wyspy.

Czym płyniecie?

Mamy wyczarterowany porządny, wyprawowy, dwudziestometrowy jacht Challenge 67 i dwunastoosobową załogę. Skipperem jest mój stary kolega, z którym znamy się jeszcze z liceum. Ja i drugi kolega jesteśmy z kolei co-skipperami, czyli – wedle polskiego, dosyć śmiesznego określenia jak na ten rodzaj przedsięwzięcia – oficerami wachtowymi. Jacht płynie przez całe Przejście Północno-Zachodnie, czyli drogę łączącą Ocean Atlantycki ze Spokojnym. Półtora tysiąca kilometrów cieśnin wewnątrz Archipelagu Arktycznego.

My towarzyszymy mu co prawda tylko na etapie do Nuuk, ale przygotowanie wyprawy spoczywa na nas, zresztą, to mi się właśnie w tym wszystkim najbardziej podoba. Moglibyśmy przecież wyczarterować sobie łódkę w Chorwacji i po dwóch godzinach żeglowania stawać na kotwicy w jakiejś miłej, ciepłej zatoczce, gdzie woda ma 27 albo 28 stopni, a w konobie na brzegu jest pyszne jedzenie i dobre wino. Tymczasem będziemy się tłuc po północnym Atlantyku.

Spędziłam dwa tygodnie podróżując po Islandii z namiotem. Najważniejszym wydarzeniem dnia było zagotowanie wrzątku – czuwanie przy ogniu. Kiedy wiało, zajmowało to co najmniej kwadrans.

Musi pani zainwestować w jetboila! Najlepsza kuchenka, woda gotuje się błyskawicznie: dwie, trzy minuty. Ale tak, ma pani rację, z podobnych pobudek od prawie dwudziestu lat wracam na Spitsbergen, na tej wyspie zakochałem się w Arktyce. A połączenie żeglarstwa i Arktyki to jest już w ogóle mój sweet spot. Sama myśl, że za chwilę znowu będziemy się przepychać przez pola lodowe i kluczyć między krami, jest ekscytująca.

Skąd ta tęsknota za morzem?

Nie mam pojęcia. Czuję ją, chociaż jej nie rozumiem. Ale rzeczy, które czuję, a których nie rozumiem, są dla mnie zawsze wdzięcznym tematem pracy literackiej.

Gdzieś to się wszystko zaczęło. Pierwszą samodzielnie przeczytaną przez Josepha Conrada książką byli ponoć „Pracownicy morza” Victora Hugo.

Uczyłem się żeglować na tym samym Zalewie Rybnickim, po którym pływa bohater mojej najnowszej książki, Erwin Piontek. Patent żeglarza jachtowego zrobiłem jako czternastolatek. Tak, bardzo ważne były lektury z tamtego okresu: książki o żeglarstwie i żeglarzach, powieści Conrada, ale też „Samotny rejs Opty” Leonida Teligi. Te zapiski Teligi czytałem wielokrotnie, studiowałem też wszystkie jego ilustracje, mapy i plany.

I jako dwudziestolatek pierwszy raz wypłynąłem w morze – długi rejs po Bałtyku, strasznie ciężki, sztormy mnie wymęczyły, rzygałem jak kot. Ale wtedy zobaczyłem morze. Prawdziwe morze, kiedy nie widać brzegu.

I co Pan poczuł?

Kiedy jest się na środku stalowego morza pod stalowym niebem i buduje się fala, to jest w tym wzniosłość, sublime w najdoskonalszej formie, jak z obrazów Caspara Davida Friedricha albo poematów Heinricha Heinego.

Morze to piękny potwór.

Morze jest figurą absolutu. Miejscem, w którym uświadamiamy sobie, jak człowiek jest zanurzony w świecie, jak jest w ten świat wrzucony i jak on się nad nim, pod nim i wokół niego rozpościera.

Tak, nie ma co udawać – cała ta romantyzująca otoczka związana z żeglarstwem ma dla mnie wielkie znaczenie. Można właściwie powiedzieć, że ciągle jestem tym samym chłopcem, który trzydzieści lat temu studiował „Samotny rejs Opty”.

Nietzsche, rówieśnik Conrada, pisał tak: „Przyjdą godziny, kiedy poznasz, że ocean jest nieskończony i że nie ma nic straszniejszego nad nieskończoność”. A z drugiej strony: „Aby wyciągnąć najwięcej rozkoszy z istnienia, trzeba żyć niebezpiecznie, oto cały sekret! Ślijcie statki na niezbadane morza!”.

Mnie arktyczny krajobraz i arktyczna przyroda zawsze dotykają w najczulsze miejsca. Czasem rzeczywiście staję jak porażony ich pięknem i ogromem, albo inaczej – ogromem piękna. Natomiast sama wyprawa jest męcząca i żmudna, choć bez tego wysiłku nie miałaby wartości.

Wyobrażam sobie, że podczas rejsu przychodzi moment, kiedy w tej stalowej pustce zaczyna się dostrzegać rzeczy, których nie ma.

Zacznijmy od tego, że podczas rejsu sen jest bardzo rzadkim dobrem. Nieczęsto zdarza się położyć i przespać całe osiem godzin, jak na lądzie. Człowiek funkcjonuje w trzy-, czterogodzinnym rytmie „wachta, brak wachty”, nie w rytmie dnia i nocy. Śpi się wtedy, kiedy nie ma wachty, niezależnie od tego, czy na horyzoncie akurat są widoki, płyną delfiny, wieloryby albo coś jeszcze.

Jak się jest długo w takiej otwartej przestrzeni poza zasięgiem lądu, to rzeczywiście czegoś się w tej pustce szuka, czegoś się wygląda. Każde spotkanie jest wydarzeniem, nawet jak się widzi inny statek, czyli kropeczkę na horyzoncie albo na wyświetlaczu ICE-u. A jak się jeszcze uda z kimś przez radio pogadać, zamienić kilka uwag, to się to nawet notuje w dzienniku pokładowym, bo obok miejsca na zapisanie pozycji geograficznej, kursu, prędkości, stanu morza i wiatru, w dzienniku pokładowym jest też mała rubryczka „inne”.

Zatoka Disko u zachodnich wybrzeży Grenlandii. // Fot. Mathias Berlin / Shutterstock

Jednym z bohaterów Pana nowej książki jest ktoś, kto bardzo tęskni za morzem.

Jest to postać fikcyjna.

Szczepan Twardoch też jest już postacią fikcyjną. Nie tylko dlatego, że ostatnio pojawia się w książkach Szczepana Twardocha.

Bardzo wielu ludzi, którzy mnie nigdy w życiu nie spotkali, ma bardzo starannie wyrobione zdanie na mój temat. To zdanie zawsze dotyczy postaci fikcyjnej, nie prawdziwego mnie. Jak się przyjmuje rolę osoby publicznej, zwykle zakłada się maskę. Chyba tylko wielcy artyści i szaleńcy obnażają się całkowicie.

Zawsze można to potem obrócić w performance.

Prawda? Nigdy nie wiadomo, czy zrywając maskę zobaczymy prawdziwą twarz, czy kolejną maskę. Może się okazać, że tej prawdziwej twarzy już nie ma.

Staram się, żeby maska, którą przyjmuję jako osoba publiczna, dość ściśle przylegała do mojej twarzy. Zresztą nie uważam, że pisarz powinien być dla samego siebie tematem. Właściwie to chciałem właśnie powiedzieć, że nigdy nie będę centralną postacią swojej powieści, ale wolę nie wygłaszać takich kategorycznych sądów, więc powiedzmy tak: wolałbym nigdy nie napisać książki o sobie samym w roli głównej.

A najnowsza książka? W niej stał się Pan tematem dla samego siebie.

Powiedzmy, że jacht, którym Erwin Piontek płynie w trzeciej części powieści, jest całkiem podobny do jachtu, którym Szczepan Twardoch będzie płynął z Reykjaviku do Nuuk. Ale nie jestem centralną postacią tej książki. Miejsca, w których się pojawiam, to są takie małe cameo funkcjonujące na tej samej zasadzie, jak epizody w serialu „Król”, kiedy to pojawiam się w kadrze w roli kierownika sali.

Ale interesuje Pana, co to znaczy być postacią fikcyjną. Nad tym między innymi zastanawia się Pan w „Piontku”.

Postać literacka istnieje w akcie lektury i w akcie wspominania książki przez poszczególnych czytelników, ponieważ po przeczytaniu zostaje w naszej pamięci. Oczywiście dla każdego czytelnika to wspomnienie będzie inne, dlatego też postaci literackie są intersubiektywne. W tym sensie istnienie bohaterów książek niewiele się różni od istnienia postaci historycznych, takich jak Juliusz Cezar albo Joanna d’Arc. Czy zatem możemy powiedzieć, że postaci fikcyjne są realne? Dla mnie postaci literackie obsługuje dokładnie ta sama część mózgu, która obsługuje prawdziwych ludzi. A najlepsza lektura to taka, przy której zapominam, że czytam.

Ja w ogóle bardzo wierzę w powieść jako zdobycz naszej cywilizacji. Zupełnie poważnie mogę powiedzieć, że powieść jest triumfem ludzkiej myśli i człowieczeństwa, takim jak gotycka katedra albo fizyka kwantowa. Dlatego warto patrzeć, jak i z czego jest zbudowana, na czym opierają się jej elementy i tak dalej.

A sam Piontek?

Pierwsza odsłona czy pierwsza tożsamość Erwina Piontka jest jakimś obrazem mężczyzn pewnego pokolenia, których w mojej rodzinie było wielu – miałem z pięciu takich wujków jak Erwin. Oni wszyscy byli właśnie tacy, więc Piontek jest bardzo prawdziwy i w tym sensie rzeczywiście jest moim krewnym. Podobnie, kiedy pojawiają się w tej powieści mój dziadek i moja babcia, to oni też są prawdziwi, choć fikcyjni, są moimi krewnymi. Ale czemu się pojawiają? Nie wiem.

Conrad w przedmowie do „Lorda Jima” pisze o swoim bohaterze tak: „Ujrzałem raz słonecznym rankiem, jak szedł wśród zwykłego otoczenia wschodniej przystani – wzruszający, wymowny, tajemniczy... i niemy. Takim właśnie powinien był mi się wydać. A do mnie już należało – z całym współczuciem, do jakiego byłem zdolny – znaleźć odpowiednie słowa dla wyrażenia jego istoty”.

Dziadek zmarł cztery lata temu. Jego dobra śmierć jest dla mnie bardzo ważna. Dziadek umarł mając sto lat – we własnym łóżku, otoczony rodziną. Sam myłem jego ciało, sam go ubierałem. Był przy tym mój starszy syn, młodszy przyjechał troszkę później. Ale obaj byli przy tej śmierci, przy wszystkim… To było dla mnie ważne i jakoś cieszyłem się, że moi synowie też mogli to przeżyć. Że mogliśmy razem dotknąć śmierci, która nie jest wyrzucona poza nawias, do fabryki umierania.

Bardzo mi przeszkadza świat, w którym udajemy, że śmierci nie ma, w którym nie chcemy jej oglądać z bliska. Więc tak sobie myślę teraz, że skoro już trzeba umrzeć, to chciałbym też umrzeć w taki sposób, jak mój dziadek. Ten człowiek miał, pod wieloma względami, bardzo duży na mnie wpływ.

Na przykład?

Był nienawidzącym Polaków i nielubiącym Niemców śląskim nacjonalistą. Cała śląskość, która jest i już pewnie zawsze będzie moim tematem, jest właśnie od niego. Dziadek nauczył mnie śląskości.

Cechy charakteru powszechnie uznawane dziś, pewnie słusznie, za toksyczne – też mam po nim… Szorstkość, skrytość. Ze zbioru takich cech, które mój dziadek niósł w sobie, czasem wyrastają tyrani albo oprawcy i dziadek rzeczywiście był trochę tyranem, ale najbardziej okrutny był wobec samego siebie. Wyśrubowane wymagania, jakie miał wobec ludzi, także swoich bliskich, były pochodną tego, że najwięcej wymagał od samego siebie. I wobec siebie był też niezwykle surowy.

Najwięcej dziadka jest w „Byku”. Główny bohater dramatu, Robert Mamok, to jest po prostu mój dziadek, zresztą jego postać ciągle do mnie wraca.

W moim gabinecie wisi właśnie portret dziadka. Pełni tam rolę dyscyplinującą, krzyczy ze ściany: „bierz się do roboty, synek!”.

Kibicuje, ale nie komplementuje.

On taki był po prostu, że jak się z nim coś robiło, to raczej nie można było liczyć na pochwałę. I rzeczywiście, jak piszę w „Piontku”, jeśli się z moim dziadkiem umawiało na 17.00, to on o 16.45 stał przed domem wściekły, że mnie nie ma. Albo jak przyjeżdżałem do niego zrzucać węgiel, to jak się umawialiśmy na 8.00, wiedziałem, że jeśli nie dotrę na 7.00 rano, to o 8.00 połowa już będzie zrzucona. Taki to był typ człowieka. Praca była dla niego święta, była najważniejszą rzeczą, jaką człowiek powinien robić.

I ten mój „Piontek” też jest taki, aczkolwiek dziadek na emeryturze był od niego z pewnością szczęśliwszy – mógł się oddać pracy przy pszczołach.

Miał pasiekę?

Tak, pszczoły to była jego jedyna prawdziwa pasja. Tylko że nawet ta pasja była czymś, co oczywiście musiało przynosić pożytek. Za to jego dom zawsze pachniał woskiem, miodem… Ciągle mam problem, żeby kupić miód w sklepie, nigdy tego nie robiliśmy – był miód od dziadka w czterech różnych gatunkach, słojach, rocznikach. Kiedy kupuję miód w sklepie, to czuję się trochę... Co to może być za miód, ten ze sklepu? No, ale dziadka już nie ma, pasieki też.

Podobnego do Pańskiego dziadka Erwina Piontka musiała zatem dużo kosztować decyzja zrobienia czegoś, co wydaje się zupełnie niepraktyczne – zostawienia swojego codziennego życia, żeby wyruszyć na „niezbadane morza”.

W tym marzeniu o morzu, którego Erwin nie może zrealizować, bo jest za stary, Piontek jest chyba trochę mną…

…a trochę każdym Ślązakiem.

Opowiem od początku. W latach 70. XIX w. powstała w Drugiej Rzeszy tzw. Kaiserliche Marine, czyli marynarka wojenna Cesarstwa Niemieckiego. Grossadmiral Alfred von Tirpitz – uważany dziś za twórcę niemieckiej floty dalekomorskiej – wpadł na pomysł, że stworzy marynarkę wojenną, która będzie równie silna, co brytyjska, nie biorąc pod uwagę zasad obowiązujących w polityce międzynarodowej. Otóż wedle tych zasad strony powinny dążyć do równowagi sił. Jeśli Rzesza zaczęła budować marynarkę wojenną, żeby dogonić brytyjską, to brytyjska nie stała w miejscu. W efekcie doprowadziło to wszystko do wybuchu I wojny światowej.

Ale to już zupełnie inna historia.

Tak, wróćmy do momentu, gdy budowano tę cesarską marynarkę. Otóż potrzeba jej było kadr, a niezwykle trudno jest zrobić marynarza z – powiedzmy – rolnika, który całe życie zajmował się zwierzętami. Tirpitz poszukiwał ludzi reprezentujących pewną kulturę techniczną, dlatego to górnictwo i przemysł stały się kuźnią kadr Kaiserliche Marine, a wielu Ślązaków trafiło do marynarki wojennej.

I stąd tęsknota?

To jest oczywiście romantyczne uzasadnienie śląskiej tęsknoty za morzem, natomiast to, co jest autentyczne i co ma rzeczywisty wymiar historyczny, to fakt, że mniej więcej od lat 60. zeszłego wieku każda śląska kopalnia miała swoje domy wczasowe na Mazurach i nad morzem. A na samym Śląsku powstało wiele klubów żeglarskich, bo żeglarstwo w PRL-u, skądinąd słusznie, chciano uczynić sportem masowym. Kiedy ja się uczyłem żeglować na początku lat 90., były jeszcze tamte kluby żeglarskie, byli instruktorzy i działała cała infrastruktura, a na Rybniku stały omegi. To jest ta mniej romantyczna wersja naszej śląskiej tęsknoty za morzem, choć może prawdziwsza?

Powiedzmy.

 

Szczepan Twardoch jest autorem wielu bestsellerowych powieści. Uhonorowany prestiżowymi nagrodami, m.in. Nagrodą im. Kościelskich, Nagrodą im. Kazimierza Kutza, Paszportem „Polityki”, Brücke Berlin-Preis, Nagrodą Czytelników Nike. Właśnie ukazała się jego najnowsza książka „Powiedzmy, że Piontek”, z której można wyczytać, że – jak zauważył kiedyś pewien specjalista od twórczości Josepha Conrada – swoboda dalekiego horyzontu to nie tylko obietnica przygód, ale także wyzwolenie od jednej historii nadającej życiu sens.

Szczepan Twardoch POWIEDZMY, ŻE PIONTEK, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Śląsk z dostępem do morza