Jest taki moment w roku, który – choć trwa tylko chwilę – daje okazję do obserwowania niebywałych złudzeń czasowych. Kilkudniowy okres dzielący Boże Narodzenie i Nowy Rok rozciąga się niemal bez końca, zapewniając przyjemne i jakże rzadkie poczucie, że ze wszystkim da się zdążyć i, co najbardziej zadziwiające, często faktycznie się udaje. Dla mnie to od lat dni, w których nie brakuje zajęć w pracy, może nawet mam ich więcej, ale mimo to nie irytuję się tak, jak w pozostałej części roku. Dni wydają się przyjemnie spokojne, długie i pełne, pozostawiające miejsce na solidną pracę bez poczucia towarzyszącej siekaniny, bez niespodziewanego zakłócania skupienia przez różne ludzkie ingerencje.
Tak powinna właśnie wyglądać praca, myślę czasami bezsłonecznego 28 czy 29 grudnia, i w porywach pewności wyobrażam sobie nawet, że byłabym w stanie wtedy napisać niewielką książkę, tak bardzo pora ta sprzyja mnisiej koncentracji. To, jak na mnie, pewna ambicja, bo piszę raczej powoli; wolę nawet nie zgadywać, jak bardzo ten spokój umysłu sprzyja np. najbardziej aktywnym autorom powieści gatunkowych – przy dobrych wiatrach do Nowego Roku mogłoby powstać co najmniej dwadzieścia nowych fabuł. Jako ktoś, kto czuje się wciągnięty na co dzień w daremną i wyczerpującą batalię z czasem, i często z tego powodu wścieka się i klnie, nieodmiennie co roku zadziwiam się tym, że czas istotnie potrafi zwolnić, i to nie w ten jałowy, męczący sposób znany z poczekalń tego świata. Jest coś łagodnego w tych szarych i nieładnych na ogół popołudniach, gdy wypadło spędzać je w sposób zupełnie prozaiczny i nieurlopowy.
Okres ten lubią z pewnością uczniowie, studenci i ci, którzy zarezerwowali sobie urlop na wycieczkę w góry. Nie lubią ci, którzy muszą domknąć do końca roku budżety, którzy zapomnieli jakiegoś ważnego dokumentu wymagającego daty do końca, ci, którym urlop z różnych przyczyn nie przysługuje, albo ci, którzy jako pracownicy sektora handlu, transportu i logistyki muszą radzić sobie z efektami ubocznymi świątecznej gorączki zakupowej. Choć różnie z tym bywa; nieraz słyszałam szczere wypowiedzi osób, które właśnie do pracy udawały się wtedy po odrobinę spokojnej nudy. Niektórzy, nawet gdy doceniają rodzinną atmosferę i przysmaki, już spieszą do wyjścia z czasu domowego świętowania, stąd coraz więcej komercyjnych miejsc otwiera się już 26 grudnia, by przyjąć tych, którzy najedzeni wyturlali się na zewnątrz. Jednak wtedy, gdy osobliwie namacalny staje się denerwujący frazes „…i po Świętach”, zaczynają dziać się innego rodzaju cuda.
„Załatwić coś na spokojnie” to wszak marzenie niejednego z nas, i właśnie w tym okienku często się udaje to urzeczywistnić. Wtedy częściej niż zwykle zdarzają się również chwile nieprzymuszonego międzyludzkiego kontaktu: spontaniczna, przyjazna rozmowa między nieco zagubionym petentem a lekko znużoną urzędniczką, wymiana uprzejmości między pracownikami obiektu sportowego a klientem, który postanowił skorzystać z rzadkiej szansy popływania w niemal pustym basenie. Samotność w świąteczne dni ciąży bardziej, lecz po nich nadchodzi czas na malutki rewanż.
Oczywiście nie wszystkim odpowiada spokojny nastrój pogodnej komedii obyczajowej. Choć może jak w dobrej komedii nie powinno zabraknąć wybuchów emocji. Bardzo wielu moich rówieśników zaczynało swoją drogę zawodową, pracując na infolinii: wspominali nieraz, że okres poświąteczny przynosił im wyjątkowo wiele telefonów zupełnie nie na temat. Ludzie, korzystając z darmowych połączeń, dzwonili, żeby ponarzekać na cokolwiek i podenerwować się do słuchawki (pracownicy przyjmowali te nieprzyjemności z godnym podziwu dystansem). Najwidoczniej względny spokój jeszcze bardziej działał im na nerwy. Kiedyś mnie to dziwiło, dzisiaj już nieco mniej, co nie znaczy, że mnie cieszy; moje niezłomne dotąd przekonanie, że jesteśmy społeczeństwem pragnącym nade wszystko świętego spokoju, ustępuje ostatnio myślom, że pokusa darmowej rozrywki w postaci robienia scen oraz z igły wideł może zwyciężać.
O tym jednak przy innej okazji – na razie zachęcam do korzystania z krótkiego czasu redukcji szumu.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















