Reklama

Rysa na opowieści

Rysa na opowieści

20.01.2010
Czyta się kilka minut
Wyzwolenie jest wprawdzie końcem koszmaru, ale od niego nie uwalnia. "Nie zdarzy się nam już nigdy nic tak dobrego i czystego, co byłoby w stanie zatrzeć naszą przeszłość" - pisze Primo Levi.
K

Kiedy 27 stycznia 1945 r. w pobliżu podobozu Auschwitz w Monowicach pojawił się pierwszy rosyjski patrol, Primo Levi niósł właśnie z kolegą do zbiorowego grobu ciało zmarłego współwięźnia. "Wywróciliśmy nosze na brudny śnieg, bo grób był już pełny, a innego miejsca na pochówek nie było - czytamy w autobiograficznej powieści "Rozejm". - Charles zdjął czapkę, aby powitać żywych i pożegnać martwego".

Pogrążeni i ocaleni

Scena spotkania z rosyjskimi żołnierzami - czterema chłopakami na koniach, z karabinami maszynowymi w ręku - jest jedną z tych, których po lekturze "Rozejmu" się nie zapomina. "Nie pozdrawiali nas, nie uśmiechali się. Wyglądali na przygnębionych, przytłoczonych nie tylko litością, ale i nieświadomym jakby zawstydzeniem, które zamykało im usta i przykuwało ich wzrok do żałobnej scenerii. Było to uczucie wstydu dobrze nam znane, to samo, które nas ogarniało po selekcjach i zawsze wtedy, gdy stawaliśmy się świadkami poniżenia lub sami musieliśmy je znosić". Pisząc o "bolesnym uczuciu wstydu", które zmąciło radość z powodu wyzwolenia, Levi wypowiada coś, co będzie zasadniczym tłem jego opowieści: przekonanie, że wyzwolenie jest wprawdzie końcem koszmaru, ale nie uwalnia od niego. "Nie zdarzy się nam już nigdy nic tak dobrego i czystego, co byłoby w stanie zatrzeć naszą przeszłość".

Los książek Primo Leviego w naszym kraju przypomina w pewnym stopniu to, co działo się z nimi we Włoszech za życia autora. Opublikowane w 1947 r. wspomnienia "Czy to jest człowiek" początkowo przeszły tam niemal bez echa (pozytywną recenzję napisał Italo Calvino) i na pewien czas zniechęciły autora do zajmowania się literaturą. Potrzeba było więcej niż dekady, by

Levi przestał być postrzegany jako jeden z wielu świadków Zagłady, a zaczął być traktowany jako interesujący pisarz. Wznowienie debiutanckiej książki w 1958 r. i przekłady na języki obce zachęciły Leviego do napisania dalszego ciągu. Tak powstał "Rozejm", który ukazał się 5 lat później; dał on początek serii kilku wybitnych książek, której zwieńczeniem był tom esejów "Pogrążeni i ocaleni", wydany na krótko przed tragiczną śmiercią autora.

Książka "Czy to jest człowiek" ukazała się w Polsce w 1978 r. Została bardzo dobrze przyjęta, ale nie wpłynęło to na decyzje wydawnicze dotyczące kolejnych utworów: dwa najważniejsze tytuły ze wspomnianej serii pozostawały nieprzetłumaczone przez prawie 30 lat. Tom "Pogrążeni i ocaleni" ukazał się w 2007 r. i od razu wywołał ożywione dyskusje. Pod koniec 2009 r. pojawił się "Rozejm". Levi przestał nareszcie być pisarzem, o którego się bezskutecznie upominano, zaczął być pisarzem, którego głos się liczy, o którym się rozmawia, który ważny jest nie tylko dla ludzi zajmujących się problematyką Zagłady (ci nie czekali na tłumaczenia), ale też dla tych, którzy szukają po prostu wielkiej literatury. "Rozejm" jest jak "Życie i los" Wasilija Grossmana - wydobyty z translatorskiego niebytu okazuje się książką nie do pominięcia, książką "rosnącą" w trakcie lektury, zagarniającą wyobraźnię i stawiającą czytelnikowi pytania, które nigdy się nie starzeją.

Rozejm

Najbardziej intrygująca w "Rozejmie" jest forma, którą wybrał autor. To właściwie powieść drogi, chwilami chciałoby się powiedzieć - powieść przygodowa. W swojej pierwszej książce, opisującej doświadczenia obozowe, Levi, chemik z wykształcenia, starał się osiągnąć stopień obiektywizmu bliski opisowi naukowemu. Nie udało mu się na szczęście zrealizować tego zamiaru; "Czy to jest człowiek" to książka przejmująca właśnie dlatego, że nieustannie balansuje na granicy sprawozdania i powieści. Levi chce pisać prawdę, a pisząc, odkrywa, że między rzeczowością a prawdziwością wcale nie ma znaku równości. Powściągliwość Leviego jest wstrząsająca, ale dlatego, że staje się czymś w rodzaju nieszczelnego filtru, który raz po raz przepuszcza coś "literackiego". I właśnie to, co literackie - choćby wybór bohaterów i sposób ich prezentacji - decyduje o tym, że jego opowieść ma siłę, której brak nieraz świadectwom bardziej szczegółowym.

W "Rozejmie" Levi już właściwie nie kryje tego, że tworzy literaturę. Nadal jest rzeczowy, konkretny, ale bywa też rozrzutny, pozwala opowieści meandrować, rozlewać się, to znów skupiać, mniej skąpo rysuje bohaterów, wie, co zrobić, żeby zatrzymać uwagę czytelnika itd. Wszystko po to, by dać nam odczuć to, co zapewne sam odczuwał w pierwszych miesiącach po wyzwoleniu: niepokój przejścia z "szarej, mętnej nicości" obozu do rzeczywistości, która stopniowo nabiera kształtów, ale nabiera opieszale, ciągle porażona tym, co się stało w samym jej środku. Auschwitz, pisze Levi, był dziełem "mistyki próżni" i ta próżnia wciąż działa.

Tułaczka bohatera "Rozejmu" - który najpierw trafia do obozu przejściowego w Katowicach, potem w drodze do Odessy zostaje niespodziewanie skierowany na Białoruś, by wreszcie po blisko pół roku od zakończenia wojny wrócić do rodzinnego Turynu - jest nieustannym poszukiwaniem punktów zaczepienia w świecie chaosu i niestabilnych znaczeń. O panującym w Rosji sowieckiej bałaganie Levi pisze w zasadzie z sympatią, tylko od czasu do czasu dając znać, że ma on też swoje groźne oblicze. Okres tytułowego rozejmu, "miesiące włóczęgi na obrzeżach cywilizacji", przyjmuje jako dar losu, czas potrzebny, by zebrać siły. Niemniej stan zawieszenia i braku oparcia stopniowo zaczyna mu ciążyć; po zaspokojeniu fizycznego głodu zjawia się głód głębszy, głód "natychmiastowych, bezpośrednich kontaktów z ludźmi, pracy umysłowej i fizycznej, nowości i urozmaicenia". Levi wie, że bezczynność jest sojuszniczką próżni, która go ściga. Wie też - mówi o tym wprost w zakończeniu książki - że tak naprawdę nigdy nie opuści Auschwitz, że trucizna Auschwitz płynie w jego żyłach. Niemniej chce stanąć do walki, chce "żyć dalej". Nie mówi ani słowa o odzyskiwaniu sensu lub czymś podobnym, nie robi żadnych postanowień. Chce "stoczyć bitwę z nieznanym wrogiem wewnątrz i na zewnątrz nas" - i żyć.

Czy to jest człowiek

Jest w tej książce wiele postaci i scen, których nie sposób zapomnieć. Ale postacią najbardziej wyrazistą, która nie znika z pamięci, mimo że pojawia się tylko na krótko, na pierwszych stronach książki, jest Hurbinek. "Hurbinek był nikim", pisze Levi, "synem śmierci, synem Auschwitz. Wyglądał na trzy lata, nikt o nim nic nie wiedział. Nie umiał mówić i nie miał imienia; osobliwe imię Hurbinek nadaliśmy mu chyba my, a może jedna z kobiet, która zrozumiała w ten sposób nieokreślone odgłosy, wydawane od czasu do czasu przez małego. Był sparaliżowany od pasa w dół, wskutek atrofii nogi miał cienkie jak patyki, ale jego oczy, zagubione w trójkątnej, wymizerowanej buzi rzucały wokół błyskawice, wyrażając niezliczone pragnienia, wolę przetrwania, działania, wydobycia się z grobu niemoty. Brakowało mu słowa".

W polskim przekładzie coś w opowieści o Hurbinku zostało zgubione. Czytamy: "Bezimienny Hurbinek, na którego mikroskopijnym przedramieniu wytatuowano obozowy numer, zmarł w pierwszych dniach marca 1945 r.". W oryginale to zdanie ma jeszcze zakończenie: "wolny, ale nie wyzwolony" (lub "nie odkupiony"). To dość istotne dopowiedzenie. Hurbinek jest jak rysa na całej opowieści. Dźwięki, które wydaje i których nie potrafią zrozumieć inni, są symbolem tego, co pozostanie niewypowiedziane. Albo inaczej - co może być wyrażone tylko tak właśnie: niezbornie, niejasno, nie-językiem. Nie jesteśmy prawdziwymi świadkami - napisze później Levi w "Pogrążonych i ocalonych". Prawdziwi świadkowie, ci, którzy dotknęli dna, zginęli albo wrócili niemi.

Levi nie wybrał milczenia. Mimo to jego droga z Auschwitz to droga ostrożna, pokorna. Wybrał rolę pośrednią, paradoksalną: mówił, żeby ocalić świadectwo niemych.

Primo Levi "Rozejm", przeł. Krzysztof Żaboklicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Wojciech Bonowicz / Fot. Grażyna Makara
Poeta, publicysta, stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Jako poeta debiutował w 1995 tomem „Wybór większości”. Laureat m.in. nagrody głównej w konkursach poetyckich „Nowego Nurtu” (...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]