Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Trup na urlopie

Trup na urlopie

06.09.2014
Czyta się kilka minut
Dwa obrazy na początek. Jeden od drugiego dzieli 10 kilometrów i niemal 70 lat. Bardzo możliwe, że łącząc je ze sobą, dokonuję nadinterpretacji.
Fot. Radosław Kobierski
P

Pierwszy obraz to IPN-owskie archiwa z połowy lat 40. Meldunki milicjantów z posterunku w Katowicach-Bogucicach – skargi na sowieckich żołnierzy, którzy biorą udział w libacjach organizowanych przez Włochów z tamtejszego obozu przejściowego dla cudzoziemców. Drugi obraz pochodzi z Mysłowic: biały bus z wymalowanymi na czarno literami: „Chemia z Niemiec”.

Chemik z Turynu

Ilekroć idę ulicą Pogodną, ten napis na busie przyciąga mój wzrok. Magnetycznie jak światło księżyca. Zawsze mam ochotę wyciągnąć aparat i nacisnąć spust migawki. Coś z tym zrobić. Znieść ciężar. Nie każdego stać na gest Artura Żmijewskiego. Chociaż jego film „Berek” – rejestracja dziecięcej zabawy w komorze gazowej, próba rozbrojenia martyrologicznego ładunku – bardziej przemawia do mnie niż piżama od Zary, w niebieskie paski i z żółtą gwiazdą na piersi. Zawsze się wycofuję w takiej sytuacji. Strażnikami po(wagi) tematu pozostają trudne, powikłane polsko-żydowskie historie rodzinne. I rzecz jasna – literatura. Améry, Kertész, Borowski. I Primo Levi. Chemik z Turynu. Häftling, więzień nr 174517. Osmalony. Trup, który dwumiesięcznym pobytem w katowickim obozie przejściowym rozpoczął długi, trwający 42 lata urlop.
To prawda. Primo Levi, chemik z Turynu, który ledwie uszedł „niemieckiej chemii” firmy Degesch (pracował dla niej pośrednio w Bumie – IG Farben Monowitz było współudziałowcem), spędził kilka powojennych miesięcy w Katowicach. Próżno dziś szukać śladów samego obozu. Jedyne, co zostało, to kuriozalne meldunki (Włosi rozpijający Sowietów!) i „Rozejm” – znakomita proza, orfejska historia opuszczania piekła i wędrówki po spalonych drogach Europy.
O Levim nie napisano tyle, na ile jako świadek Zagłady, wybitny pisarz i eseista zasłużył. Włosi, natarczywie poszukując bohaterskiej narracji, jakiegoś ekspiacyjnego mitu, zauważyli go dopiero dekadę po debiucie „Czy to jest człowiek”, Niemcy jeszcze później, dzięki świetnemu tłumaczeniu Heinza Riedta (tu również nie obyło się bez „nieporozumień”, o czym świadczy korespondencja Leviego z niemieckimi czytelnikami). W Polsce główne – jak się na ogół uważa – dzieło Leviego, wydane w 1978 r. przez Wydawnictwo Literackie, miało rezonans raczej mizerny. Trudno powiedzieć, dlaczego. Być może nasza narracja historyczna, niegotowa do lokowania polskich więźniów Auschwitz w szarej strefie (termin Leviego oznaczający strefę współuczestnictwa), też musiała poczekać na przeoranie. Znacznie dłużej niż Włosi, bo aż 22 lata. Do „Sąsiadów” Grossa.

„Ja wiem, co znaczy nie wrócić”

Oczywiście „Sąsiedzi” to przypadek skrajny. Primo Levi w „Czy to jest człowiek”, „Pogrążonych i ocalonych” i częściowo w „Rozejmie” zajmuje się znacznie subtelniejszymi formami represji. Nie da się jednak ukryć, że nie ukrywa niechęci, a przynajmniej rezerwy wobec polskich obozowych sąsiadów. To zresztą jeden z wielu argumentów negujących do niedawna panujące przekonanie o tym, że literatura Leviego jest aseptyczna i pozbawiona emocji. Levi jest wściekły (chociaż, jak wielkodusznie twierdzi, chce zrozumieć Niemców – i wprawia tym w zdumienie Jeana Améry’ego, nieprzejednanego tropiciela żydowskiej krzywdy).
Pierwsze przykłady z brzegu: „Barbarzyńskie szczekanie komenderujących Niemców, które wydaje się wyzwalać wściekłość nagromadzoną przez wieki”; „Nie mam zamiaru usprawiedliwiać tego tchórzliwego i ograniczonego osobnika (o Darquierze, odpowiedzialnym za deportację 70 000 francuskich Żydów); „Obyś przeżył bezsennych pięć milionów nocy, / A co noc niech nawiedza się skarga każdego, co widział, jak drzwi zamknięte odcinają powrót” (o Eichmannie). Jest kategoryczny, jeśli chodzi o naszą skłonność do bagatelizowania przeszłości. Jest ironiczny, czasem nawet szyderczy. Nikomu nie wybacza. Zwłaszcza samemu sobie. I niczego nie wymazuje. Ani obozowego numeru, ani innych imion, ani turyńskiego adresu, pod który wraca stamtąd, skąd nie ma powrotu. „Ja wiem, co znaczy nie wrócić. Przez drut kolczasty”, napisze w „Zachodzie słońca nad Fossoli”. Jest wreszcie Levi twórcą kunsztownym i wszechstronnym, potrafi stworzyć futurystyczno-magiczną prozę na miarę Cortázara i przeprowadzić celną analizę psychologiczną i antropologiczną – „Pogrążeni i ocaleni” to dzieło na miarę „Ucieczki od wolności” Ericha Fromma.
To, co napisałem powyżej, nie jest jeszcze dostatecznym powodem do szkicu, zwłaszcza że zrobił to ostatnio Dariusz Czaja, poświęcając swój esej Leviemu w „Lekcjach ciemności”, a zwłaszcza Paweł Wolski w „książce „Tadeusz Borowski – Primo Levi: prze-pisywanie literatury Holokaustu”. Pojawia się jednak na horyzoncie całkiem nowy kontekst. I pretekst zarazem. Otóż w wydawnictwie Austeria ukazuje się po raz pierwszy w języku polskim wybór wierszy autora „Układu okresowego”.

Poezja jako choroba

Nie dowiaduję się po raz pierwszy, że Levi jest poetą. Poezja ciągle towarzyszy temu analitykowi „łagrowej, reżimowej” duszy – w końcu „Szema” otwiera tom „Czy to jest człowiek”, wiersz „Wstawać” inicjuje „Rozejm”, ponadto Levi powołuje się w swoich książkach na Coleridge’a, Dantego, Shakespeare’a, Leopardiego czy Pascoliego. Mimo to – i jakby broniąc się przed samym sobą, przed tym nieszczęsnym „fantazmatem pisarza racjonalnego”, który sam bezwiednie stworzył, a jego komentatorzy skwapliwie pochwycili – pisze Levi, że poezja jest dla niego czymś nienaturalnym. Że w nieregularnych odstępach czasu ulega impulsom. Podszeptom. Że pisanie wierszy jest jak infekcja, że – w rzeczy samej – jest chorobą.
Czytam jednak pierwszy wers „Pieśni kruka”, o posłańcu, o pośredniku – jak chciał Lévi-Strauss – między życiem a śmiercią, o pierwszym ptaku, który zostaje nazwany w Bereszit – „Przybyłem z bardzo daleka,/ By przynieść niedobrą nowinę” – i już wiem, że cały ten dyskurs o nienaturalności poezji jest również przesadzony. Owszem, impuls – w odróżnieniu od systematycznej (niechby nawet matematycznej, a więc ścisłej) pracy poznawczej, pracy prozaika i świadka – to jestem w stanie zrozumieć. Być może „nienaturalność” jest tu synonimem pewnego ograniczenia? Albo nieufności wobec języka poetyckiego, który nie jest w stanie unieść ciężaru doświadczenia? Być może Levi obawiał się, że oddając w pełni głos samemu sobie, rozcieńczając niejako roztwór materii, z którą się mierzył, sprzeniewierzy się roli, której się podjął – a była to rola świadka par excellence. Zasada jego życia, jego jedyne usprawiedliwienie.
Nigdy nie wierzył w opatrzność. Po Ausch- witz nie wierzył jeszcze bardziej. Chodziło o to, żeby oddać głos tym, którzy mieli jedyne, niepodważalne prawo mówić. To znaczy tym, którzy nie przekazali żadnego świadectwa. I unieważnić wstyd. Wyjść z owej szarej strefy, którą – jak przypuszczam – z czasem rozciągnął poza obszar współodpowiedzialności, współuczestnictwa na przestrzeń, której nie da się niczym obiektywnie zmierzyć i zanalizować – przestrzeń sumienia. Jeśli przeżyłem – zdaje się powtarzać Levi – to znaczy, że byłem silniejszy. Dostosowałem się. Nie musiałem wywierać żadnej presji na nikim (nie mówiąc nawet o jawnej kolaboracji), ale skoro ocalałem – jestem tak samo podejrzany jak ci, którzy utrzymywali i legitymizowali system.

Próba powrotu

W zasadzie dopiero w wierszach z „Ocalałego” Levi tę zasadę próbuje przewartościować. Bo są to teksty o organicznym zmęczeniu rolą świadka, o chęci wyznaczenia granicy, strefy ochronnej dla siebie, wiersze-rytuały, wiersze-zaklęcia, wiersze-schronienia. Próba odnowienia kontraktu z życiem, które zostało tak brutalnie zakwestionowane. „Niczyjego chleba nie chciałem, / Nikt za mnie nie umarł. Nikt. (...) Wracajcie do waszej mgły” – pisze autor w wierszu „Ocalony”, który jest czymś w rodzaju punktu ciężkości, osią, tematycznym centrum (i wyraźną wskazówką dla polskiego czytelnika; warto powiązać go z dwoma wybitnymi tekstami polskiej literatury, powojennymi wierszami Różewicza i Miłosza, a już z pewnością z eseistyką „Pogrążonych i ocalonych”).
Nie jest to jedyny punkt ciężkości. Wiersze z „Ocalałego” pozwalają właśnie prześledzić, niestety w dużym perspektywicznym skrócie i „skokowo” – nie wiemy bowiem, co się wydarzyło w materii poetyckiej między połową lat 40. i 60. a początkiem lat 80. – cały skomplikowany proces wyciszania, zawieszania roli, oczyszczania z głosów, widm, komend w szorstkim, obcym języku. Tę zmianę zapowiada wiersz o Heinrichu Heinem „Meta” („Szczęśliwy człowiek, co dopłynął do portu / Szczęśliwy człowiek jak wygasły płomień”), a realizują teksty 16 lat starsze, począwszy od „Autobiografii” – swoiste bestiarium i rekwizytorium zarazem, które można czytać alegorycznie i dosłownie, wertykalnie i horyzontalnie.
Rozpoznać możemy w tej partii utworów tę samą co w prozie strategię pisarską: jak najmniej patosu, jak najwięcej uwagi poświęconej istotom najmniejszym (nie chodzi tu zawsze o wielkość fizykalną), którym odebrano prawo głosu, prawo do opowiedzenia historii ich jednostkowego losu. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że ostatnie teksty, napisane tuż przed tragicznym wypadkiem w Turynie, czy jak chcą inni – samobójczą śmiercią, to już doświadczenie wschodnie, buddyjskie. Nie w wersji doraźnej, terapeutycznego pop i soft, ale w najgłębszej możliwej postaci – bez iluzji i łatwych pocieszeń, jako „doświadczenie” sansary, tego nieszczęsnego kołowrotu, w który organicznie wpisane jest cierpienie wszystkiego, co żyje i czuje.
Rozum, sztuka i poezja nie pomagają zinterpretować miejsca, z którego zostały wygnane. To prawda. Ale gdyby nie rozum, sztuka i poezja, Levi-ateista, Levi-agnostyk nie znalazłby powodu, żeby przetrwać dłużej niż bohaterzy „Osmalonych” Irit Amiel. Wola została zagazowana w Auschwitz. Wiersz „Samson”, znakomity i znamienny, Levi kończy takimi słowami: „Odzyskałem włosy / I siłę dzikusa, / Ale nie wolę życia”.

Primo Levi, „Ocalały, Il superstite”, przeł. Jarosław Mikołajewski, Austeria, Kraków 2014

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]