Europejska rozgrywka Orbána

Premier Węgier stał się idolem prawicowo-populistycznego – i prorosyjskiego – ruchu, który chciałby objąć władzę w Unii Europejskiej. Co wyniknie z tego flirtu?
z Pragi

10.12.2018

Czyta się kilka minut

Premier Węgier Viktor Orbán (z lewej) i kanclerz Austrii Sebastian Kurz z partii konserwatywnej ÖVP. Wiedeń, styczeń 2018 r. / HEINZ-PETER BADER / REUTERS / FORUM
Premier Węgier Viktor Orbán (z lewej) i kanclerz Austrii Sebastian Kurz z partii konserwatywnej ÖVP. Wiedeń, styczeń 2018 r. / HEINZ-PETER BADER / REUTERS / FORUM

Marine Le Pen nazywa rzecz wprost: „Europę czeka wybór między Merkel a Orbánem”. Liderka francuskiej skrajnej prawicy nie pozostawia wątpliwości, że jej formacja – kiedyś Front Narodowy, a dziś Zjednoczenie Narodowe – opowiada się za premierem Węgier. „Jestem pewien, że za kilka miesięcy to my z Viktorem Orbánem będziemy rządzić Europą” – mówi z kolei wicepremier Włoch Matteo Sal­vini, lider Ligi Północnej i wschodząca gwiazda włoskiej polityki. Z podobnym entuzjazmem na temat premiera Węgier mówią przedstawiciele Alternatywy dla Niemiec, Wolnościowej Partii Austrii czy holenderskiej Partii Wolności.

Na pół roku przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, Orbán awansuje do roli nieformalnego lidera populistycznego „frontu”, który chce odsunąć dotychczasowe elity od władzy. Co sprawiło, że premier niewielkich Węgier, wcześniej kojarzony na Zachodzie co najwyżej z antyliberalnych eksperymentów, stał się jednym z głównych punktów odniesienia dla europejskich polityków?

Potencjał w kryzysie

Jako jeden z pierwszych polityków w Europie, Viktor Orbán dostrzegł polityczny potencjał kryzysu migracyjnego. Już w styczniu 2015 r., po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”, pojechał do Paryża i wystąpił z ostrą krytyką imigracji i społeczeństw wielokulturowych. Ogłosił zarazem, że nie dopuści do osiedlania się imigrantów na Węgrzech. Wydawało się to zaskakujące, gdyż Węgry nie są państwem docelowym migracji. Jednak władze węgierskie widziały, że coraz więcej osób nielegalnie przekracza granicę węgiersko-serbską.

Szlak wiodący przez dziurawą granicę węgierską – będącą zewnętrzną granicą Unii – przecierali najpierw imigranci z państw bałkańskich. W kolejnych miesiącach 2015 r. stał się główną trasą napływu imigrantów z Bliskiego Wschodu do Europy. Choć Węgry były dla nich jedynie przystankiem w drodze do zamożniejszych państw Unii, Orbán postanowił ich zatrzymać i zbudował płot na południowych granicach kraju.

Od tego czasu retoryka antyimigracyjna stała się w zasadzie jedynym przekazem rządzącej Węgrami partii Fidesz. Orbán zaprzągł cały aparat państwowy i medialny do budowania poczucia zagrożenia ze strony imigrantów i wzmacniania swojego wizerunku jako obrońcy Węgier przed napływem „obcych”. Wrogiem publicznym uczynił też miliardera i liberalnego filantropa George’a Sorosa, któremu przypisał rolę sprawczą w wywołaniu kryzysu migracyjnego. Taki przekaz utrwalały media, należące dziś w większości do zaprzyjaźnionych z rządem oligarchów, a także finansowane z budżetu państwa masowe kampanie billboardowe.

Choć od jesieni 2015 r. szlak migracyjny nie biegnie już przez Węgry, to forsowany przez Komisję Europejską pomysł osiedlania uchodźców w państwach członkowskich pozwalał Orbánowi pokazywać, że zagrożenie jest aktualne. Strategia ta okazała się niezwykle skuteczna. Partii Orbána udało się przezwyciężyć kryzys poparcia, zepchnąć na dalszy plan skandale korupcyjne i wytrącić argumenty skrajnie prawicowemu Jobbikowi. A nade wszystko wygrać wiosną 2018 r. wybory, uzyskując trzeci raz z rzędu większość dwóch trzecich w parlamencie.

Ambicje poza Węgrami

Viktor Orbán zaczął dostrzegać w kryzysie migracyjnym również potencjał zagraniczny i szansę na wyjście z izolacji w polityce europejskiej. Na forum Unii nie musiał się już tylko tłumaczyć z kontrowersyjnych reform w swoim państwie. Gdy kryzys migracyjny stał się dominującym tematem europejskiej polityki, to premier Węgier znalazł się w ofensywie, tworząc wokół siebie regionalną koalicję państw przeciwnych relokacji migrantów – i stając się idolem partii antyimigracyjnych w całej Europie.

Spełniał tym samym osobiste ambicje polityczne. Jest on bowiem politykiem, który łącznie 13 lat sprawuje funkcję premiera (w latach 1998–2002 i od 2010 r.) i w polityce krajowej osiągnął już wszystko. Jak zdradzają prasie bezpośredni współpracownicy Orbána, węgierska polityka coraz mniej go ekscytuje. Jest natomiast przywódcą zbyt małego państwa, żeby odgrywać znaczącą rolę na arenie międzynarodowej – i politykiem zbyt kontrowersyjnym, aby zająć eksponowaną funkcję w instytucjach międzynarodowych.

Orbán dostrzegł jednak swą szansę – właśnie w walce o rząd dusz w rozpalającym Europę sporze o imigrację. Świadomie buduje wizerunek nieprzejednanego przeciwnika imigracji, jak też krytyka zachodniego establishmentu. Spotyka się z liderami partii populistycznych lub skrajnie prawicowych z Austrii, Holandii czy Włoch. Zaprosił do Budapesztu Steve’a Bannona, zwolennika radykalnego ograniczenia imigracji i twórcę zwycięskiej kampanii Donalda Trumpa. Po konflikcie z prezydentem i utracie funkcji doradcy w Białym Domu, Bannon angażuje się teraz we wspieranie idei współpracy partii populistycznych w Europie.

Kampania z rozmachem

Orbán bezpardonowo atakuje swoich przeciwników, ale też bez wahania podnosi rzuconą rękawicę. Gdy Guy Verhof­stadt, lider liberalnego ALDE w Parlamencie Europejskim (to trzecia największa frakcja po chadekach i socjalistach), zaczął w listopadzie swoją kampanię przed wyborami europejskimi od zaprezentowania plakatu z Orbánem i podpisem „Najpierw wziął nasze pieniądze, teraz chce zniszczyć Europę”, na węgierską reakcję nie trzeba było długo czekać. Rzecznik węgierskiego rządu wystąpił na tle plakatu ze zdjęciem belgijskiego polityka i podpisem: „Setki ludzi zginęło w Europie w atakach terrorystycznych od 2015 r., ale Verhofstadt twierdzi, że nie mamy kryzysu migracyjnego. To chore!”.

Premier Węgier dba o międzynarodowy zasięg swojej kampanii antyimigracyjnej. Jego przemówienia są publikowane w kilku językach, a nagrania na popularnym profilu facebookowym tłumaczone na angielski. Aby lepiej dopasować przekaz Orbána do nastrojów, think tanki związane z Fideszem zamawiają badania opinii publicznej w całej Europie.

Formułowana przez Orbána krytyka imigracji czy wielokulturowości nie jest oczywiście niczym nowym – premier ­Węgier przejął tu hasła od lat funkcjonujące w europejskiej debacie publicznej. Ale radykalizm jego przekazu, argumenty o konieczności zachowania homogeniczności etnicznej czy zrównywanie imigrantów z terrorystami – wszystko to było dotąd zarezerwowane dla partii skrajnie prawicowych, do niedawna bez szans na rządzenie.

Tymczasem Orbán głosi je z pozycji przywódcy państwa – i członka frakcji chadeckiej (Europejskiej Partii Ludowej), największej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim.

W chadeckiej „rodzinie”

Czy Orbán stanie zatem – mniej lub bardziej formalnie – na czele antyimigranckiego ruchu, który odmieni oblicze Parlamentu Europejskiego po wyborach w maju 2019 r.?

Mimo wszystko to mało prawdopodobne – z kilku powodów. Przede wszystkim, Fidesz należy do Europejskiej Partii Ludowej (EPP) i chce w niej pozostać. Orbánowi to się opłaca: daje mu przynależność nie tylko do najliczniejszej frakcji w Parlamencie Europejskim, ale i najbardziej wpływowej „rodziny” politycznej w Europie, która nieraz rozciągała parasol ochronny nad Fideszem.

Nie oznacza to, że w EPP nie narasta krytyka wobec Fideszu. We wrześniu dwie trzecie posłów EPP w Parlamencie Europejskim (114 na 171) poparło przyjęcie raportu niezwykle krytycznego dla rządów Orbána. Powołując się na „poważne zagrożenie naruszenia wartości UE” przez Węgry, zarekomendowano uruchomienie procedury na podstawie art. 7 traktatu o Unii Europejskiej, która w końcowym etapie – do czego zapewne nie dojdzie – przewiduje zawieszenie prawa głosu państwa członkowskiego. Europejska Partia Ludowa zagroziła też, że wyrzucenie Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego z Budapesztu (to element walki Orbána z Sorosem, fundatorem tej uczelni) będzie przez nią odebrane jako przekroczenie „czerwonej linii”. Holenderskie i szwedzkie partie centroprawicowe wprost domagają się wykluczenia węgierskiego premiera z EPP.

Ale Orbán może wciąż liczyć na sojuszników z austriackiej czy niemieckiej chadecji, zwłaszcza bawarskiej CSU. Na listopadowym kongresie EPP bawarski polityk Manfred Weber został – z poparciem Fideszu – kandydatem europejskich ludowców na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Mimo rosnącego zniecierpliwienia wobec Orbána, władze EPP kierują się twardą arytmetyką, a kilkanaście mandatów Fideszu może być języczkiem u wagi w nowym rozdaniu po maju 2019 r. Obawiają się też, że wyrzucenie Fideszu przed wyborami europejskimi byłoby tylko wiatrem w żagle populistów. Wygląda na to, że EPP przełknie nawet wymuszone przez rząd Węgier przenosiny Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego do Wiednia (co ogłoszono na początku grudnia).

Wątpliwe też, by Orbán sam opuścił Europejską Partię Ludową. Można to sobie wyobrazić tylko w przypadku drastycznego spadku poparcia dla chadeków. Poza tym, alternatywa jest niepewna. Sojusze partii skrajnie prawicowych, eurosceptycznych czy antyestablishmentowych w Europie okazywały się dotąd nietrwałe. A fala zwycięstw populistów okazała się mniejsza, niż Orbán przewidywał na początku 2017 r., gdy po wygranej Trumpa wieszczył rok politycznych rewolucji w Europie.

Sceptycyzm, ale inny

Wprawdzie skrajna prawica współtworzy od niedawna koalicje rządowe w Austrii i Włoszech, ale we Francji, Niemczech czy Holandii nie zdołała dojść do władzy. Z kolei powtórzenie przez Bannona sukcesu z kampanii Trumpa w realiach europejskich nie jest wcale pewne – nie budzi on entuzjazmu skrajnej prawicy, tradycyjnie sceptycznej wobec USA.

Premiera Orbána z potencjalnymi sojusznikami w przebudowie europejskiej sceny politycznej łączy – prócz haseł antyimigracyjnych – radykalna krytyka obecnego establishmentu europejskiego i liberalnej demokracji. A także sympatie prorosyjskie.

Jednak równie dużo – jeśli nie więcej – dzieli. Współtworzony przez skrajną prawicę rząd włoski chce relokować migrantów ze swojego terytorium do innych państw (w tym na Węgry). Austria, współrządzona przez skrajną prawicę, najgłośniej domaga się obcięcia funduszy dla słabiej rozwiniętych państw Unii (w tym Węgier) – tymczasem w 2019 r. w Unii zacznie się decydująca faza negocjacji nad jej nowym budżetem. Z kolei rząd Orbána, który wprawdzie w przeszłości chętnie demonizował Międzynarodowy Fundusz Walutowy, nie podziela jednak ostrej krytyki globalizacji, z którą występuje większość partii radykalnych. Węgry są bowiem beneficjentem wolnego handlu, a eksport stał się kołem zamachowym ich gospodarki.

W końcu, eurosceptycyzm Orbána ma inny odcień niż u większości zachodnioeuropejskich partii skrajnie prawicowych. Owszem, Orbán występuje w roli trybuna ostro krytykującego Komisję Europejską i kreuje się na obrońcę Węgrów przed zakusami brukselskich biurokratów. Wiosną 2017 r. z wszechobecnych billboardów krzyczało hasło „Stop Brukseli”, przez które rząd chciał zademonstrować swój opór wobec migracyjnej polityki Unii.

Jednak nikt we władzach Węgier nie rozważa na poważnie wyjścia z Unii. Społeczeństwo jest nastawione proeuropejsko, a gospodarka ściśle zintegrowana z niemiecką. Węgry są też jednym z największych odbiorców środków unijnych. Co więcej, oligarchowie Fideszu swój model biznesowy opierają na pozyskiwaniu zamówień publicznych, finansowanych w znacznej mierze z funduszy europejskich.

Scenariusz partykularny

Co może więc wyniknąć z flirtu Orbána z partiami populistycznymi czy skrajnie prawicowymi? Najbardziej prawdopodobny jest taki scenariusz, że ów flirt będzie dalej służył przede wszystkim realizacji różnych partykularnych celów Budapesztu. Ma on Fideszowi poszerzyć pole manewru i być przestrogą dla EPP, że węgierski premier ma alternatywę na wypadek, gdyby krytyka jego poczynań stała się nieznośnie silna.

Co jeszcze? Wyborcy będą nadal widzieć w Orbánie przywódcę na skalę europejską, który wypełnia dziejową misję obrony kontynentu przed obcą cywilizacją. A w tym czasie Fidesz będzie nadal korzystał z przywilejów członkostwa w największej europejskiej „rodzinie” politycznej.

Także konferencje prasowe Orbána z liderami ugrupowań skrajnie prawicowych z różnych państw europejskich będą dalej elektryzować media i przykuwać uwagę opinii publicznej – nawet jeśli, koniec końców, nie doprowadzą do powstania wielkiej międzynarodówki populistów. ©

Autor jest politologiem, przez 7 lat pracował jako analityk ds. węgierskich w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. Obecnie uczestniczy w projekcie badawczym na Uniwersytecie Karola w Pradze i University College London.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51/2018