29 września na oficjalnym koncie Donalda Trumpa w portalu X pojawił się następujący post (podaję w wersji polskiej): „Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen”.
W sieci natychmiast zaroiło się od spekulacji. Dlaczego ekscentryczny kandydat na stanowisko prezydenta USA publikuje w mediach społecznościowych tekst modlitwy? Cynicznie gra na chrześcijański elektorat? Nawrócił się na katolicyzm? A może to raczej porozumiewawcze mrugnięcie okiem do tych, którzy rozumieją, że stawka w amerykańskich wyborach znacznie przekracza ziemską skalę? Czy zatem Trump jest – jak już to wcześniej sugerowano w kampanijnych materiałach – bożym wybrańcem? Narzędziem Opatrzności, która wystawiła go do bitwy pomiędzy hufcami niebieskimi (wszak dowodzi nimi właśnie Archanioł Michał) a armią szatana? I czy tajemniczy QAnon jednak mówił prawdę: Trump stanowi zagrożenie dla potężnej siatki zakonspirowanych satanistów-pedofili, którzy porywają dzieci, a następnie pozyskują z nich adrenochrom, substancję mającą zapewnić bogaczom wieczną młodość?
A może dla odmiany – taka teoria również się pojawiła – to raczej on został wciągnięty w spisek przez podstępną lożę okultystów, która chce go (a wraz z nim – nas) sprowadzić na manowce? W niektórych okultystycznych doktrynach bowiem św. Michał wcale nie dowodzi siłami dobra, lecz niejasno mediuje między Chrystusem, Lucyferem a Arymanem (ten ostatni to też demon, żeby była jasność). Na domiar – nomen omen – złego, patronuje Nowej Erze i wspomaga proces ewolucji rodzaju ludzkiego ku rzekomo „doskonalszym” etapom. A przecież wiadomo, czym taka „doskonałość” pachnie – siarką. Niewątpliwie więc jakieś piekielne moce musiały Trumpowi podpowiedzieć modlitwę do tej podejrzanej persony. „Niech pan będzie z tym ostrożny, panie prezydencie” – wpis o takiej treści także znalazł się pod inkryminowanym postem.
Oczywiście, można to wszystko potraktować jako sprawę błahą. Ostatecznie – co to za różnica? Czy modlitwa jest oznaką szczerej wiary, czy też cynizmu – powiedzą niektórzy – niewielkie ma to znaczenie w perspektywie potencjalnych konsekwencji kolejnej prezydentury Trumpa. Tak dla świata, jak i dla Polski.
Z jednej strony, wydaje się to rozumowanie zasadne. Z drugiej – nie podzielam tego lekceważenia. Jak uczy historia, nigdy nie należy bagatelizować mitów i symboli. Tym bardziej, jeśli budzą powszechne ożywienie. Okoliczność, że Trump kolejny raz sięga w kampanii po specyficzną symbolikę religijną – i że rodzi to tak duży rezonans – mam więc za wyjątkowo znaczącą. Zwłaszcza że retoryka – i poetyka – świętej wojny, apokaliptycznego starcia między legionami ciemności a hufcami światła zakorzeniła się już mocno w politycznym dyskursie i zbiorowej świadomości.
Co najmniej od czasu ataku na Ukrainę konsekwentnie posługuje się nią kremlowski reżim. Niedawno – jak donosił na łamach „Der Spigel” Michaił Zygar – Putin poleciał do Mongolii ponoć w tym przede wszystkim celu, żeby się konsultować z tamtejszymi szamanami w kwestii użycia broni jądrowej. Nawet jeśliby Zygar to sobie wymyślił – a jest to autor rzetelny i wiarygodny – przekaz poszedł w świat. Odwołania do wątków religijnych są również na porządku dziennym w eskalującym nieustannie konflikcie na Bliskim Wschodzie. Bez znajomości teologii i historii islamu oraz judaizmu nie sposób właściwie zrozumieć, co się tam dzieje. Takie przykłady można by długo mnożyć.
Czy jednak, jak twierdzi wielu przenikliwych analityków i myślicieli, cała ta mitologiczno-religijna scenografia to wyłącznie fasada, za którą skrywają się realne – ekonomiczne i polityczne – cele? Czy też spełnia nieredukowalną, autonomiczną funkcję? Nie znam, oczywiście, odpowiedzi na to pytanie, mam tylko przypuszczenia. Ale jedna funkcja zdaje mi się ewidentna.
Nowoczesne technologie, natłok informacji niemożliwych do zasymilowania, gigantyczna specjalizacja w nauce, wielopiętrowe kryzysy, ekspansja wielkich korporacji – w ostatnich dekadach rzeczywistość jawi się nam jako coraz bardziej nieprzenikniona i tajemnicza. W takiej sytuacji sięgnięcie po język mitu to u człowieka odruch całkowicie naturalny, niemal bezwiedny. Mit pozwala łatwo i efektywnie ująć w formę to, co źródłowo bezforemne, np. lęk. Pozwala stworzyć reprezentację tego, co niezrozumiałe, w sposób, który daje choćby namiastkę rozumienia.
Nasuwają się w związku z tym dwa co najmniej wnioski. Pierwszy: do adekwatnego opisu aktualnej sytuacji nie wystarczą narzędzia ekonomii, politologii czy socjologii, potrzeba czegoś więcej. Drugi: to raczej archetypowa wyobraźnia oraz sprzężone z nią emocje, nie zaś wyłącznie chłodna gra interesów, tę sytuację w znacznym stopniu kształtują.
Mógłbym zakończyć czymś w stylu: „oby się ta sytuacja nie wymknęła spod kontroli”, acz jeśli prawdą jest to, co powyżej – o kontroli w ogóle trudno tu mówić. Jak wiadomo, to raczej mity nas mają, a nie my mamy mity. Więc może faktycznie pozostaje nam już tylko Archanioł Michał? Oczywiście wyłącznie pod warunkiem, że loża okultystów jednak tkwi w błędzie...
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















