Relacja z Cannes: Lynne Ramsay i Wes Anderson grają w serca

Po premierze filmu „Die, My Love” z Jennifer Lawrence, w canneńskich kuluarach fruwało „Opętanie” Andrzeja Żuławskiego. Co bywalcy festiwalu zobaczyli z twórczości polskiego twórcy w nowym filmie reżyserki „Musimy porozmawiać o Kevinie”?
z Cannes
Czyta się kilka minut
Jennifer Lawrence w filmie „Die, My Love” // Fot. Materiały prasowe
Jennifer Lawrence w filmie „Die, My Love” // Fot. Materiały prasowe

Co człowiek, to rutyna – co reżyser, to rytuał. Wchodząc do kina na nowy film Wesa Andersona, czułem się, jakbym szedł przerzucać węgiel. Amerykanin wypracował jeden z najbardziej rozpoznawalnych charakterów pisma w historii współczesnego kina. Z drugiej strony, ten sam styl rozsmarował na przestrzeni lat tak cieniutko, że stał się w zasadzie przezroczysty. W końcu ile można się śmiać z hollywoodzkich gwiazd w austro-węgierskich mundurach?

Zasady krytyczno-filmowego bingo są w przypadku Andersona jasne. Pięć punktów za „słodko-gorzką filmową dioramę”, „wewnątrzkadrową symetrię”, „królestwo pastelowych barw” oraz „malarskie kadry”. Dziesięć za „estetykę retro”, „dialogi pełne ironii” oraz „korowód zakręconych postaci”. Nihil novi sub sole. Najnowszy obraz reżysera, „Fenicki układ”, składa się z wszystkich tych elementów. Ale niech mnie piorun z papieru mache strzeli prosto w serce, jeśli nie jest czymś więcej niż sumą swoich składowych.

O czym jest nowy film Wesa Andersona „Fenicki układ”?

Film otwiera scena katastrofy lotniczej. Najpierw skok ciśnienia wyrywa wraz z fotelem jednego z pasażerów. Później pilot zostaje przymusowo katapultowany, a skrzydła odpadają, jakby sklejono je butaprenem na zajęciach praktyczno-technicznych. Wreszcie zaś kamera panoramuje wzdłuż wraku, przyglądając się dobytkowi magnata Zsa Zsa Kordy (Benicio Del Toro), by w końcu zatrzymać się na nim samym – osmalonym niczym w kreskówce, świdrującym widza chmurnym spojrzeniem. To nie pierwszy raz, gdy Korda przeżył taki wypadek. I nie ostatni.

Biznesmen nie schodzi z celownika swoich rywali, lecz na złość wszystkim nie chce umrzeć. Jego nieśmiertelność – symbolizowana pertraktacjami ze świętym Piotrem w planie astralnym – ma źródła w nadludzkim farcie, ale też w… biznesowej filozofii. Pomnikiem trwalszym niż ze spiżu jest dla niego tytułowy układ – fuzja rozmaitych przedsiębiorstw, korporacyjnych inicjatyw oraz prywatnych ambicji. Korda, skrzyżowanie J.P. Morgana, Williama Randolpha Hearsta oraz „bezpaństwowych” technokratów, to uniwersalna figura kapitalizmu, jakich w kinie wiele. Twist przychodzi w momencie, gdy Anderson czyni z niego również cynicznego ojca, który próbuje oprocentować rodzicielską miłość.

Korda, jego córka-zakonnica (fantastyczna Mia Threapleton) oraz wysłany na przeszpiegi przez amerykański rząd asystent (Michael Cera) podróżują po całym świecie. Pragną sfinalizować kontrakt na budowę fikumikatora elemeledudkowego – jak nietrudno się domyślić, nie ma znaczenia, co właściwie chcą osiągnąć. Od interesu do interesu, reżyser buduje metaforę relacji międzyludzkich jako wielowektorowych „transakcji”: przyjaźń za lojalność, miłość za troskę, dwa gramy szacunku w cenie pojedynczego aktu poświęcenia, i tak dalej, w ten deseń.

Z czasem, na grubym lustrze stylizacji pojawiają się kolejne pęknięcia. Przeciekają przez nie autentyczne i skomplikowane emocje. Zamrożone w slapstickowych pozach gwiazdy (Bill Murray, Bryan Cranston, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch) schodzą na dalszy plan. Przed nami staje natomiast samotny i nieszczęśliwy facet.

Krytyczno-filmowe bingo Wesa Andersona

  • Słodko-gorzka filmowa diorama
  • Wewnątrzkadrowa symetria
  • Królestwo pastelowych barw
  • Malarskie kadry
  • Estetyka retro
  • Dialogi pełne ironii
  • Korowód zakręconych postaci

Ponieważ w finale „Fenickiego układu” uroniłem łzę wzruszenia, napiszę, że to najlepszy film Wesa Andersona od czasu poprzedniego świetnego filmu Wesa Andersona. A jeśli ktoś ma wątpliwości, pozostaje też pełną ironicznych i melancholijnych dialogów, słodko-gorzką dioramą; opowieścią pełną zakręconych postaci, pastelowych barw oraz wewnątrzkadrowej symetrii. Bingo!

„Die, My Love” z Jennifer Lawrence: nagie zapasy, alkohol i erozja związku

Nowy film Lynne Ramsay („Musimy porozmawiać o Kevinie”), czyli „Die, My Love”, jest dla odmiany asymetryczny – tak w formie, jak i w emocjach. To rzecz o erozji związku, rozegrana w prowincjonalnym domostwie gdzieś pośród wzgórz Montany; kino o niewspółmierności potrzeb, ambicji i marzeń.

Grana przez Jennifer Lawrence bohaterka skrada się przez wysoką trawę na czworakach, pije alkohol, uprawia nagie zapasy ze swoim mężem (nie mylić z seksem, do którego zapasy zwykle prowadzą), a potem warczy jak puma. Z czasem w ich związek wkrada się rutyna, symbolizowana przez złowróżbne rzuty kamery na dziecięce zabawki. On znajduje spełnienie w popijaniu piwka, ona chciałaby więcej, szybciej i mocniej. To oczywiście egzystencjalny pat, ale czy na tyle bolesny, by budować wokół niego operową tragedię?

Całość nakręcona jest przepięknie – dzięki onirycznej fakturze obrazu oraz zwężonemu formatowi ekranu film przypomina ruchomy pasaż wspomnień, niezrealizowanych marzeń i niewysłowionych lęków. Nie przekonuje mnie jednak na płaszczyźnie intelektualnej. Jeśli bowiem bohaterowie docierają do jakiegoś kresu, to trudno nadać takiemu odkryciu odpowiednią fabularną wagę bez opowieści o przeszłości kochanków, o ich motywacjach i skomplikowanych uczuciach. Jeżeli natomiast kręcimy film o ludziach-kotach i przekonujemy, że człowiek jest tak naprawdę sumą atawizmów, to z czego tu robić tragedię? W końcu „jest, jak jest”.

Po seansie w canneńskich kuluarach fruwało „Opętanie” Andrzeja Żuławskiego (bo główna bohaterka fotogenicznie traci zmysły) oraz „Mother!” Darrena Aronofsky’ego (bo znów ktoś zamknął Jennifer Lawrence w wielkim doku na wsi). A ja sobie myślę, że najbliżej „Die, My Love” do „Blue Valentine” Dereka Cianfrance’a albo innej „antywalentynkowej” klasyki. Na pytanie, czy warto oglądać go we dwoje, nie ma łatwiej odpowiedzi. Może być różnie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”