„Fenicki układ”: czego brakuje w nowym filmie Wesa Andersona

„Fenicki układ” to sprawdzona mieszanka staroświeckiego wdzięku, awanturnictwa i absurdu. Doskonale działająca w poszczególnych wątkach i obrazach, choć niekoniecznie jako całość.
Czyta się kilka minut
Benicio del Toro i Mia Threapleton w filmie „Fenicki układ”, reż. Wes Anderson, 2025 r. // materiały prasowe
Benicio del Toro i Mia Threapleton w filmie „Fenicki układ”, reż. Wes Anderson, 2025 r. // materiały prasowe

Jeśli przejadły się komuś cukiernicze porównania, znowu będzie trudno od nich uciec. Rozbrykane i nostalgiczne filmy Wesa Andersona od dawna upodabniają się do finezyjnych bombonierek albo misternie lukrowanych wypieków, odwołując się w ten sposób do łasego dziecka w nas. Historie opowiadane przez amerykańskiego reżysera coraz bardziej rozpływają się w czczych anegdotach i dygresjach, a postacie przypominają ruchome figurynki na torcie. Dlatego – brzmi jakże częsty zarzut – po intensywnych doznaniach smakowych zostają tylko puste kalorie i co najwyżej chwilowy zachwyt nad światotwórczą brawurą.

Lecz kto powiedział, że kino, również to autorskie, ma dostarczać wyłącznie pożywnej strawy, zwłaszcza w czasach tak zamulających ciężkimi treściami? Twórca „Grand Budapest Hotel”, tworząc na ekranie przepyszne makiety wymyślonych światów, buduje nam pastelowe schrony przed atakami rzeczywistości. I nawet kiedy przemyca w nich jakieś odżywcze mikroskładniki, oczyszczający błonnik bądź gorzką pigułkę, dalej jest niczym Pomysłowy Dobromir, niestrudzony łowca przygód i zarazem rozmarzony harcerzyk w krótkich spodenkach, znany z „Moonrise Kingdom”. Coraz rzadziej jednak udaje mu się zaprząc ów inscenizacyjny pomyślunek i chłopięcą przekorę w dobrze opowiedzianą historię. Właśnie potoczystego gawędziarstwa brakuje najbardziej w najnowszym filmie Andersona. Dlatego „Fenicki układ” lawiruje między słodką odtrutką a cukrowym usypiaczem. 

Weź hojną garść pierwszoligowych nazwisk (Benicio del Toro, Tom Hanks, Scarlett Johansson, Willem Dafoe, F. Murray Abraham). Zagęść europejsko brzmiącymi (Benedict Cumberbatch, Charlotte Gainsbourg, Mathieu Amalric). Zmieszaj w scenariuszu najbardziej nieprawdopodobne rozdziały z nieistniejących kronik postkolonialnej Fenicji i nigdy nienapisane wątki serialowej „Sukcesji” w kostiumowym wydaniu. Zamąć wszystko ekscentrycznymi pomysłami wyskakującymi co i raz z tajemniczych pudełek po butach. Dodaj katastrofy lotnicze, polityczne intrygi, zamachy terrorystyczne, ostrzegawczo-biblijne sny. Wstaw do kolorowych foremek, rozgrzej piec umiarkowanie i wsadź wszystko na sto pięć minut. Na koniec ułóż symetrycznie i pocukruj obficie.

Tak z grubsza wygląda receptura, wedle której powstał „Fenicki układ”. Sprawdzona od lat, więc nie miała prawa zawieść. Przynajmniej tych, którzy chcieliby jak najwięcej Andersona w Andersonie, czyli mieszanki staroświeckiego wdzięku, awanturnictwa i absurdu, doskonale działającej w poszczególnych wątkach i obrazach, choć niekoniecznie jako całość. 

Del Toro gra tutaj komiksowego szuję o mitteleuropejsko-hollywoodzkim nazwisku Zsa-Zsa Korda. A konkretnie potentata zbrojeniowego, który w 1950 r., przeżywszy kolejny zamach na swoje życie i ujrzawszy przed sobą widmo wiecznego potępienia, postanawia wycofać się z nieczystego biznesu.

Spośród licznie spłodzonych i latami zaniedbywanych dzieci decyduje się przekazać całą schedę córce o imieniu Liesl, będącej obecnie w nowicjacie. Żeby poznała na własnej skórze, czym jest tytułowy projekt, nazywany roboczo Wyrwą, oparty na grubych przekrętach i wykorzystywaniu niewolniczej pracy na Bliskim Wschodzie, ojciec zabiera dziewczynę oraz swego norweskiego asystenta, z zamiłowania entomologa (Michael Cera), w zwariowaną, typowo andersonowską podróż. Prowadzi nas przez wyimaginowany Orient – hotele w faraońskim stylu, nocne kluby jak z „Casablanki”, najeżone niebezpieczeństwami dżungle. Na drodze bohaterów pojawiają się groteskowi gangsterzy, rządowi szpiedzy, nabuzowani watażkowie. Gatunkowo zaś to równie beztroska i bardzo umowna przebieżka przez kino przygodowe, parodię filmu szpiegowskiego, opery mydlanej (kto jest biologicznym ojcem Liesl?) i archetypicznej baśni o nawróconym łotrze.

Oczywiście, ten wielopiętrowy domek dla lalek rozpada się co chwila jak domek z kart i taka już jego ulotna uroda. „Fenicki układ” do końca pozostanie dziełkiem do wybiórczego smakowania. Nie przypadkiem jedynego w karierze Oscara otrzymał Anderson za krótkometrażówkę „Zdumiewająca historia Henry’ego Sugara” (2023) – pojedyncze etiudy zdecydowanie lepiej mu ostatnio wychodzą aniżeli szkatułkowe operetki. W nowym filmie bez wątpienia największym smaczkiem okazuje się Mia Threapleton grająca zadziorną zakonnicę. 

Prywatnie jest córką Kate Winslet, co natychmiast wzbudziło podejrzenia o nepotyzm, jednak to ta właśnie rola, trochę z innego aktorskiego porządku, ożywia znane skądinąd „obrazki z wystawy”. Sam zaś Modest Musorgski patronuje na różne sposoby filmowi Andersona, który za nic zdaje się mieć bojkoty rosyjskich mistrzów, na ścieżce dźwiękowej wykorzystując także (obok jazzowych standardów i oryginalnej muzyki Alexandre’a Desplata) „Pietruszkę” Igora Strawińskiego.

Scenariusz „Fenickiego układu”, napisany wspólnie z Romanem Coppolą, miał ponoć korzenie w opowieściach Fouada Maloufa, nieżyjącego już teścia reżysera. Był on pochodzącym z Libanu inżynierem i to jemu Anderson zadedykował film. Zawierza obrazom (swoim i cudzym) do tego stopnia, że jeszcze przy napisach końcowych wciska nam w kadr klasyków malarstwa. Bo Wes Anderson, podobnie jak Tim Burton, należy do grupy twórców niereformowalnych w swoich estetycznych obsesjach. I tak rozpoznawalnych w swoim wizualnym języku, że tylko patrzeć, aż sztuczna inteligencja zacznie go podrabiać.

Jak na razie Anderson z upodobaniem podrabia sam siebie, penetrując kolejne ekscytujące obszary. Było już o zamorskich eskapadach, życiu podwodnym, ucieczkach w dzieciństwo i z dzieciństwa, było o wyczynowym tenisie, oldskulowym dziennikarstwie czy psychofanach astronomii. Choć przecież zawsze, mniej lub bardziej, o dysfunkcyjnej rodzinie i tęsknocie za bliskością. Łobuzerskość, naiwność i dygresyjność tego kina sprawiają, że gdzieś po drodze ów sens się zatraca, kiedy zaś wreszcie zostaje wyartykułowany, brzmi mało poważnie bądź po prostu sztucznie. 

A bajeczny design, stworzony przez Adama Stockhausena i sfilmowany tym razem przez Bruna Delbonnela, operatora braci Coenów czy „Amelii”, skutecznie odwraca uwagę. Nic dziwnego zatem, że wychodząc z seansu, w oszołomieniu, zmęczeniu i zarazem w niedosycie, łatwo zapomnieć o istnieniu tych pęknięć, które mogły wpuścić do filmu coś bardziej istotnego. Albo dać przestrzeń mniej wysilonej zabawie.

FENICKI UKŁAD („The Phoenician Scheme”) – reż. Wes Anderson. Prod. Niemcy/USA 2025. Dystryb. UIP. W kinach. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Słodka przekąska