Trudno wytłumaczyć fenomen tego festiwalu komuś, kto nigdy nie był zażenowany cyrkiem i nie przeżył epifanii w katedrze. Jeszcze trudniej uzmysłowić ludziom, że słońce, plaża, czerwony dywan oraz najnowsze filmy nie są uniwersalnymi symbolami szczęścia – nawet jeśli pozostają elementami przyjemnej z zasady pracy.
Sam jeżdżę do Cannes od dwunastu lat i moja relacja z festiwalem nigdy nie była trudniejsza. Podczas gdy Berlin, San Sebastian czy Wenecja wracają do mnie jako powidoki z upalnych kinowych nocy, impreza na Lazurowym Wybrzeżu kojarzy mi się wyłącznie z orką na ugorze. Anachroniczną formułą seansów, segregacją dziennikarzy, chamską obsługą, problemami technicznymi, internetem na korbkę, światłowodami z chrustu oraz z szokującą nadreprezentacją Francuzów w Konkursie Głównym. Wreszcie – kojarzy mi się Cannes z filmami losowanymi na zasadzie rzutu kostką.
Pytanie, dlaczego wciąż tam wracam, pozostaje jednak retoryczne: mogę tupać nogą, ale to wciąż najważniejsza filmowa impreza świata.
Religia i polityka w Cannes
Uparłem się, żeby nie przeczytać „Cannes. Religii kina” Tadeusza Sobolewskiego – książki, o której intensywnie dyskutuje się dziś w filmoznawczych oraz krytyczno-filmowych kręgach. I miałem ku temu dobry powód. Otóż cykl wspomnień z imprezy dla autora formacyjnej jest – jak zauważyła Klara Cykorz w tekście dla dwutygodnika.pl – praktycznie wyzuty z ironii. „Z tego wynika duch (oraz tytuł) całego tomu: canneński ceremoniał w większości krytyków budzi albo złośliwość, albo gorący sprzeciw. Sobolewskiemu natomiast uruchamiają się skojarzenia z religią, z całą jej ambiwalencją, ale przede wszystkim – wzniosłością” – pisze autorka. Tymczasem jeśli Cannes na coś zasługuje, to właśnie na bacik ironii.
Jak się domyślacie, plan nie wypalił. Sobolewskiego przeczytałem jednym tchem, pomimo faktu, że potwierdził moje przypuszczenia. Doświadczenie religijne na festiwalu nie jest moim doświadczeniem. Muszę się natomiast zgodzić, że skala „wzniosłości” pozostaje dość szeroka. Dla przykładu w tym roku, w trakcie ceremonii otwarcia, Cannes oddało hołd palestyńskiej fotoreporterce Fatimie Hassounie, ofierze jednego z nalotów w Gazie. Zafiksowany na połajankach za polityczną przezroczystość, nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji.
Przyznanie irańskiemu dysydentowi Jafarowi Panahiemu Złotej Palmy jest już odbierane jako jeden z podobnych politycznych aktów. Jak zwykle w takim kontekście, warto zwrócić uwagę na artystyczną jakość filmu. Ale też trudno boksować się z rzeczywistością. „Un Simple Accident” to w końcu opowieść o mężczyźnie, który po feralnym wypadku drogowym wkracza na kurs kolizyjny z dawnym więziennym oprawcą. Z czasem naturalistyczna konwencja oraz gęsta fraza odsłaniają prawdę o powinnościach władzy i granicach wolności obywatelskiej, o różnicy między zemstą a sprawiedliwością, o moralności Kalego.
Dlaczego Cannes rzadko pozwala dostrzec pozafilmową rzeczywistość
Festiwal przypadł na czas I tury wyborów prezydenckich w Polsce. Na Riwierze toczyły się więc podjazdowe wojenki między zatwardziałymi „drugoturowcami” a tymi, którzy przedłożyli obywatelski obowiązek nad kino. W teorii festiwal w Cannes nie ma wiele wspólnego z europejską polityką. W praktyce jednak impreza funkcjonuje w dziwacznym politycznym limbo, zatem każde małe święto demokracji jest tu na wagę złota. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że chyba się udało. W I turze w sąsiedniej Nicei zagłosowało prawie 83 proc. z 1162 uprawnionych do głosowania rodaków.
Nie chcę nikogo przekonywać, że tacy to z nas, dziennikarzy filmowych, wzorowi obywatele. Piszę o tym dlatego, że Cannes, będące w istocie symulakrum niedostępnego maluczkim „wielkiego świata”, rzadko pozwala dostrzec jakąś pozafilmową rzeczywistość. Nawet jeśli historia festiwalu odmierzana jest politycznymi aktami – protestami majowymi z 1968 r., marszem kobiet z 2018 r. czy gestami solidarności z uwięzionym w 2010 r. Panahim – to zazwyczaj funkcjonują one w próżni. Zasilana w dużej mierze amerykańskimi pieniędzmi, biznesowo-marketingowa machina zamienia ją w element canneńskiego folkloru.
Przed piętnastoma laty fotel Panahiego stał w Grand Théâtre Lumière pusty. Na kartce widniało jego nazwisko, na ekranie wyświetlano jego film, tymczasem reżyser przebywał w areszcie w Teheranie. Tym razem mógł usiąść w fotelu i doświadczyć owacji na stojąco. Francję opuszcza ze Złotą Palmą, jako jedyny żyjący zdobywca „potrójnej korony” za główne laury na festiwalach w Cannes, Wenecji i Berlinie. Wcześniej ta sztuka udała się tylko trzem reżyserom – Henriemu-Georges’owi Clouzotowi, Robertowi Altmanowi i Michelangelo Antonioniemu.
Dlaczego Łoźnica nie dostał Złotej Palmy
W cieniu tego sukcesu, bez nagród, z Cannes wyjeżdża Ukrainiec Siergiej Łoźnica. O jego „Dwóch prokuratorach”, czyli kronice stalinowskiego terroru na podstawie opowiadania fizyka teoretycznego oraz więźnia gułagu Gieorgija Demidowa, mówiło się sporo w kontekście Złotej Palmy. Ostatecznie jednak film przepadł w morzu intymnych rodzinnych portretów (nagrodzone Grand Prix „Sentimental Value” Norwega Joachima Triera), zamaszystych formalnych eksperymentów (monumentalne, uhonorowane Nagrodą Specjalną „Resurrection” chińczyka Gana Bi), przestrzelonych satyr (okropny „Eddington” mistrza kina grozy Ariego Astera) oraz mistrzowsko-uczniowskich pogadanek (z braćmi Dardenne mierzył się ich mniej zdolny epigon, Dominik Moll).
Szkoda. No bo skoro już bawimy się w politykę, a jednocześnie boimy się wiążących komunikatów jak ognia, nagrodzenie Łoźnicy byłoby salomonowym wyrokiem. A tak znów zostajemy z niejasnym stanowiskiem organizatorów w kwestii Ukrainy i Rosji. Przed trzema laty rosyjskim delegacjom zabroniono wstępu na festiwal. Później zniesiono zakaz pod warunkiem publicznego odcięcia się od putinowskiego reżimu.
Z powodu apatyczności canneńskiego dyrektorstwa po kuluarach fruwały w tym roku teorie spiskowe. Na przykład o tajnych pokazach i wywiadach dla Rosjan, albo o forach dla Ukraińców w wyścigu o rozmowy z największymi gwiazdami kina. Najwyraźniej naiwniak ze mnie, skoro myślę, że wszystko dałoby się rozwiązać jednym przemyślanym oświadczeniem.
Filmów, w których skomplikowane mechanizmy polityczne odmalowywano półcieniami, było niewiele. Ale to właśnie jeden z nich zrobił na mnie największe wrażenie. Zgarnął też zasłużone nagrody za reżyserię oraz dla najlepszego aktora, znanego z „Elitarnych” oraz serialu „Narcos” Brazylijczyka Wagnera Moury.
„O agente secreto” („Tajny agent”) Klebera Mendonçy Filho to podróż do Brazylii lat 70., samego jądra ciemności. Na wschodzie kraju rządzonego przez dyktaturę pojawia się ścigany przez władzę mężczyzna. Chciałby chwycić syna pod pachę, wyrwać się ze szponów systemu i przekroczyć granicę. Łatwiej powiedzieć niż zrobić – w dusznym Recife, gdzie reżyser nakręcił wszystkie swoje filmy, bezprawie jest jednocześnie religią i dziedziczonym brzemieniem.
Nowa Fala w Cannes
Wiem, że to szokująca prawda, ale – lepiej usiądźcie – krytycy filmowi nie kręcą zazwyczaj dobrych filmów. Ktoś zawoła: „Co z Nową Falą?”, a ja odpowiem: „Trzeba jeszcze cenić Nową Falę”. Filho też był krytykiem, lecz w swojej reżyserskiej pracy zamienił to w atut. Jak nikt rozumie sedno gatunkowego rytuału i niemal każdą konwencję potrafi przenicować tak, że ręce same składają się do oklasków. „Tajny agent” to kino szpiegowskie bez intrygi, dramat społeczny bez nadziei, wreszcie – thriller z napięciem ledwie pulsującym pod grubą membraną psychodramy. Mówiąc krótko – wielka sprawa.
À propos nowofalowców. Pomnik w czerni i bieli postawił im w tym roku mistrz amerykańskiego kina niezależnego, Richard Linklater (twórca „Boyhood” czy trylogii „Przed wschodem słońca”). I niech mnie Belmondo postrzeli z biodra, jeśli nie powstał on na zamówienie władz festiwalu.
„Nouvelle Vague” rozpoczyna się w Cannes, gdzie przy kawce i papierosku odpoczywają sobie legendy francuskiego kina – François Truffaut, Agnès Varda, Éric Rohmer, Claude Chabrol, Jacques Rivette. Młodziutki Jean-Luc Godard przygląda im się z zazdrością. W jego głowie powoli kiełkuje „Do utraty tchu”, ale najpierw trzeba pogadać o pryncypiach sztuki oraz etosie artysty. No i jest gadane. A potem – kręcone.
Jak na ironię jednak, wycyzelowany formalnie, konserwatywny narracyjnie i generalnie grzeczniutki hołd Linklatera raczej nie spodobałby się Godardowi. „Montujmy obrazy tak jak śnimy: bez chronologii, bez logiki, ale z uczuciem” – mawiał francuski reżyser. Amerykanin zaś wyznaje miłość na jawie.
Najdziwniejszy film festiwalu w Cannes
Nagrodzona przed czterema laty Złotą Palmą za „Titane” Francuzka Julia Ducournau wróciła na Lazurowe Wybrzeże z najdziwniejszym filmem festiwalu. „Alpha” to podobno metafora epidemii AIDS, rozegrana w alternatywnej rzeczywistości przełomu wieków. Z pistoletem przy skroni nie odpowiedziałbym na pytanie, dlaczego właśnie AIDS, a nie, dajmy na to, COVID.
Jeśli jednak idzie o wykwity dzikiej wyobraźni oraz narracje o ekstremalnych formach egoizmu, „Alpha” to kawał kina. Podczas gdy ofiary tajemniczego wirusa zamieniają się w marmurowe posągi, widz zanurza się w subtelną opowieść o tym, że można kochać za bardzo – zwłaszcza jeśli jest to miłość własna.
Podoba mi się ta strategia artystyczna. Ewidentnie zmusza Ducournau do poszukiwań nowych tematów, gatunków oraz kulturowych dyskursów. Jeśli natomiast istnieje w przyrodzie jej egzystencjalne przeciwieństwo, to musi być nim Wes Anderson.
Amerykanin pokazał w Cannes „Fenicki układ” i rozpoczął tym samym kolejną rundę krytyczno-filmowego bingo. W recenzjach zaroiło się od „symetrycznych dioram”, „wizualnych uczt”, „pastelowych barw” oraz „zakręconych postaci”. Pod wszystkimi tymi „andersonizmami”, co zaskakujące, ukrył się jednak człowiek z krwi i kości. To grany przez Benicio Del Toro król wszystkich przemysłowych magnatów, facet, który oddałby całe bogactwo świata za miłość córki. Banał? Być może, ale płynący z przewrotnej historii o transakcyjności międzyludzkich relacji.
Mężczyźni i kobiety
Wreszcie – dwa filmy o kobietach w stanie permanentnego zagrożenia. Amerykański i niemiecki. Jeden intelektualnie „przestrzelony” i pominięty przy nagrodach. Drugi ocierający się o arcydzieło i uhonorowany Wielką Nagrodą Jury.
Oglądanie „Die, My Love” Lynne Ramsay oraz „Sound of Falling” Maschy Schilinski jednego dnia byłoby ciekawym doświadczeniem. Zaczęlibyśmy bowiem od histerycznej, rozedrganej formalnie opowieści o erozji związku i matczynej rebelii, a skończyli w gigantycznym archiwum męskiej opresji, wśród dokumentów sięgających XIX wieku.
Film Schilinski rozpada się na cztery niezależne historie połączone miejscem akcji – wiejskim gospodarstwem na północy Niemiec. Rozgrywają się one kolejno u progu XX stulecia, w przededniu II wojny światowej, w latach 80. ubiegłego wieku oraz współcześnie, będąc kroniką życia czterech umęczonych kobiet.
Cielesność, seksualność, męskie spojrzenia, społeczne gorsety związane z rodziną, pracą, konwenansami. „Sound of Falling” jest opowieścią o wszystkich tych rzeczach, ale też o czymś znacznie ważniejszym. Wybitna montażystka Evelyn Rack zamienia ruchomą pożółkłą fotografię w wielki międzypokoleniowy dialog. Poprzez ciągłość doświadczeń docieramy do ulotnej prawdy o jednostce w trybach nienaruszalnego, odwiecznego układu społecznego.
Światło i ciemności
„Dewizą Cannes jest wiara, że gdy artysta przemówi własnym głosem, widz za nim pójdzie” – pisze w „Religii kina” Sobolewski. Oglądając filmy tegorocznego konkursu, miałem wrażenie, że czasem trudno jest wykonać pierwszy krok. Piękno canneńskiego festiwalu polega jednak na tym, że wśród zapętlonych ścieżek, którymi chadzają wyliniali mistrzowie, można czasem trafić na wąziutki, niewidoczny gołym okiem szlak. W tym roku przewodnikami po nim byli Filho, Schilinski i – zawierzę tu kolegom i koleżankom po fachu – Trier.
Ostatniego dnia festiwalu na południu Francji zgasły światła. Awaria prądu zatrzymała życie w Alpach Nadmorskich. Choć sparaliżowała Cannes, nie zatrzymała ceremonii zamknięcia imprezy. Można z tego ulepić kilka metafor, na przykład o kinie, które bywa świtem po najciemniejszej nocy.
Ja wolę jednak wersję apokaliptyczną. Jeśli Cannes chce przetrwać kolejne 78 lat przy zapalonych światłach, musi się zmieniać. Odmłodnieć, spoważnieć i przede wszystkim – zmierzyć się z prawdziwym światem.
Najbardziej niedocenione filmy tegorocznego Cannes

„Alpha”, reż. Julia Ducornuau
Dystopijna opowieść o epidemii i rozpadającej się za jej sprawą rodzinie nie jest najlepszym filmem w dorobku Ducournau – ma ona bowiem na koncie świetny horror „Mięso” oraz nagrodzone Złotą Palmą „Titane”. Może być jednak filmem najlepiej zagranym. Wychudzony, znany z „Proroka” Tahar Rahim daje występ godny wszelkich nagród.

„Fenicki układ”, reż. Wes Anderson
Fakt, że Wes Anderson zżera własny ogon, nie jest zaskakujący. Za sporą niespodziankę należy jednak uznać „Fenicki układ”, czyli próbę wyrwania się z zaklętego kręgu. Nagroda za scenariusz bądź specjalne wyróżnienie jury byłyby na miejscu. Kto wie, kiedy następnym razem zobaczymy reżysera w tak dobrej formie?

„Sirat”, reż. Oliver Laxe
Rave jako metafora egzystencjalnej matni? W kinie Olivera Laxe’a wszystko jest możliwe. Jeden z najbardziej energetyzujących filmów imprezy uhonorowano Wielką Nagrodą Jury ex aequo z fantastycznym „Sound of Falling”. Szkoda. W obydwu przypadkach jest to nagroda pocieszenia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















