Nie wiem, czy istnieje coś takiego, jak teatralny kanon wystawiania utworów Olgi Tokarczuk, ale „Prowadź swój pług przez kości umarłych” wyreżyserowane przez Ewę Platt w warszawskim Teatrze Narodowym trzyma się manifestacyjnie jak najdalej jakiegokolwiek kanonu. To opowieść osobna, odżegnująca się od modnych haseł, a skierowana ku bohaterce, którą świat wyrzucił poza nawias, wspaniale granej przez Dominikę Kluźniak.
Dlaczego teatr wraca do Tokarczuk
Nie prowadziłem dokładnych statystyk, ale sprawa wydaje się oczywista. Ze średniometrażowych, że tak powiem, dzieł polskiej noblistki („Księgi Jakubowe”, też atrakcyjne dla teatru, to jednak całkiem inna sprawa) największą popularnością cieszą się „Prawiek i inne czasy” oraz „Prowadź swój pług przez kości umarłych”.
„Prawiek…” uwodzi ludzi sceny szkatułkową budową, urodą opowieści w opowieściach, mnogością sugestywnych miniaturowych pejzaży. „Prowadź swój pług…” z kolei to podszyta powagą dzisiejszej rzeczywistości gra Tokarczuk z konwencją kryminału, rzecz z wyrazistą bohaterką, walczącą o to, by ocalić ekologiczny wymiar świata.
Atrakcyjny to materiał na widowisko, zatem nie dziwi zainteresowanie twórców filmowych i teatralnych. Robiła „Pług…” jako „Pokot” Agnieszka Holland, w roli Janiny Duszejko obsadziła rzadko oglądaną na wielkim ekranie Agnieszkę Mandat, pokonując przy realizacji wiele kłopotów. Wybitna reżyserka walczyła o „Pokot”, a jednak nie doczekał się on entuzjastycznego przyjęcia.
Duszejko po „Pokocie”
Można to było zrozumieć, bo w filmie znać było pęknięcia i uproszczenia, pewnie ciążyła mu przełamywana obrazami jak z okrutnej baśni konwencja ekologicznego thrillera. A jednak nie do zlekceważenia było utożsamienie reżyserki z Janiną Duszejko, podchwytywane potem nawet na wiecach Strajku Kobiet. „To jest czas Duszejko i takich jak ona” – wzywała niedługo po premierze „Pokotu” Sylwia Chutnik.
Grana przez Kluźniak Janina Duszejko zapewne nie szłaby w pierwszym szeregu gotowej na wszystko manify. Gdy zajmujemy miejsca na wybudowanej na scenie widowni, ona już jest w przestrzeni gry. Ubrana w zielonkawe spodnie i pasiasty t-shirt kręci się kilka kroków w jedną, kilka w drugą stronę, powtarza pod nosem niezrozumiałe słowa.
Od pierwszych chwil zdaje się postacią na wskroś osobną, skrajnie introwertyczną, która patrzy nie w dal, ale w głąb siebie. A przy tym Kluźniak, obecna niemal w każdej sekwencji widowiska, tak delikatna, tak krucha, ma wielką siłę skupiania na sobie całej uwagi publiczności. Jej Duszejko, ulotna, drobna, odwrócona plecami do świata, ma w sobie dziwną moc. Można przypisywać to wspaniałej aktorce, która bez reszty stapia się ze swoją bohaterką. Można też jednak nieoczekiwanemu ujęciu ikony świata Olgi Tokarczuk, jakie niesie spektakl Platt.
Świat Tokarczuk przygwożdżony do ziemi
Nie bez przyczyny młoda reżyserka umieszcza publiczność na scenie, każąc jej patrzeć na pole błota, gdzie rozgrywają się wszystkie wydarzenia. Przedstawieniu brak więc typowej dla Sali Bogusławskiego skali, choć architektura widowni największej sceny Teatru Narodowego ma tu do odegrania swoją rolę.
W tle między rzędami widać bowiem billboard, jakich wiele przy polskich drogach, poza tym wielka przestrzeń daje wrażenie odległego horyzontu. Może on stać się niedościgłym punktem odniesienia, bo rzeczywistość spektaklu Platt boleśnie przygwożdżona jest do ziemi, konkretniej zaś do błota, torfu, po którym ofiarnie stąpają, a czasem w niego upadają aktorzy.
Z tą ziemią, z owym błotem to był znakomity pomysł autorki scenografii Anny Rogóż, bowiem zrezygnowała ona z próby szczegółowego odwzorowywania Kotliny Kłodzkiej, gdzie toczy się akcja powieści Tokarczuk. Postawiła na dwa wyraziste znaki. Drugim jest górująca nad sceną i prowizoryczną trybuną dla oglądających ambona. Z niej rozlegają się strzały, wokół niej biegają spragnieni łupów myśliwi.
Na nią wreszcie wdrapie się grany przez Jacka Mikołajczaka ksiądz, by aksamitnym mocnym głosem wygłosić pełne pochwał dla krwawych rzezi zwierząt demagogiczne kazanie. Ambona jako siedlisko łowczych zabójców, jak miejsce naznaczone przez Boga, staje się w inscenizacji Platt symbolem skażenia złem. Źle wykorzystujemy religię, gramy wizerunkiem Boga, zdaje się mówić za autorką powieściowego oryginału uzdolniona reżyserka.
Gdy kryminał przestaje być kluczem
Książkę Tokarczuk można uznać za quasi-kryminał, co w oczach wielu dodawało jej czytelniczej atrakcyjności. Idę o zakład, że zdecydowana większość odwiedzających Teatr Narodowy jest po lekturze, więc nie przychodzi na przedstawienie, aby dowiedzieć się, kto wymierza sprawiedliwość okrutnym myśliwym. Gdyby tak było, musieliby poczuć się mocno rozczarowani, bowiem w „Prowadź swój pług…” w wersji Ewy Platt na poły detektywistyczna szarada i postawione wyżej pytanie tracą znaczenie.
Reżyserka, wraz z odpowiedzialnym za adaptację Miłoszem Markiewiczem ledwie zarysowują tę warstwę zdarzeń, funkcjonariusze tylko przemykają przez scenę, o śledztwie w poważniejszym wymiarze nie ma nawet mowy.
Jeśli ktoś zastanawia się teraz, czy wiele przez to nie tracimy, czy przedstawieniu nie brakuje potoczystej akcji, zapewniam, że nie ona jest kluczem. Wszystko opiera się na głównej bohaterce, ona jest nieokiełznanym bytem, urastającym do rangi osobnego świata. Kocha swe psy, a że to suki, więc nazywa je Dziewczynkami, staje w obronie zwierząt, bo ma to we krwi, ale nie nadaje się na głosicielkę ekologicznych efektownych haseł.
Odkrywczość interpretacji wybitnej aktorki – wracam do tego raz po raz, bo właśnie w ujęciu protagonistki tkwi unikalność propozycji z Narodowego – polega na tym, że ta Duszejko jest w stanie permanentnej ucieczki przed światem. Niesie brzemię wpisanej w potyczkę z bezdusznym światem (ona duszę ma wielką) porażki i chce pozostać w wierności sobie i owej przegranej właśnie.
W tym tkwi sedno wielkiej kreacji Kluźniak i jej ujęcia bohaterki opowieści Tokarczuk. W drobnej, rozpadającej się pod naporem krzyku i wystrzałów sylwetce Duszejko z Narodowego kryją się wszyscy piękni przegrani, outsiderzy naszych czasów.
Przy takim rozłożeniu akcentów inni są w świecie „Prowadź swój pług…” mniej istotni. W Teatrze Narodowym dopracowano jednak najmniejsze epizody, po raz kolejny mamy do czynienia ze zgranym, rozumiejącym zasadę spektaklu zespołem.
Świetny jest Oskar Hamerski jako prostolinijny Matoga, ujmujący w roli domorosłego jurodiwego Dyzia Adam Szczyszczaj, wzruszająca, figlarna, a jednocześnie gorzka Dobra Nowina Justyny Kowalskiej. Cieszą powroty rzadko oglądanych Mirosława Konarowskiego, Piotra Grabowskiego, wspominanego już Jacka Mikołajczaka. Innych zapamiętałem mniej, ale to kwestia skromności zadań, jakie tym razem im przypadły.
Dwie Duszejko, dwa czytania Tokarczuk
To nie jedyna adaptacja tej powieści zrealizowana w ostatnich miesiącach na polskich scenach. W łódzkim Teatrze Jaracza kompletnie inną od warszawskiej wersję przedstawiła Lena Frankiewicz. Spektakl chodzi kompletami, cieszy się dobrą renomą, właśnie wszedł do finału Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Wyróżnienie to zasłużone, przedstawienie zasługuje na szacunek, wiernie podążając za fabułą powieści Tokarczuk. Są w nim fragmenty bardzo sugestywne i fantastyczna główna rola Mileny Lisieckiej. Duszejko znakomitej aktorki z Łodzi to jednak antyteza bohaterki z Narodowego. Twarda i nieugięta jak szeryfka wadzi się ze złem. Wpisuje się w poczet kobiet większych niż życie, co sprawia, że szalenie łatwo podążać za nią i trzymać za nią kciuki.
O jedno mam tylko do Frankiewicz pretensje. Dostrzegła ona u Tokarczuk potencjał na grand theatre w swojej skali i postanowiła zrealizować widowisko z oddechem. Nic w tym oczywiście złego, tyle że wraz ze swoją ekipą postanowiła poddać świat powieści zabiegowi silnej estetyzacji, chcąc, by za wszelką cenę był atrakcyjny, nawet piękny, by się podobał.
Mogę zrozumieć intencje twórczyni, jednak idzie to na przekór rzeczywistości opisywanej przez autorkę i wypacza obrazy bohaterów. I właśnie ten zabieg, mimo zachwytu urodą poszczególnych sekwencji, sprawił, że wyszedłem z Teatru Jaracza nieporuszony. Wybieram chłód, mrok i błoto małej Janiny Duszejko z Teatru Narodowego.
Autor jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















