Tramwaj 16, jazda ze Stawek. Siadam z plecakiem przy oknie, na sąsiednim stawiam torbę. Zgęszcza się przy Nowolipkach, komasuję się na jednym siedzeniu.
Plecaczek
Wchodzi gość kiele sześćdziesiątki z małym plecaczkiem. Plecaczek sadza obok mnie, sam dosiada się do kobiety we wnęce sąsiedniej. Ludzi coraz więcej, popatrują niechętnie na plecaczek, ale właściciel nie reaguje. Łapię spojrzenia winiące mnie za tę grandę. Pewno moje.
Wchodzi człowiek o kulach. Drgnęłam, drgnął i właściciel plecaczka. Wychyla się ku wspartemu na kulach: „Może pan usiąść na moim drugim siedzeniu”. „E?”. „Mój plecak tu siedzi, ale mogę puścić”. „Wysiadam zaraz”. Kobieta z siatką, podenerwowana: „Ja skorzystam”. Plecaczkowy sceptycznie, na spowolnieniu: „Nie. Pani nie”.
Proponujemy Pani napisanie
A i list mailowy się czasem dostanie z ofertą zastanawiającą: „Szanowna Pani, ów mail znaleźliśmy w sieci. Zakładamy że, należy on do osoby odbierającej posążek Nike. Chcemy oferować. Zaproszeni faktem że, posiada Pani język proponujemy współpracę reklamową przy naszych planach.
Jesteśmy na etapie transformacji z zakładu pogrzebowego na zakład spokojnej starości. Z racji mniejszej konkurencji w regionie oraz nabytej nieruchomości. Nasza propozycja nie opiewa na duże pieniądze, lecz posiadamy atrakcje. Prosimy by napisała Pani kilka haseł zachęty do korzystania z naszych usług.
Bardzo chętnie kupimy życiowy aforyzm zawierający naszą nazwę z Pani podpisem i symbolem posążka Nike. Chcielibyśmy użyć Pani profesjonalizm do większej sprzedaży i mamy nadzieję że, uruchomi Pani talent.
Proponujemy Pani napisanie na próbkę dziesięć haseł do wykorzystania w obu zakładach (pierwszy zamkniemy za dwa miesiące). Planujemy również ogłoszenie klepsydry specjalnej z zamówionym od Pani spersonalizowanym aforyzmem lub modlitwą i symbolem Nike w rogu. Poza podzieleniem się dorobkiem proponujemy Pani tygodniowy pobyt w pięknym krajobrazie, na piętrze naszej nowej nieruchomości. Na parter planujemy już rekrutować seniorów, ale dostanie Pani osobny dostęp.
Uprzedzamy że, jeśli wybierze Pani kwiecień, to na części piętra będą jeszcze tablice pogrzebowe i pozostałości starego zakładu, ale jeden pokój z łazienką powinien być zupełnie sprzątnięty. Mamy nadzieję na szybką odpowiedź. Chwilowo trzymamy dla Pani tą kreatywną ofertę. Jeśli nie jest Pani ta Kącka, prosimy, by nie odpisywała Pani na tą wiadomość”.
Groźne i piękne
Autobus 116, jazda na Żoliborz. Dwie w moim wieku z grubsza: „Wiesz, że Asia ma już diagnozę?”. „Wiem”. „Odważna jest. Ja bym nie chciała wiedzieć”. „Eeetam, jakbyś to miała, to byś chciała”. „To? No dobrze. Spektrum jest spektrum. Nie wiem, dlaczego nie nazywać po imieniu”. „Oj, czepiasz się. Bardzo ją podziwiam”. „W czym?”. „Daj dokończyć: ona nie potrzebowała diagnozy, by mieć odwagę. Odwagę mówienia, jak jest”.
„Mnie przeraża ta szczerość”. „A mnie uzdrawia. Ej, to nie jest szczerość na zasadzie: «Powiem ci, co o tobie myślę, a ty to musisz przyjąć»”. „To jaka?”. „Ech, nie wiem, jak ci to powiedzieć: nietoksyczna. Nie tyranizuje. Po prostu: nie umie kłamać, co widzi wewnętrznie”.
„To szczerością można manipulować?”. „Jasne, jak wszystkim. Ale oni nie potrafią”. „Oni?”. „Ludzie w spektrum podobni do Asi. I mojego. Oni po prostu nie potrafią kłamać”. „Nie lubię wytykania ludziom kłamstw”. „Nie o to chodzi. Nie potrafią nakładać masek”. „No, to są bezbronni…”. „Tak, to jest właśnie, wiesz, groźne i piękne”.
Co by się nadawało do pszoka
Nazbierało się szmat, rupieci, butów z tylnych zasieków szafki, co nigdy się nie naprawią, więc czas do pszoka. Wyprawa księżycowa. Pewnie nikt tam nie jeździ, chyba że z ciężkim gruzem, zdechłą lodówką, elektronicznym truchłem wszelkiej maści. Z detalami nikt się nie wyprawia, ale jadę.
Mróz, ciągnę torbę bez kółka, w niej same defekty. Tramwaj, autobus, krajobraz coraz dzikszy. Pustki, jakby ktoś raptem zaczesał bloki w grunt. Tylko ja wyskakuję na przystanku „Betoniarnia”. Z trójkołówką na plecach brodzę w śniegu. Smaga i świszcze.
Dochodzę do szlabanu, wbiegam na plac. Rozglądam się. Gość w polarze i rękawicach: „Czego pani szuka?”. „Pszoka”. „Jest pani w pszoku”. Aaa, rozglądam się. Kilka wózków, żadnych hałd, złogów, bambetli. „Wypakować?”. „Daj pani”.
Szybko roztasował, co przyniosłam: „Wie pani co, mam swoje satysfakcje”. „Że ludzie dowożą?”. „Nie, nie to. Myślałem, że będę stróżem śmietnika, babrać się”. „Oskar z Ulicy Sezamkowej”. Śmiejemy się. „Teraz patrzę inaczej”. „Pszok pojemny taki…”.
„Ja już stąd nie wychodzę. Jadę autobusem i myślę, co by się nadawało do pszoka. Zabrałbym babce siatkę, facetowi buty”. „Haha”. „Wszędzie widzę usterki”. „Hehe, mieszkamy w pszoku”. „Tak! – rozochocił się – tak, pszok się rozciąga…”. „Na kraj”. „Na kraj”.
Jak gram, to mnie nie ma
Tramwaj 11, tuż za mną rozmowa: „Pojechałbyś na ten obóz”. „Nieee”. „Nie potrącę ci z kieszonkowego”. „Nie lubię”. „Nie masz okazji do integracji”. „Co was z tą integracją…”.
Pauza. „Mamy z tatą plany, potrzebne nam mieszkanie”. „Drugie?”. „Nie no, nasze, chcemy zaprosić zaprzyjaźnioną parę”. „Na obóz integracyjny?”. „Złośliwiec!”. „Ok, będę grał. Nie będę wychodził”. „Ale rozumiesz, to krępujące. Ktoś jest za ścianą…”. „Jak gram, to mnie nie ma”. „Niby”.
„Nie niby. Nie słyszę was”. „Dobrze wiedzieć…”. „Jestem martwy, robicie swoje. Stoi?”. „Przerażasz mnie…”. „To nieistotne”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














