Sceptycyzm wszedł w kolejną fazę: uznawania za rzeczywiste tego, co komuś pasuje

Coraz więcej osób opowiada sobie o kryptydach, czyli tajemniczych istotach takich jak Wielka Stopa, syreny czy potwory z innych wymiarów, zakładając, że są one prawdziwe, bo właściwie czemu nie.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Nachalna obecność obrazów wygenerowanych przez modele sztucznej inteligencji miała na dobre zniszczyć w ludziach umiejętność odróżniania prawdziwego od fałszywego. Skutkiem tego sabotażu poznawczego miała stać się całkowita bezradność wobec niemal bezkosztowo tworzonych fałszywek z udziałem realnych ludzi, ofensywa oszustw i deep fake’ów, możliwość urabiania sobie cudzej świadomości jak plasteliny.

I tak zapewne bywa, niestety prawdopodobnie najczęściej w dwóch kategoriach: wyłudzeń i oszustw finansowych oraz graniczącego z sekciarskim uwielbieniem fanatyzmu politycznego. Ale tempo postępu wydarzeń (w Dolinie Krzemowej ulubioną strategię nazywa się wszak „poruszaj się szybko i niszcz rzeczy po drodze”) przesłoniło możliwe scenariusze alternatywne. Czyli np. to, że zamiast wierzyć we wszystko, ludzie po prostu przestaną wierzyć w cokolwiek i zaczną z góry zakładać, że to, co widzą, zostało wygenerowane.

Coś odrobinę bardziej niezwykłego

Zaczęło się od czujności wobec długich myślników (—), charakterystycznych dla czatbotów. Czasami używają ich także istoty ludzkie, ale supersceptycyzm jest ekonomiczną odpowiedzią na technologiczny pośpiech, więc rządzi się zasadą „zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. 

Charakterystyczne frazy, podkradzione z bezbarwnej mowy marketingowo-coachingowej („to nie produkt, to przeżycie!”), były następne w kolejce pod lupę podejrzeń. Zresztą bardzo słusznie. Później za wygenerowane ludzie zaczęli czasem uważać sceny ze zwykłych filmów lub np. zdjęcia krajobrazów przedstawiające coś odrobinę bardziej niezwykłego.

Ale teraz podobno taka fala sceptycyzmu dotknęła kręgi obserwatorów UFO. Po prostu nieważne, jaki dowód zobaczą, z góry uznają, że to obraz wygenerowany.

Wielka Stopa, syreny i potwory z innych wymiarów

Czy to oznacza, że teraz za dowód uznawane będzie jedynie to, co widziało się na własne oczy? Niekoniecznie. Jak bowiem donosi chyba najlepiej poinformowana dziś obserwatorka internetowych tendencji Katherine Dee, coraz więcej osób zupełnie spokojnie opowiada sobie o kryptydach, czyli tajemniczych istotach takich jak Wielka Stopa, syreny czy potwory z innych wymiarów, zakładając, że są one prawdziwe, bo właściwie czemu nie (podejrzewam, że celową chińską operacją marketingową jest umieszczenie w tym gronie smoków).

Czyli skoro i tak zapanował poznawczy bałagan i nie wiadomo, co jest realne, to właściwie co stoi na przeszkodzie, żeby uznać, że równie dobrze wszystko jest możliwe, i wciągnąć w orbitę prawdopodobieństwa zjawiska wcześniej zaliczane do sfery baśniowej.

„Przyznałbym chętnie pani rację, ale nie mogę, bo jestem na wojnie kulturowej”

Tak sceptycyzm wyewoluował niepostrzeżenie w kolejną fazę – wiary w to, w co ktoś sam woli wierzyć, i uznawania za rzeczywiste tego, co komuś pasuje.

Wczesną jaskółką tej postawy była dla mnie przed laty rozmowa z wykształconym i oczytanym człowiekiem, który postanowił zinterpretować pewne zdjęcie w możliwie najgorszej wierze, zarzucając komuś coś, czego ów nie zrobił. Na pytanie, czy nie wstyd mu wciskać kitu sobie i innym, odparł: „przyznałbym chętnie pani rację, ale nie mogę, bo jestem na wojnie kulturowej”.

Teraz zapewne ma wielu sojuszników w takich praktykach. Ale też nie jestem oburzona ani mnie to nie dziwi, po prostu zwracam uwagę na to, że w dowolną wersję wydarzeń może uwierzyć każdy, niezależnie od wieku, pochodzenia czy zawodu, i nic przed tym nie chroni.

Przed czym tu bowiem chronić, gdy ktoś sam dobrowolnie na taką drogę wchodzi. Jestem przekonana, że wielu ludzi wierzących w teorie spiskowe czy rozmaite alternatywne logiki rzeczywistości to nie są nieporadne, zagubione misie, które w ten sposób zagłuszają swój lęk. Traktujmy się jednak nieco poważniej, nie wszyscy na świecie żyją w nieustannym strachu i nie sądzę, żeby ta jedyna emocja była pramatką wszystkich nie do końca wyjaśnionych ludzkich działań.

Mam podejrzenie, że motywacją wcale nie tak rzadko bywa coś zupełnie innego, to znaczy po prostu wybór takiej wersji wydarzeń, która wydaje się ciekawsza, bardziej ekscytująca, bardziej wciągająca z punktu widzenia opowieści (tak jak dobry kryminał o śledztwie ekscytuje odbiorcę bardziej niż samo żmudne i często pozbawione fajerwerków śledztwo).

Ale to oznacza, że chcąc pojąć, co inni mogą mieć w głowach, należy samemu otworzyć się również na logikę baśni.

Nikt nie powiedział, że olbrzymy istnieją, ale też nie powiedział, że nie istnieją // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 07/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Uwierz w baśnie