Tramwaj 16, jazda ku Śródmieściu. Matka z synem późnonastoletnim w przejściu między siedzeniami: „Środa Popielcowa, a ty batonika jesz?”. „Nie jem”. „Jesz”. „Dobra, pójdę do kościoła”. „A chciałeś nie iść?! Pójdziesz wyspowiadać batonika”. „Mamaaa”. „I nie podoba mi się, jak mówisz z kolegami”. „Grzeczny jestem”. „Wstydzisz się”. „Co?!”. „Wstydzisz się, schowałeś swoje akty”. „Akty?!”. „Akt bierzmowania, pamiątkę chrztu. Pochowałeś”. „Mamaaa”. „Dobra, przynajmniej nic już więcej dziś nie jedz”. „Głodny jestem”. „Tyjesz, a w poście trzeba chudnąć”. „Tyję, bo się uczę”. „A Jezus chudł”. „Jak nie będę jadł, to się nie nauczę do matury”. „Nie ty decydujesz, czy zdasz”. „A kto...”. „Ty się módl, tyle ci powiem”.
Staw u podnóża skarpy warszawskiej, przy Dolnej, zmierzcha. Okrążam, wypatruję, czy ktoś jeszcze wierci się w trzcinach. Przysiadam. Tuż przy brzegu stoi gość kiele sześćdziesiątki. „Niebo jest popielate, nie?”. Przytakuję. „Popielec dziś, sobie uświadomiłem. Nie lubiłem, jak byłem mały. Smutek, lepkość tego popiołu”. „Uhm”. Śmieje się: „Raz mama przyniosła w książeczce, bo grypę miałem. Wtarłem w miśka”. „Haha”. „A teraz mi to święto pasuje do świata. Gorzki smak popiołu. Zna pani?”. „Znam”. „Przepraszam, coś mnie wzięło, ale taki smak mam w ustach, gdy na to wszystko patrzę, czytam, rozumie pani?”. „Rozumiem. A na niebie popiół bez obrządku”.
Autobus 118, wieczór, wracam z późnej odsiadki w Bibliotece Uniwersyteckiej. Obok mnie dwóch nieco młodszych. Pierwszy: „Ja bym kebaba jeszcze zaliczył”. „Gdzie, tu?! Tylko na Jana Pawła...”. „Ok, ale jak nie jem, to muszę pić albo gadać”. „To gadaj”. „Jak już było mówione, prawda jest najtrudniejsza do powiedzenia sobie wprost tej prawdy”. „Mówisz”. „Dokonałem się wielu zdrad”. „Powiedziałeś”. „Ja na Monice dokonałem zdrady”. „Mówisz?”. „Chce mi się kebaba, szlag”. „Masz czipsy moje”. „Eeee. Łatwiej by mnie było z kebabem. Monia mi i tak przebaczy”. „Fajnie masz”. „Nie, bo muszę ciągle jeść”. „A jak ty się zaopatrujesz na nią?”. „Za dobra jest”. „To co ją zdradzasz?”. „Bo jest za dobra”. „Bosz”. „A potem terapia kebabem, rozumiesz?”.
Wiata autobusowa na rogu Czerniakowskiej i Chełmskiej. Przy mnie dziadek z wnuczkiem. Dziadek o lasce, wnuczek z plecakiem większym od wnuczka, na pełnym nakręcie: „Dziadek, a czy można umrzeć na uczucie?”. „No, niektórzy umierają z miłości”. „Nie, na uczucie”. „Ech, poczekaj. Na przykład: na smutek? Można. A dlaczego pytasz?”. „Bo Kornel mówił, że jego babcia zmarła na złość”. „Taaak? No patrz”. „A na co ty umrzesz?”. „O słuchaj, nie wiem”. „Bo babcia mówi, że ty jesteś za bardzo zadowolony”. „Hehe”. „Można na to umrzeć?”. „Oj, nie wiem, chyba nie”. „Dziadek, to może ty nie umrzesz?”. „Umrę, ale możemy się tak umówić, że ze szczęścia”. „Też na uczucie?”. „Tak, na uczucie szczęścia, że miałem takiego wnuczka, no”.
Tramwaj mokotowski, obok para starszych. Ona: „Te Trumpy, te nasze absurdy. Stefciu, to chyba PRL ludzi tak urobił, że nic nie rozumieją”. „Nie wiem, wiesz, oni nigdy nie byli dorośli”. „Ale już starzy są!”. „Co z tego”.
Autobus 116, dwie w moim wieku: „No ale przynajmniej masz męża”. „Mam, i co?”. „Rodzinę masz. Ja tego nie zbudowałam, Aśka”. „Wojtek cię kocha”. „Kocha, ale rodziny nie chce”. „A ty chcesz?”. „Chcę. Dwójkę dzieci”. „Odważnie”. „A wy nie chcecie dzieci?”. „Nie wiem. Nie chcę się bać”. „Czego? Wojny?”. „Nie, nie tylko. Walki”. „?”. „No co? Ludzie się nie zwalczają?”. „Ale dylemat uciułałaś! Zawsze tak było”. „Nie”. „Skąd wiesz?”. „Mieliśmy więcej zaufania”. „Eee, nie zauważyłam”. „No to ja się zmieniłam. Tym bardziej…”. „Tym bardziej co?”. „…nie powinnam być matką”. „Ech, Aśka, gdyby każdy tak…”.
Wieczór późny, przystanek autobusowy przy Bartyckiej w Warszawie. Po jednej stronie kładki dogasające magazyny z armaturą, płytkami łazienkowymi, z rzadka migającym neonem promocji. Aż trudno uwierzyć, że w tych ospałych barakach krążą w dzień ludzie i rzeczy. I że spękany beton na niskokalorycznej kroplówce elektryczności przetrwa do jutra. Wiata autobusowa, siadam na ławce. Pod ławką instalacja z małpek, upapranych keczupem folii i okrwawionych chusteczek. Poligon. Siada przy mnie dziewczyna w wieku licealnym. „Objazd, może pani nie doczekać”. „Objazd?”. „W dzień nie jeździli. Nie wiem zresztą. Może jeździli. Wyszłam i tak siedziałam”. „Stąd?” – wskazuję ramieniem liceum nazaretanek. „Yhy. Teraz u koleżanek byłam”. „W internacie? Późno”. „W sumie nie wolno, ale ja tu tylko nocą wytrzymuję”. Milczymy. Ona: „Jak po lekcjach jadę do domu, to patrzę na ludzi w autobusie i myślę, że są wolni. Głupio”. „Znamy ten stan”. Ożywiła się: „Ostatnio jechałam 141 i starszy pan powiedział, żebym się cieszyła, bo jestem młoda i mam zdrowe nogi. A ja mu, żeby to on się cieszył, bo jest wolnym człowiekiem. I się popłakałam”. „Ech”. „Haha, pomyślał, że jestem psychiczna”. „Niekoniecznie. A może by tak zmienić…?”. „Szkołę? Rodzice uważają, że to raj. Ale ja bym też nie umiała”. „Dlaczego?”. „Nie wiem, zobowiązanie, że się tu będzie. Skazanie”. „Ciekawe”. „Zwariowałam?”. „Nie. Ale niezły fatalizm”. „Niby normalnie tu wchodzę, a się zapadam. Potem wydobywam się i na autobus”. „Jak z jakiegoś leja”. „Tak! Mama mówi, że jak się lekcje zaczyna od modlitwy, to jest gwarancja, że będzie wesoło”. „Nie zasmucać mamy”. „Ale to na pewno ja jestem nienormalna, ja”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















