Grzech teraz wylatywać. Tu się Chrystus rodzi. A tam? Palmy i ateizm

„No daj spokój. U nas wigilijnie to się wszyscy spotykają”. „Ale wy się lubicie”. „Co też! To jest kryterium? Rodzina to rodzina”.
Czyta się kilka minut
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Szczecin, idę na krótki spacer ku placowi Zwycięstwa. Tuż przy pomniku Kornela Ujejskiego stado gołębi na poczerniałym drzewie. Gęsto obsiadły. Przypomina się w tych listopadowych grafitach Białoszewskiego „chińskie z polska”. Przysiadam, gapię się. „Boi się pani ptaków?” – zagaja gość z miotłą do liści. „Tak, trochę tak”. „Bo się tak pani patrzy, jakby miały na panią zlecieć. Mnie tam sprzątanie wyleczyło. Raz mi gołąb strącił czapkę, hehe, latają jak kury”.

Śmieję się. „No wiem, kura nie lata. Czy lata?”. „Podleci, ale ciężkie zawieszenie”. „Ototo”. „Zawsze mi się zdawało, że gołębie są wypchane siwym proszkiem. I że się z nich sypie, kiedy latają. I pachną strychem”. „Ciekawe. Ja się ich trochę brzydzę”. „Uhm. Ale to stado wygląda jak wzór na krętych gałęziach”. „Może... I tak kombinują, jak osrać pomnik”.

Kula śniegowa z nami wszystkimi w środku

Szczecin, ranek wczesny, z plecakiem na dworzec. Powietrze pachnie morsko jakoś, choć może to projekcja zatoki, portu. Mewy wrzeszczą tak czy owak. Zapas czasowy, kręcę się z plecakiem przy placu Batorego. „Zgubiło się?” – zagaja zbieracz puszek. Na plecach niebieski wór, wielki, pomieściłby człowieka, a łyka puszki. Podmoczony, bo niektóre przy zgniataniu puściły sok. „Dworzec tam”. „Wiem, jeszcze mam czas”. „O, to rzadkie”. Uśmiecham się: „Mieć czas? Owszem”. „Ja tam mam. No, ale widać, jak za to płacę”. Okręcił się z worem. „Hehe, są plusy. Nikt się po człowieku niczego nie spodziewa. Żyło się pod presją, żyje się po prostu”. „Uhm”. „Chociaż czasem tęsknię...”. „A czym się pan zajmował?”. „Nieważne”. Spojrzał w horyzont naddworcowy, niebieski: „Tak myślę, wie pani: poza jakimiś szczególnymi przypadkami to po nas nic. Kula śniegowa z nami wszystkimi w środku. Mogę zbierać puszki”. Pomachał, poszedł w przeciwną.

Pociąg ze Szczecina, czytam, ale czuję, że ktoś mi się przygląda. „Pani Eliza?”. „Tak”. Na siedzeniu po drugiej stronie korytarzyka starsza, uśmiechnięta. „To się pani teraz najeździ”. „Owszem”. „Mój też był ciągle w delegacji. No, ale on nie lubił w domu siedzieć. A pani, zdaje się, musi tak ganiać”. „Hm, niby nie muszę, ale biblioteki, różne miejsca, chcą...”. „Niech pani jeździ, kupi sobie pani papierową mapę kraju i odhacza. Powiesi pani kiedyś w kuchni”. „Haha”. „A była pani w Kraśniku?”. „Nie... A?”. „Tak pytam. Koleżankę tam mam. Czyli tam jeszcze pani nie było”. „Nie”. „To niech pani napisze list do miasta”. „Nieee”. „Ładne miasto. Niech pani napisze: Kraśniku, mogę przyjechać, tu mnie nie było, Kącka”. „I komu to słać?”. „Komu? Miastu!”.

Tu się Chrystus rodzi. A tam? Palmy i ateizm

Wchodzę do pokoju. Tato wybebeszył teczki z dokumentami, przegląda. „Czego szukasz?”. „A czego mam szukać?”. „Nie wiem, tak myślałam, że coś chcesz znaleźć”. „A co tu można znaleźć? To jest wszystko do przekładania tylko”. „No to sobie przekładaj”.

Wychodzę, wracam po jakimś czasie. Tato na kanapie, patrzy w okno. „Nic nie znalazłem”. „A, czyli jednak czegoś szukałeś?”. „Nie, ale po co mnie męczą”. „Kto?”. „Ludzie, papiery”. „Czego chcą?”. „Czy ja wiem? Żeby ich przekładać, przekładać”.

Autobus 157, w korku na Woli. Dwie starsze: „Córce powiedziała, że to grzech wylatywać”. „I słusznie”. „Tu się Chrystus rodzi. A tam? Palmy i ateizm”. „Ano”.

Tramwaj numer 16, jazda ku Piaskom. Chłopiec z grubsza czteroletni z mamą. Bawi się gumowym dinozaurem. Zarejestrował, że patrzę, wypalił: „Co dasz Dinusiowi?”. Matka: „Piotruś!”. Uspokajam: „A co lubi?”. „Dostać coś”. „A, no tak. To może mandarynkę?”. „A nie masz kanapki z mięskiem?”. „Piotruś!”. „Oj, nie, a wolałby, co?”. Piotruś nakręcił się: „Tak, bo on musi rosnąć! On będzie duży!”. „I co wtedy zrobicie?”. „Będę na nim jeździł, aż uciekniemy”. „Przestań pani głupoty opowiadać!”. Pauza. Zawiesił się, zaciął. „I tak po ciebie przyjdzie” – mruknął, ściskając zabawkę.

„Żonę kochasz”. „Nie wiem. Mam swoje obowiązki”

Pociąg do Falenicy. Dwóch kiele sześćdziesiątki: „Nie mam już kontaktu z rodzeństwem”. „Z Hanką też nie?”. „Też nie. Ale co się dziwić? Kto tam ma teraz czas na ludzi?”. „No to na co mieć?”. „A bo ja wiem. Na własne”. „No daj spokój. U nas wigilijnie to się wszyscy spotykają”. „Ale wy się lubicie”. „Co też! To jest kryterium? Rodzina to rodzina”. „Kryterium niby nie, ale trudno siadać z kimś, kto cię nie znosi”. „Przesadzasz. Po to jest Wigilia, żeby się pojednać”. „Próbowałem, ale już mi się nie chce”. „Bo?”. „Słuchaj, ja sobie ostatnio uświadomiłem, że rodzice się zawsze żarli. Nigdy się nie rozeszli, bo rodzina. Może to i dobrze, my też się trzymamy. Ale więzi nie było. Jak ojciec zmarł, matka powiedziała ciotce na pogrzebie: »Przeżyłam go«. Z takim chorym triumfem, wiesz, bez cienia smutku”. „Straszne”. „Licytacja na to, kto kogo przeżyje. Jedyna pociecha. Myśmy tym nasiąkali”. „Ale uważasz, że Hanka...?”. „Czeka na moją śmierć? Nie. Ale nie umiemy kochać”. „Żonę kochasz”. „Nie wiem. Mam swoje obowiązki”.

Tramwaj numer 19, wczesny ranek, jedziemy Nowowiejską. W oknach szpitala jasno. Za mną rozmowa: „Syn tu siedzi”. „Nie! A jednak”. „Nie wytrzymał. Nie umiałam pomóc”. „Ależ! Zawsze był niestabilny”. „Wiem. Sąsiadka mi powiedziała: »Przynajmniej będziesz miała spokojne Boże Narodzenie«”. „Ech”. „Spokojne, rozumiesz”. Cichy szloch.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kura nie lata