Reklama

Po zamachu w Kenii: terroryści wrócą i znów zaatakują

Po zamachu w Kenii: terroryści wrócą i znów zaatakują

03.04.2015
Czyta się kilka minut
Są dwie Kenie. Jedna turystyczna, z parkami narodowymi, górami i plażami. Druga jest pełna wojska, checkpointów i Somalijczyków.
Studenci po zamachu terrorystycznym na kampus uniwersytecki. Garissa w Kenii. Fot: Carl de Souza/AFP/EASTNEWS
Ś
Świadkowie czwartkowej masakry na kampusie uniwersyteckim w Garissie na wschodzie Kenii twierdzą, że terroryści strzelali do chrześcijan, a muzułmanom pozwolili uciec.
W ataku zginęło 147 osób, kilkadziesiąt zostało rannych. Według kenijskiej gazety "Daily Nation" liczba ofiar może być nawet dwukrotnie większa.
Do ataku przyznali się somalijscy islamiści z organizacji Shabab. Kenijskie media, powołujące się na świadków wydarzeń, pisały 2 kwietnia, że atak zaczął się w czwartek, tuż przed godz. 5.30, gdy studenci szli na poranną mszę. Przez cały dzień trwała tam wymiana ognia między terrorystami a oddziałami specjalnymi policji i armią.
"Rzecznik" terrorystów z Shabab powiedział, że napastnicy "podzielili ludzi i puścili wolno muzułmanów". Kenijskie władze wyznaczyły nagrodę w wysokości ok. 217 tys. dolarów za pomoc w schwytaniu Mohameda Kuno, byłego dyrektora szkoły islamistycznej w Garissie. Obecnie ma być on wysokim rangą członkiem Shabab, odpowiedzialnym za zorganizowanie ataku terrorystycznego na kampus uniwersytetu.
 

Sytuację w Kenii dla "Tygodnika Powszechnego" komentuje Witold Repetowicz:

"Władze Kenii nie radzą sobie z terrorystami"

Atak na uniwersytet w Garissie, w którym zginęło 147 studentów to chyba najbardziej krwawy zamach terrorystyczny w historii Kenii. Niestety nie dziwi mnie on. Są dwie Kenie. Jedna turystyczna, z parkami narodowymi, górami i plażami. Druga jest pełna wojska, checkpointów i Somalijczyków.

Garissa to Kenia „B”. Tu zaczyna się dziki, kenijski wschód. Dziki nie ze względu na zwierzęta, które przyciągają turystów, ale człowieka polującego na innych ludzi, by zabić.

Ta 100-tysięczna „dziura” otoczona pustkowiem, to największe miasto tej części kraju. Dalsza droga prowadząca do odległego o ok. 200 km Liboi, w którym znajduje się przejście graniczne z Somalią, ciągnie się przez monotonny, półpustynny krajobraz. Tam znajdują się całkowicie zinfiltrowane przez Shebab obozy dla uchodźców z Somalii.

W końcu 2011 r. władze Kenii uznały, że sytuacja w opanowanej przez Shabab Somalii zagraża bezpieczeństwu ich kraju i dokonały interwencji wojskowej. To głównie dzięki Kenijczykom Shabab obecnie kontroluje już tylko niewielką część Somalii. W międzyczasie organizacja związała się z Al Kaidą i zintensyfikowała ataki terrorystyczne w Kenii. Teraz, mimo że prawie całkowicie pokonana militarnie, wciąż ma duże możliwości dokonywania zamachów  zarówno w Somalii, jak i w tej „gorszej” części Kenii.

Shabab bardzo różni się od nigeryjskiej Boko Haram. Działania somalijskich terrorystów są zdecydowanie bardziej "racjonalne", choć równie okrutne.

Shabab w zasadzie nie uderza w muzułmanów, chyba że uważa ich za zdrajców. Celem są głównie chrześcijanie i tu Shabab pozbawiony jest jakichkolwiek skrupułów.

W marcu 2014 r. w zamachu na kościół w  Likoni niedaleko Mombasy terroryści z zimną krwią postrzelili w głowę półtoraroczne dziecko, które cudem przeżyło, osłonięte przez matkę, która zginęła.

Chrześcijanie stanowią zdecydowaną większość mieszkańców Kenii. Muzułmanie to zaledwie 10 proc.  i zamieszkują przed wszystkim kenijskie wybrzeże (niegdyś skolonizowane przez Omańczyków), a także somalijski wschód.

Somalijczycy są inni nie tylko ze względu na to, że są muzułmanami. Można ich łatwo rozpoznać i dla czarnych Kenijczyków (w kategoriach wschodnioafrykańskich Somalijczycy nie są czarni) są z góry podejrzani. Rodzimych kenijskich Somalijczyków jest około pół miliona, drugie tyle to uchodźcy, którzy przybyli tu w ostatnich kilku latach. Uciekając przed Shabab trafili do obozów znajdujących się faktycznie właśnie pod kontrolą terrorystów.

Władze Kenii nie radzą sobie z terrorystami przez korupcję wobec której są bezsilne. Gdy w zeszłym roku w Nairobi prowadzona była z rozmachem operacja antyterrorystyczna związana z atakami w somalijskiej dzielnicy Eastleigh, to dziennikarska prowokacja pokazała, żę uchodźcy mogą bez trudu kupić nielegalne dokumenty pozwalające na wydostanie się z obozów. To też kontroluje Shabab.

Dla Kenii problem z terroryzmem ma też wymiar finansowy, gdyż kraj ten dużo zarabia na turystyce. Obcokrajowcy, przyjeżdżający na wypoczynek do kenijskich parków narodowych lub na kenijskie plaże, raczej nie mają się czego obawiać, ale informacje prasowe o takich atakach jak w Garissie odstraszają. Władze natomiast zamiatają problem z Kenii „A” do Kenii „B”, tak by turyści czuli się komfortowo. W ten sposób jednak uczyniły z Kenii „B” bombę zegarową, oddzieloną od Kenii „A” tysiącem checkpointów.  I ta bomba znów wybuchła.

W 2014 r. po eksplozjach w Eastleigh aresztowano około 3000 osób i część deportowano do Mogadiszu. Być może również teraz zostanie przeprowadzona taka akcja. A potem terroryści wrócą i znów zaatakują.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]