Paryż zapukał do Warszawy. Politycy i dyplomaci o szansach na polsko-francuski sojusz militarny

Zagrożenie z Rosji i oddalanie się USA od Europy sprawiają, że relacje polsko-francuskie przeżywają dziś „miodowy miesiąc”. Polityczny, wkrótce może też militarny. Czy przekuje się to w trwały sojusz obu państw? Autor „Tygodnika” rozmawiał o tym z licznymi politykami i dyplomatami z obu stron.
z Paryża i Warszawy
Czyta się kilka minut
Władysław Kosiniak-Kamysz i Sebastien Lecornu, minister obrony Francji, podczas spotkania w Helenowie k. Warszawy. 13 stycznia 2025 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News
Władysław Kosiniak-Kamysz i Sebastien Lecornu, minister obrony Francji, podczas spotkania w Helenowie k. Warszawy. 13 stycznia 2025 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News

Ponad półtora wieku temu francuski romantyk Victor Hugo pisał o Francji i Polsce jako „dwóch siostrach, które walczą razem o cywilizację europejską”. Sceptyk mógłby zaripostować, że owe siostry nieczęsto chodziły tymi samymi drogami. Bo też ich interesy geopolityczne nie zawsze były zbieżne.

Wprawdzie przez wieki Polaków często fascynowała Francja – ale bez większej wzajemności. Z rzadkimi wyjątkami, jak w czasach Solidarności, gdy polska bezkrwawa rewolucja trafiła idealnie w emocje Francuzów, wychowanych w kulcie „wolności, równości i braterstwa”.

Liczni francuscy i polscy obserwatorzy, z którymi „Tygodnik” rozmawiał w tych dniach, zgadzają się, że właśnie dzisiaj dochodzi do zwrotu na linii Polska–Francja. Skupia się on na kwestiach polityki, dyplomacji i bezpieczeństwa, ale może mieć wpływ także na kulturę i gospodarkę.

Tym razem zainteresowanie jest obustronne. Co więcej: od kiedy trzy lata temu Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, Paryż coraz częściej patrzy na Warszawę z nadzieją i zabiega o jej poparcie na forum europejskim.

Relacje polsko-francuskie długo były chłodne

Kolejne lata rządów Prawa i Sprawiedliwości, aż do lutego 2022 r., były okresem faktycznego „zamrożenia” relacji politycznych między Paryżem a Warszawą. Zaważyła na tym mocno tzw. sprawa caracali, wspominana do dziś traumatycznie przez francuską dyplomację.

Przypomnijmy: w 2016 r. rząd PiS zerwał wynegocjowaną już z Francją umowę na zakup dla polskiej armii 50 francuskich śmigłowców caracal H225M, produkowanych przez koncern Airbus Helicopters. W ramach porozumienia offsetowego, powiązanego z kontraktem, miało powstać w Polsce kilka tysięcy miejsc pracy. Jednak z dnia na dzień rząd PiS ogłosił, że wybrał ofertę amerykańskich śmigłowców Black Hawk.

Koniec końców rząd polski w 2021 r. zobowiązał się do wypłaty odszkodowania w wysokości 80 mln zł za jednostronne wypowiedzenie kontraktu. Jednak mocno nadszarpnięte zaufanie między oboma krajami długo trzeba było odbudowywać.

Do 2022 roku Paryż i Warszawę dzieliło podejście do Rosji

Podejście Paryża w tej kwestii nie powinno dziwić, bo własny przemysł zbrojeniowy jest oczkiem w głowie Francuzów. Chlubią się nim także dlatego, gdyż za jego przyczyną są w znacznym stopniu niezależni – także od importu uzbrojenia z USA. W tym również, gdy idzie o produkcję i serwisowanie swojej broni atomowej (w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, która jest uzależniona od Stanów).

Według najnowszych, ogłoszonych właśnie analiz sztokholmskiego instytutu SIPRI, Francja zajmuje drugie miejsce wśród eksporterów uzbrojenia na świecie (na francuską broń przypada blisko 10 proc. globalnej sprzedaży sprzętu militarnego). Wprawdzie daleko za bezsprzecznym liderem, Stanami Zjednoczonymi (43 proc.), ale przed trzecią w tym zestawieniu Rosją (prawie 8 proc.).

Ponadto aż do wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, Paryż i Warszawę dzieliło podejście do Rosji. Niemal od początku swojej prezydentury – zaczęła się ona w 2017 r., a więc trzy lata po tym, jak Rosja anektowała Krym i rozpoczęła wojnę w Donbasie – Emmanuel Macron podejmował wielokrotnie próby politycznego „resetu” z Moskwą.

Z drugiej strony – przeszkodą w relacjach polsko-francuskich było łamanie praworządności przez rząd PiS i jego ciągłe walki z Brukselą.

Obustronny przełom w relacjach polsko-francuskich

Nowe otwarcie stało się możliwe dzięki temu, że najpierw w 2022 r. prezydent Francji zmienił kurs wobec Rosji, a jesienią 2023 r. w Polsce do władzy doszedł prounijny rząd Donalda Tuska.

– Ze strony francuskiej za przełom uznać można wystąpienie Emmanuela Macrona w maju 2023 r. Nawet jeśli nie wprost, przyznał się on wówczas do winy, uznając, że Zachód „zapomniał” posłuchać ostrzeżeń przed Rosją płynących z Europy Wschodniej – mówi „Tygodnikowi” Pierre Buhler, były francuski ambasador w Warszawie (w latach 2012-16). – To była także aluzja do znanej wypowiedzi jego poprzednika, prezydenta Chiraca, który w 2003 r. wytknął Europie Środkowo-Wschodniej, jakoby „straciła okazję, żeby siedzieć cicho” [kiedy kraje naszego regionu poparły inwazję amerykańską w Iraku – red.].

W swojej książce pt. „Polska, historia pewnej ambicji. Zrozumieć polski moment”, która właśnie ukazała się we Francji, Pierre Buhler podkreśla, że ze względu na swoją strategiczną pozycję tuż za linią frontu Polska stała się „zwornikiem bezpieczeństwa europejskiego”.

Wrażenie na Francuzach robią rozmiary polskich wydatków na obronność, dochodzące już do 5 proc. PKB. Stąd w ostatnich miesiącach francuskie media donoszą regularnie o „Polsce, która staje się nową potęgą militarną w Europie”.

Także za sprawą takich medialnych przekazów Francuzi postrzegają nas dziś nie jako petenta (jak jeszcze wczoraj czy też przedwczoraj), ale jako poważnego partnera. 

Francuski przemysł zbrojeniowy liczy na polskie zakupy

Nie miejmy złudzeń: są sentymenty i są interesy.

Paryż liczy na to, że dzięki zbliżeniu z Polską uda mu się doprowadzić także do finalizacji poważnych kontraktów. Problemem jest jednak to, że Polska za rządów PiS podjęła strategiczną decyzję o masowym zakupie uzbrojenia w USA i Korei Południowej.

W tej sytuacji Francuzi mają ograniczone pole działania. Jest tu jednak pewna „nisza”.

Francuski przemysł zbrojeniowy szczyci się jakością swojej floty podwodnej. Gigantem w tej dziedzinie jest Naval Group – firma, która stara się obecnie o wygranie kontraktu na dostawę trzech okrętów podwodnych klasy Scorpène dla polskiej armii. Jednak wśród jej silnych konkurentów są Niemcy, Szwedzi i Włosi.

Od wielu tygodni Francuzi negocjują tę sprawę na szczeblu rządowym z Polską. Według źródeł „Tygodnika” także o tej sprawie rozmawiali w środę 12 marca w Paryżu ministrowie obrony Sébastien Lecornu i Władysław Kosiniak-Kamysz. Kolejna runda rozmów ma się odbyć w Warszawie podczas spodziewanej tam wkrótce wizyty francuskiego ministra. Proponowana przez Francuzów kwota transakcji nie jest znana.

Czy polska armia kupi francuskie okręty podwodne?

Według informacji dziennika „Rzeczpospolita” na wstępnym etapie faworytami tego wyścigu są europejscy konkurenci Francji. Ale z informacji „Tygodnika” wynika, że to oferta francuska ma obecnie bardzo duże szanse na wygraną.

– Okręty podwodne klasy Scorpène przebijają zdecydowanie konkurentów pod względem bojowym. Są uzbrojone w rakiety manewrujące, które mogą razić cele odległe o tysiąc kilometrów. A wobec groźby ataku ze wschodu polska marynarka wojenna na Bałtyku potrzebuje wzmocnić swoją siłę odstraszania – mówią źródła „Tygodnika” zbliżone do polskich decydentów.

Poza tym, oprócz walorów technicznych, decydująca może okazać się polityka. Paryż i Warszawa mają wkrótce podpisać nowy dwustronny traktat, skupiony właśnie na kwestiach obrony i bezpieczeństwa. – W sytuacji, gdy Polska chce realnie umocnić współpracę z Francją, odrzucenie tak poważnej francuskiej propozycji byłoby kłopotliwe – można nieoficjalnie usłyszeć ze strony polskiej.

Polska udziałowcem koncernu Airbus?

Są też inne oznaki rosnącej pozycji Polski w oczach Francji.

Według dziennika „Le Monde”, polskie władze chciałyby, aby do Polski wszedł kapitał największego dziś producenta lotniczego w Europie, koncernu Airbus. Udziały w nim mają Francja, Niemcy i Hiszpania. Koncern produkuje nie tylko samoloty cywilne, ale i wojskowe, tak więc dokooptowanie polskiego udziałowca miałoby ważne skutki dla europejskiego przemysłu obronnego. W Polsce Airbus ma już cztery zakłady produkcyjne.

W końcu lutego „Le Monde” podał, że na razie Airbus nie dał zielonego światła, pamiętając upokorzenie z caracalami. Pierwszym krokiem do zbliżenia między koncernem a Polską miałoby być duże zamówienie ze strony polskiej armii. Według francuskiej gazety, Warszawa jest zainteresowana kupnem od Airbusa 2-4 samolotów-cystern A330 MRTT oraz 6-8 samolotów transportowych A400M. Transakcja przetarłaby drogę do ścisłej współpracy.

– Gdyby Polska stała się częścią Airbusa, byłby to bardzo dobry sygnał dla Paryża. Oznaczałoby to, że Warszawa chce „zeuropeizować” produkcję swojego uzbrojenia – mówi „Tygodnikowi” dr Amèlie Zima, szefowa programu „Bezpieczeństwo europejskie i transatlantyckie” we Francuskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (IFRI).

Broń i pieniądze

Tak Francja, jak i Polska deklarują, że chcą rozwijania europejskiej produkcji zbrojeniowej. Jednak Francuzi zarzucają Polakom, że ci nie zamierzają zrezygnować z kupowania większości sprzętu poza granicami Unii, wcześniej przede wszystkim w USA, a obecnie także w Korei Południowej.

Ta kwestia komplikuje współpracę, także na forum unijnym, gdzie toczy się wciąż dyskusja np. o programie EDIP, który miałby w przyszłości finansować wydatki na uzbrojenie w krajach członkowskich.

– Stanowisko francuskie jest stałe: pieniądze z funduszy europejskich powinny iść tylko do europejskich przedsiębiorstw, niezależnie od tego, czy są one francuskie, niemieckie, polskie, czy jeszcze inne. To bardzo ważne dla przyszłości Europy – mówi „Tygodnikowi” reprezentant francuskiego przemysłu zbrojeniowego (prosił o anonimowość).

W przeciwieństwie do Paryża, Warszawa, jak i inne stolice krajów Unii, nie widzi problemu w tym, żeby część pieniędzy z EDIP czy z innych unijnych funduszy przeznaczać na wydatki zbrojeniowe także za Atlantykiem. To obecna linia sporu. Ale można przypuszczać, że skończy się on wreszcie jakimś kompromisem.

Na czym polega dziś strategiczny zwrot w polityce Francji

Armie Francji i Polski należą dziś do najliczniejszych na kontynencie: francuska ma ok. 200 tys. żołnierzy w czynnej służbie; Wojsko Polskie jest nieco liczniejsze.

Bardziej niż liczbą, francuska armia wyróżnia się pod względem swojej wszechstronności, operacyjności i technologii. Może się pochwalić 180 okrętami wojennymi, w tym lotniskowcem o napędzie atomowym „Charles de Gaulle”, dziewięcioma okrętami podwodnymi (część z nich przenosi rakiety atomowe i stanowi element francuskiego nuklearnego odstraszania) oraz ponad dwustu samolotami bojowymi (Mirage i Rafale).

Jeśli Warszawa stała się dla Paryża bardzo interesującym partnerem, to także dlatego, że w ostatniej dekadzie polityczno-militarny punkt ciężkości Francji przeniósł się z Afryki do Europy Środkowo-Wschodniej. Jak podaje instytut IFRI, po raz pierwszy od 20 lat więcej żołnierzy francuskich stacjonuje dziś poza Francją w różnych krajach Europy niż na kontynencie afrykańskim.

– Francuscy decydenci od dłuższego czasu chcieli, żeby ich siły militarne były bardziej obecne na flance wschodniej NATO, ale część z nich była operacyjnie związana w Afryce – mówi „Tygodnikowi” Pierre Haroche, specjalista ds. bezpieczeństwa europejskiego z Uniwersytetu Katolickiego w Lille.

Jednak w ostatniej dekadzie francuskie bazy wojskowe w Afryce Subsaharyjskiej były zamykane, m.in. w następstwie zamachów stanu w niektórych państwach Sahelu, po których władzę obejmowali politycy nastawieni prorosyjsko. – Dlatego mamy do czynienia z przenoszeniem się jednostek francuskich do wschodniej części Europy – dodaje Haroche.

Nazywa on ten strategiczny zwrot „fundamentalną zmianą we francuskiej kulturze militarnej”.

Francuscy żołnierze mogliby stacjonować w Polsce

Prezydent Macron jako pierwszy z europejskich przywódców wspomniał, jeszcze w 2024 r., o możliwości wysłania wojsk lądowych NATO do Ukrainy. Teraz, po objęciu władzy w USA przez Donalda Trumpa, Francja wraz z Wielką Brytanią wysunęła propozycję wysłania misji stabilizacyjnej po ewentualnym zakończeniu wojny.

Propozycję odrzuconą – na razie? – przez Polskę w sposób dość kategoryczny, co wywołało, jak można usłyszeć w kuluarach, zdziwienie nad Sekwaną. Ta kwestia była jednym z przedmiotów rozmów Macrona i Tuska w czasie bardzo szybkiej wizyty prezydenta Francji w Warszawie 12 grudnia ub. roku.

Można się spodziewać, że ta dyskusja wróci, gdy perspektywa pokoju się przybliży, a kształt i cele misji stabilizacyjnej będą jaśniejsze.

Oprócz ewentualnej misji w Ukrainie pojawia się, na razie jako luźny pomysł, inna opcja: wysłania do Polski stałej jednostki francuskiej na wzór tych, które stacjonują już obecnie w ramach NATO w Rumunii i Estonii. W tym pierwszym kraju Francuzi kierują od 2022 r. wielonarodową misją Sojuszu.

– Na razie pozostajemy w kręgu spekulacji, nie ma żadnych decyzji rządowych. Ale wzmocnienie przez Francję flanki wschodniej w Polsce byłoby logiczne w kontekście coraz większej obecności Paryża w tym regionie – komentuje Haroche.

Podobnego zdania są autorzy wspomnianego raportu ośrodka IFRI (ma on dobitny tytuł: „Polska, pierwsza armia Europy do 2035 roku?”).

Nieoficjalne rozmowy o francuskiej broni atomowej

Wyjątkowym atutem francuskiej armii jest broń atomowa – jedyna taka w Europie obok brytyjskiej. Dlatego z tak dużym odzewem spotkała się wypowiedź Macrona o rozpoczęciu „debaty strategicznej” w Europie o możliwości rozciągnięcia francuskiego „parasola atomowego” na inne kraje.

Zainteresowanie tą ofertą wyraziły Niemcy głosem przyszłego kanclerza Friedricha Merza. Jest jednak oczywiste, że wśród głównych adresatów słów francuskiego prezydenta są kraje znajdujące się najbliżej frontu wojny, jak Polska i państwa bałtyckie.

Pierre Haroche twierdzi, że nieoficjalne rozmowy między Paryżem a Warszawą w tej kwestii toczyły się już w ubiegłym roku. – Przed powrotem Trumpa kraje flanki wschodniej miały problem z przyznaniem, że ochrona amerykańska nam nie wystarcza, bo odebrano by to jako brak ich zaufania do USA. Ale dzisiaj sprawy się zmieniają. Choć nadal nie ma mowy o wyborze: albo jedna osłona, albo druga, gdyż chodzi o zachowanie i jednej, i drugiej – mówi Haroche.

„Atomowa” propozycja Macrona otwiera różne możliwości

Pierre Haroche uważa, że propozycja Macrona otwiera różne możliwości. Należy jednak raczej wykluczyć, aby Paryż mógł składować swoje głowice jądrowe na terytorium krajów sojuszniczych.

– Można sobie natomiast wyobrazić wspólne ćwiczenia lotnicze na terytorium Polski czy innych krajów wschodniej flanki NATO, z użyciem samolotów wyposażonych w ładunki jądrowe – uważa politolog.

Inni specjaliści, bardziej ostrożni, ostrzegają polskich przywódców przed „nadmiernym entuzjazmem” wobec oferty rozciągnięcia francuskiego „parasola jądrowego”. Ale zdaniem autorów raportu IFRI, debata strategiczna na temat atomu może być „rzeczywistą ścieżką do umocnienia relacji polsko-francuskiej, zwłaszcza w ramach Trójkąta Weimarskiego (czyli formatu Polska–Francja–Niemcy).

Tak czy inaczej, kwestia „użyczenia” „parasola jądrowego” innym europejskim krajom dzieli Francuzów, także politycznie (przeciwni temu są liderzy silnych opozycyjnych partii: nacjonalistycznej prawicy Marine Le Pen, jak i radykalnej lewicy Jean-Luc Mélenchon). Choć w społeczeństwie widać tu wyraźną większość: według sondażu Instytutu Elabe z 12 marca 59 proc. ankietowanych uznało, że „w interesie ich kraju jest ochrona innych państw europejskich, zwłaszcza za sprawą broni jądrowej”.

Traktat w Nancy

Formalizacją obecnego ocieplenia stosunków między Paryżem a Warszawą ma być traktat podpisany tej wiosny w Nancy.

Wybór miasta nie jest przypadkowy – symbolizuje związki polsko-francuskie. Nancy związane jest z Polską przez postać XVIII-wiecznego króla Stanisława Leszczyńskiego. Po tym, jak przegrał on rywalizację o koronę z Augustem III Sasem, uszedł do Francji i osiadł w Nancy; tu też został pochowany, w miejscowej katedrze. Centralnym miejscem miasta jest Place Stanislas, nazwany na jego cześć. Jego córka Maria Leszczyńska jest znana Francuzom jako żona króla Francji Ludwika XV.

Data podpisania traktatu nie została jeszcze publicznie podana. Według informacji „Tygodnika”, potwierdzonej przez obie strony, ma się to stać między kwietniem a czerwcem. Prawdopodobnie jeszcze przed majowymi wyborami prezydenckimi w Polsce.

Tajemnicza pozostaje treść dokumentu, mimo że prace nad nim ciągną się od ponad roku. Wiadomo jedynie, że nacisk kładzie się na kwestie bezpieczeństwa i obronności. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski mówił w lutym dziennikarzom w Paryżu ogólnie, że przygotowując traktat, obie strony pracują nad „wzmocnieniem zapisów wzmacniających nasze bezpieczeństwo”. Nie precyzował, jak konkretnie.

– Chodzi o to, żeby znalazły się w tekście mocne deklaracje. Nie ma w tej kwestii żadnego tabu, bo świat wokół szybko się zmienia. Na przykład byłoby dobrze, gdyby i Francja, i Polska zadeklarowały, że włączą się wspólnie w rozbudowę europejskiego przemysłu zbrojeniowego – mówią „Tygodnikowi” źródła dyplomatyczne wysokiej rangi.

Nasze źródła wykluczają, aby w traktacie mogły znaleźć się konkretne gwarancje dotyczące ewentualnego rozciągnięcia francuskiego „parasola jądrowego” na Polskę – jest to kwestia, która wykracza poza relację dwustronną.

Czy Paryż i Warszawa wykorzystają koniunkturę?

Nowy traktat polsko-francuski mógłby umocnić natomiast współpracę w dziedzinie wywiadowczej i cyberbezpieczeństwa, ożywić wymianę kadry oficerskiej. Z kolei Polska – zdaniem francuskich ekspertów – mogłaby podzielić się swoimi doświadczeniami w dziedzinie tworzenia obrony terytorialnej.

W tym całym „miesiącu miodowym”, jaki wydaje się obecnie trwać między Paryżem a Warszawą, autorzy raportu Francuskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dostrzegają jednak także łyżkę dziegciu: obawiają się, że traktat pozostanie „umową-zombie”, jeśli nie pójdą za nim od razu konkrety, także finansowe.

W takim przypadku niespodziewana wiosna w relacjach polsko-francuskich skończyłaby się równie szybko, jak się zaczęła. Wszystko zależy od tego, czy obie strony potrafią wykorzystać tę wyjątkową koniunkturę.

Korzystałem z raportu ośrodka IFRI z lutego 2025: Amèlie Zima, Léo Péria-Peigné „Pologne, première armée d’Europe en 2035?”, na stronie: www.ifri.org/fr

SZYMON ŁUCYK jest naszym korespondentem we Francji. W „Tygodniku” debiutował w 2004 roku.


Model Piotr Adamski jako "polski hydraulik" w kampanii reklamowej. Czerwiec, 2005 r. // Sipa / East News

Polski hydraulik przeszedł do historii

Był do niedawna jednym z symboli Polski nad Sekwaną: mityczny „polski hydraulik”. Postać, która weszła do codziennego języka. Jeszcze kilka lat po wejściu Polski do Unii na wieść, że pochodzę z Polski, słyszałem od Francuzów: „Polska, ach tak, oczywiście! Polski hydraulik!”.

SKĄD SIĘ WZIĘŁA? Figurę „hydraulika” wykreował (bardzo skutecznie, choć internet był jeszcze w powijakach) ultrakonserwatywny polityk Philippe de Villiers, zaciekły wróg Unii. W ten sposób chciał przestraszyć Francuzów napływem taniej siły roboczej z Europy Środkowej. W odpowiedzi Polska Organizacja Turystyczna w Paryżu wypuściła w 2005 r. żartobliwą (i skuteczną) kampanię reklamową, w której przystojny hydraulik (a naprawdę model) zachęcał: „Zostaję w domu. Przyjeżdżajcie jak najliczniej!”.

TAK BYŁO KIEDYŚ. Dziś „polski hydraulik” ulotnił się z mediów i języka. Francuska prasa, ale i ludzie na ulicy widzą często Polskę jako mocnego partnera i kraj rosnącej szybko gospodarki. Tak jak poważny dziennik ekonomiczny „Les Echos”, który jesienią 2023 r. pisał, że „Polska przeszła metamorfozę po 30 latach cudu ekonomicznego”. Gazeta podkreśla, że w dużej mierze za sprawą unijnych środków nasz kraj w ciągu 20 lat przesunął się z 9. na 6. miejsce pod względem łącznego PKB w Unii, wyprzedzając Belgię, Austrię, a ostatnio Szwecję.

JEDNAK OSTRZEGA SIĘ też nad Sekwaną, że Polska – m.in. z racji uzależnienia od importowanych technologii i słabej demografii – może wkrótce wpaść w „pułapkę średniego dochodu”. Według „Les Echos” Polska wciąż „rozwija czerwony dywan przed inwestorami”, choć nie jest już, jak kiedyś, miejscem o niskich kosztach produkcji (Francja to obecnie czwarty inwestor zagraniczny w Polsce).

ALE TAKŻE do Francji wchodzą, nawet jeśli na razie na małą skalę, polscy inwestorzy. W 2021 r. firma InPost Rafała Brzoski przejęła (za kwotę 513 mln euro) swojego francuskiego odpowiednika Mondial Relay. Ciekawe więc, kto lub co będzie kojarzone z Polską za kilka czy kilkanaście lat. Bo w każdym razie „polski hydraulik” przeszedł już do historii.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Paryż puka do Warszawy