W „Zapiskach na biletach”, zebranych tekstach z podróży po wczesnomilenijnej Polsce, Michał Olszewski wspomina współpasażera z pociągu, który woził ze sobą własnoręcznie skonstruowaną blokadę do drzwi. Chcąc się zdrzemnąć, blokował przedział od środka, uniemożliwiając włamanie potencjalnym napastnikom. Pasażer ten radził sobie w sposób spektakularny, ale zgodny z wiedzą potoczną, która zalecała ostrożność, gdyż podróż pociągiem, zwłaszcza nocnym, oznaczała wówczas ryzyko rozboju. Potwierdzały to statystyki ogólnej przestępczości, o wiele wyższej niż dziś.
Statystyki łatwo znaleźć w rocznikach, lecz wiedzę potoczną zapisze jedynie czujny badacz-etnolog, pisarz lub reporter – a więc zwyczaje siadania na torbie, przygniatania jej głową, chowania gotówki w wewnętrznej części ubrania lub charakterystyczne zapytania: „czy może mi pan rzucić okiem na bagaż?”. W pociągu i autobusie, na ulicy – zagrożenia; w pracy – wykorzystywanie; w urzędzie – upokorzenia; na przystanku – „na co się gapisz?”. Taki obraz umowne 20 lat temu wyłaniał się z kronik sądowych i policyjnych, ale zapewne jeszcze bardziej ponuro malował się w przekonaniach obywateli.
Zaczynam od anegdoty, by zarysować szerszy pejzaż. Takich praktyk dziś już się nie spotyka; w pociągach zdarza się wręcz, że pasażerowie zostawiają na siedzeniach torby, nie biorąc nawet pod uwagę, że ktoś mógłby je przywłaszczyć. Owszem, kolej w ostatnich dekadach się nie tylko odbudowała, ale i nieco oddemokratyzowała – na wielu liniach miejscówki są obowiązkowe, bilety podrożały, a bezprzedziałowy tabor ułatwia wzajemny nadzór. Przestępczość także ewoluowała: zrabowanie spersonalizowanego smartfona, którego nie da się samodzielnie rozkręcić, to niezbyt opłacalny wysiłek, mało kto też nosi ze sobą gotówkę; bardziej dochodowa branża to wyłudzenia w internecie.
Tak, obiektywnych przyczyn zwiększenia bezpieczeństwa jest wiele. Tyle że wiedza potoczna lubi się od obiektywnego stanu rzeczy uniezależniać i trwać mimo zmiany; pisał o tym już Kazimierz Wyka w słynnej, wielokrotnie przydatnej książce „Życie na niby”. By wyszła z użytku, potrzebne jest jeszcze coś mglistego, co trudno ująć w statystykach – powszechne przekonanie. A zatem – najwidoczniej musimy w dzisiejszej Polsce czuć się wśród innych swobodnie, nie podejrzewając bliźniego o wrogie zamiary.
To zjawisko o tyle ciekawe, że częściowo przeczące statystyce. W badaniach CBOS dotyczących zaufania społecznego ankietowani od lat deklarują zbliżoną postawę ostrożności. Niezależnie od tego, ile wynosi przeciętna pensja i kto jest premierem, Polacy twierdzą, że bezpieczniej jest raczej nie ufać niż ufać innym. Nie zawsze jednak deklarowane przekonania muszą mieć przełożenie na życiową praktykę. Czyli mówimy, być może, z przyzwyczajenia, że nie ufamy – ale jednak zachowujemy się tak, jakby było odwrotnie. Społeczny klej działa gdzieś w sposób niewidoczny w tle.
Gdy przyjrzymy się badaniom spójności społecznej, regularnie przeprowadzanym przez GUS, łatwiej zrozumiemy niuanse i pozorne paradoksy. Zapytani oceniali dopuszczalność różnych zachowań, które w różnych okolicznościach mogłyby zostać uznane za etycznie względne. I tak bardzo krytycznie oceniano niedbalstwo w pracy, wykorzystywanie stanowiska zawodowego dla osobistych korzyści, przywłaszczanie źle wydanej reszty, jazdę na gapę, a przede wszystkim łapówki. Brzmi znajomo? Tak – jak „kombinowanie” i „załatwianie”, czyli abecadło człowieka zwanego zaradnym w epoce PRL.
Wyka we wspomnianym „Życiu na niby”, osobistym świadectwie, w którym opisywał sposoby nielegalnego, lecz koniecznego codziennego radzenia sobie Polaków w warunkach niemieckiej okupacji, wyrażał nadzieję, że „gospodarka wyłączona”, czarny rynek, drobne dywersje, łapówki, czyli wszystko to, co w czasach wojny było niezbędne cywilom do przeżycia – w czasach pokoju wyjdzie z użytku, a ludzie naturalnie przejdą w tryb uczciwości. Okazało się, że nie miał racji i równoległy obieg towarów i usług, czyli kombinowanie, załatwianie, „chody” – w PRL ugruntowało się jeszcze mocniej, stając się nieoficjalnym, ale powszechnie podzielanym kodeksem postępowania.
To tryb, w którym nielegalna opcja staje się domyślną – w połączeniu z przekonaniem, że instytucjom i procedurom nie ma co wierzyć, prawo i przepisy to pic na wodę i fotomontaż, a system jest skonstruowany tak, że wręcz trzeba go wykiwać, bo inaczej samemu zostanie się wykiwanym – przez współkolejkowicza, urzędnika, sprzedawczynię. Była to ówczesna wiedza potoczna, która przetrwała jeszcze przez pewien czas po roku 1989, zwłaszcza gdy do tego dołączyła pazerność raczkującej, ale już bezwzględnej gospodarki rynkowej.
Obecność „społecznej próżni” zdiagnozował pod koniec lat 70. socjolog Stefan Nowak. Chodziło o zjawisko, w którym ludzie czuli więź i lojalność z bliskimi, nieformalnymi grupami, jak rodzina i przyjaciele, a także z abstrakcyjną, uczuciową wspólnotą wszystkich Polaków, jednak pomiędzy tymi warstwami nie dało się zauważyć poczucia wspólnoty czy wzajemnej odpowiedzialności. Euforia pierwszej Solidarności, która rozpoczęła się wkrótce po prelekcji badacza, rozbudziła nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy, jednak już w drugiej połowie dekady, a zwłaszcza w czasie transformacji socjologowie musieli przyznać rację gorzkim rozpoznaniom Nowaka, kreśląc smutny obraz osamotnionego społeczeństwa ludzi wzajemnie sobie wrogich i podejrzliwych, do opisu którego pasowały terminy takie jak apatia i znieczulica.
W tej próżni ludzie praktykowali wciąż strategie „życia na niby”, przylegając do relacji nieformalnych i prywatnych. Ukrytym kosztem tej struktury było postrzeganie więzi międzyludzkich jako obciążonych długiem – za przysługę, załatwienie czegoś należała się wszak odpłata. Wiązało się to często z pogłębianiem wzajemnej rezerwy, by długu przypadkiem nie zaciągnąć, godząc się na pomoc czy życzliwy gest – z założenia bowiem nie mogły być one darmowe. Kto jest wobec nas życzliwy – na pewno będzie czegoś chciał.
Nawet niewinne z pozoru hasło „żyć z ludźmi dobrze” miało do niedawna złowrogi wydźwięk: nie zadłużać się i nie podskakiwać. W odniesieniu do formalnych stosunków panowało zaś przekonanie o katakumbach rodem z PRL, o urzędowych labiryntach służących przeczołganiu czapkującego petenta czy wręcz celowym zatajaniu wiedzy przez fachowców, by zyskali coś więcej dla siebie.
Ten stan rzeczy zmieniło kilka czynników – procesy indywidualizacji, przeobrażenia gospodarki, rozproszenie ludzi motywowane nauką i pracą, pojawienie się internetu, a co za tym idzie: modernizacja usług publicznych.
Kluczowym i najprostszym pozostają oczywiście pieniądze. Czy to one zasypały społeczną próżnię? Nie staliśmy się nagle społeczeństwem krezusów, lecz z pewnością w porównaniu z realiami sprzed kilkunastu lat możemy mówić o większej stabilizacji. Pieniądze – możemy zaryzykować – umożliwiły większą transparentność, zwalniając ludzi z niewidzialnego długu. Część obowiązków wypełnianych przez rodzinę i znajomych zajęły przejrzyste transakcje: płacąc za podwózkę, pomalowanie mieszkania czy przypilnowanie dziecka nie muszę zaprzątać sobie głowy długiem wdzięczności, a z rodziną i znajomymi spędzam cenny czas wolny. Co to zmienia w wiedzy potocznej? Zapewne dodaje cennego dla Polaków poczucia normalności.
Nasze wzajemne relacje pozbawione zostały ciężaru przymusowej wzajemności, a jednocześnie stały się luźniejsze i być może bardziej powierzchowne; znajdziemy na ten temat wiele diagnoz, również w „TP”. Paradoksalnie jednak może sprawiło to, że nasz niewidzialny klej społeczny stał się mocniejszy. Nie zmieniliśmy się przecież nagle w naród palący się do zrzeszania w organizacjach. Nasze (nie wyłączając mojego!) samosiostwo i zamiłowanie do świętego spokoju się nie zmienia – lubimy mieszkać w domkach za ogrodzeniem, prowadzić własne firmy, jeździć własnym autem, a w pociągu zakładamy słuchawki. Możemy jednak zaryzykować twierdzenie, że uznaliśmy, iż neutralnie życzliwe relacje z innymi i zakładanie wzajemnej nieszkodliwości są najnormalniejsze i najbardziej opłacalne.
Olga Drenda jest pisarką i etnolożką, dyrektorką programową Festiwalu Conrada. Za „Wyroby. Pomysłowość wokół nas” otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia, ostatnio opublikowała „Słowo humoru”. Z „Tygodnikiem” współpracuje od 2015 r., od 2022 r. jako felietonistka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















