Przyszłość przystanęła na Pojezierzu Drawskim. Podczas niedawnego, lutowego zmierzchu po bezchmurnym dniu zachodzące słońce dało z siebie wszystko, chcąc stworzyć nieprawdopodobny, zniewalający spektakl. Barwny aż do przesady, pojemny jak najszerszy travelling; aby objąć cały obraz, głowa musiała kręcić się od prawa do lewa, niczym w gimnastycznym ćwiczeniu. To było bardziej nawet wstrząsające niż piękne; bardziej nadmierne niż wyważone. Gdybym sam reżyserował przedstawienie, może bym odjął jedną nutę czy jeden odcień. Niepotrzebnie; po co bronić się przed czymś, co nadchodzi radykalnie?
Zrobiłem pierwsze od bardzo wielu dni zdjęcie. Pochyliliśmy się nad komórką i niemal jednym głosem wykrzyknęliśmy: Rothko! Z podziwem, lecz tym razem nie po to, by kulturalnie zakotwiczyć naturalny widok w dziele sztuki, ani też po to, by, odwrotnie, ujrzeć doskonałość przyrody jako wzór do artystycznego naśladowania. Uderzające było co innego: wymienialność jednego na drugie, poczucie, że na horyzoncie można by powiesić obraz Rothko, a do ścian galerii przyczepić tamten zmierzch. Podobne stopniowanie kolorów; żadna barwa nie była tu obca, każda wywodziła się z poprzedniej; w sposób ciągły czerń na dole przechodziła przez kolejne rozjaśnienia, aż w końcu stawała się rozpalonym żółcieniem, różem i pomarańczą na samej górze. Albo odwrotnie. Wyższy żółcień, granat i pomarańcza powoli schodziły w niską czerń i w niej się zanurzały.
W tamtej chwili pojąłem, że spotkanie słońca z nocą oraz obrazy Rothko uchwyciły równolegle i ujawniły jakąś powszechną zasadę i postać bytu, którą można uchwycić własnym okiem, przez którą można zagospodarować własną możliwość pełnego, dobrego istnienia – możliwość należącą raczej do kategorii cudów niż do codzienności. Nazwałem tę zasadę „gradacją” i jakiś czas później – dodam anegdotycznie – pojąłem z łatwością, dlaczego np. zawsze lubiłem swetry wydziergane czy wyprodukowane w myśl stopniowego przenikania się kolorów, przechodzenia jednej barwy w jej różne niuanse, najczęściej coraz jaśniejsze i delikatniejsze. Albo dlaczego zafascynowała mnie kiedyś pamiętna scena z filmu Spielberga „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, kiedy to istoty pozaziemskie i ziemskie dopasowują zagrane przez siebie gamy, aby wreszcie osiągnąć tę samą wysokość tonów.
Co by to jednak znaczyło, pamiętać o zasadzie gradacji? Uwierzyć w gradację? Dojrzeć w naszym życiu ruch cieniowania, przetaczania jednego (jednego koloru, jednego gestu, uczucia, słowa) w kolejne wcielenia, w pośrednie awatary? Gradacja prowadzi o stopień wyżej, albo o stopień gdzie indziej, lecz odrzuca zanikanie. Nie zanikanie zatem, lecz przenikanie; odejście w aurze wierności, przemiana, która nie zmienia. Bo też dziesiąty stopień nosiłby w sobie zalążki pierwszego.
Dobrze byłoby tak rzeczy widzieć. Dziesiąty rok miłości – chociażby – ma geny roku pierwszego; nie jest do niego zupełnie podobny, jest, co tam dużo gadać, po dziesięciokroć inny, zapewne trudniejszy, lecz nie jest niegdysiejszy. Pozwala żyć, jeśli uwierzymy w zbawienną gradację, w harmonii, a w najgorszym wypadku w harmonijnej dysharmonii. Uwierzyć w gradację przynosi ulgę i wolność; żadnych tu żali, grozy przemijania, rozważania straty, nawet jeśli ból dotkliwie uwiera.
Ale też gradacja nie prowadzi do stoicyzmu; nie ma w niej stania, biernej akceptacji; wyzwala ruch, energię przeskoku, pęd, podczas którego mało jest czasu na wątpienie, a dużo na werwę.
Jej hymnem, wyobrażam sobie, mógłby być słynny wiersz Daniela Naborowskiego „Na oczy królewny angielskiej, która była za Fryderykiem, falcgrafem reńskim, obranym królem czeskim”.
Twe oczy, skąd Kupido na wsze ziemskie kraje,
Córo możnego króla, harde prawa daje,
Nie oczy, lecz pochodnie dwie nielitościwe,
Które palą na popiół serca nieszczęśliwe.
Nie pochodnie, lecz gwiazdy, których jasne zorze
Błagają nagłym wiatrem rozgniewane morze.
Nie gwiazdy, ale słońca pałające różno,
Których blask śmiertelnemu oku pojąć próżno.
Nie słońca, ale nieba, bo swój obrót mają
I swoją śliczną barwą niebu wprzód nie dają.
Nie nieba, ale dziwnej mocy są bogowie,
Przed którymi padają ziemscy monarchowie.
Nie bogowie też zgoła, bo azaż bogowie
Pastwią się tak nad sercy ludzkimi surowie?
Nie nieba: niebo torem jednostajnym chodzi;
Nie słońca: słońce jedno wschodzi i zachodzi;
Nie gwiazdy, bo te tylko w ciemności panują;
Nie pochodnie, bo lada wiatrom te hołdują.
Lecz się wszytko zamyka w jednym oka słowie:
Pochodnie, gwiazdy, słońca, nieba i bogowie.
Oczywiście można ten wiersz czytać jako barokowe cacuszko, oparte na koncepcie wyliczenia tak w tamtych czasach rozpowszechnionego. Ale też jako exemplum gradacji; pod zabawą i uśmiechem (albo: wraz z zabawą i uśmiechem) dostrzec wypowiedź o budowli naszego języka, zatem i naszej egzystencji. Jeśli wszystko się mieści w „jednym oka słowie”, jeśli „pochodnie, gwiazdy, słońca, nieba i bogowie” są niuansami siebie samych, wzajemnymi odcieniami, odmiennymi stężeniami tego samego, dostajemy od świata gratisowe wsparcie. Nie wiemy, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy, nie wiemy, czym jest „oko słowa” i jakie jest to słowo, tkwimy w środku bez właściwego początku i kresu na horyzoncie, jednak, choć tu sprowadzeni, nie tkwimy w więziennym bezruchu. Pochodnie, gwiazdy, słońca, nieba i bogowie, i jeszcze, i jeszcze.
Marek Bieńczyk jest pisarzem, historykiem literatury, tłumaczem i znawcą wina. Autor wielu książek, za „Książkę twarzy” otrzymał Nagrodę Literacką NIKE. Ostatnio opublikował „Rondo Wiatraczna”. Z „Tygodnikiem” współpracuje od 2001 roku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















