Olga Drenda: Proszę uważać

Nie chcę, dla dobra własnego umysłu, doszukiwać się wszędzie zagrożeń większych niż przypadkowe. Strach zabija duszę, jak w „Diunie”.
Czyta się kilka minut
W niebezpiecznym świecie nawet gołębie wydają się groźne. / OLGA DRENDA
W niebezpiecznym świecie nawet gołębie wydają się groźne. / OLGA DRENDA

Coś ostatnio zgubiłam, wypadło mi z torby. To się zdarza. Jest zimno, trzeba nosić ze sobą więcej bagaży, sięgać po rękawiczki, czapki. Plączą się i łatwo zgubić coś innego przy okazji, np. powerbank albo słuchawki. Irytujące, ale mówi się trudno.

A potem w autobusie miła pani mówi do mnie: „Ma pani rozpiętą torbę”. Właściwie to wiedziałam o tym, czasem mi się to zdarza, bo do niej sięgam i przytulam do siebie. Założyłam, że pani miała dobre zamiary, zasunęłam zamek i podziękowałam. Z małym niepokojem: jeśli ludzie zwracają uwagę na takie rzeczy, to może znaczy, że zrobiło się niebezpieczniej. Że przebywanie wśród ludzi wiąże się z potrzebą zachowania ostrożności (większej). I że częściej niż neutralni mogą stać się potencjalnie wrodzy. W końcu ostatnio zdarzają się często bardziej wyrafinowane wersje oszustwa na wnuczka, ktoś podszywa się pod bank albo dostawcę prądu. Takie zdarzenia kruszą zaufanie ludzi do siebie nawzajem. Przez chwilę pomyślałam, że może ktoś próbował coś mi ukraść, ale skasowałam szybko tę myśl. Nie chcę, dla dobra własnego umysłu, doszukiwać się wszędzie zagrożeń większych niż przypadkowe. Strach zabija duszę, jak w „Diunie”.

To niewesoła konstatacja. Do takiej rzeczywistości nie chciałabym wracać, już w niej żyłam i dziękuję. W bardziej niebezpiecznych czasach, na początku stulecia, zdarzyło się, że ktoś zamachnął się na mój skromny dobytek. Raz powstrzymałam faceta, który usiłował wyciągnąć portfel z mojej torby podczas wsiadania do autobusu. To był portfel z Hello Kitty, nie chciałam go stracić. Wykazałam się refleksem i zrobiłam typowi „pokrzywkę”. Za drugim razem refleks mnie zawiódł. Ktoś bardzo sprytnie zwinął mi portfel na Floriańskiej. Potem dostałam wiadomość, że czeka na recepcji hotelu i faktycznie czekał, cały, tylko bez stuzłotówki. Potem zastanawiałam się, czy honorowy kieszonkowiec to nie był ten sam ktoś, z kim rozmowę czytałam po latach w „Tygodniku Powszechnym”, gdzie opowiadał o swoim ulicznym epizodzie. Potem to się nigdy już nie powtórzyło. Ale też ludzie w pociągach przestali prosić się wzajemnie o rzucenie okiem na bagaż. Montują alarmy, żaluzje przeciwwłamaniowe i ogrodzenia, ale jednocześnie ufają monitoringowi i ochronie w komunikacji publicznej.

W trakcie życia zmieniają się poziomy tak zwanej normalności. Normalnie może być wtedy, kiedy nie myślimy o tym, czy nasza torba jest otwarta, bo przecież nikogo to nie obchodzi, ale bywa i taka normalność, kiedy na torbie się siada albo się ją dobrze chowa. Poznałam obie wersje normalności i pamiętam moje zaskoczenie, gdy czytałam książkę Michała Olszewskiego „Zapiski na biletach”, spisywaną na bieżąco w czasach, gdy po Polsce poruszało się więcej połączeń kolejowych i pekaesowych, nie było miejscówek, biletomatów ani zakazów palenia, znacznie łatwiej było za to stracić przynajmniej bagaż. Praktykowałam te zwyczaje, potem jakoś samo mi przeszło, nawet wstydziłam się, że pewnie wyglądam jak zastrachany Kaspar Hauser, który właśnie opuścił swoją piwnicę. Olszewski uświadomił mi tę różnicę. Pamiętam też montaże dodatkowych zamków i podwójnych drzwi, pogłoskę, jakoby nie można było wpuszczać do mieszkań ludzi przedstawiających się „Swój” (czy właściwie ktokolwiek naprawdę tak mówił?). Takich zaleceń, zabezpieczeń i przestróg mogło naraz spiętrzyć się bardzo wiele. Nagle życie staje się bardziej wyczerpujące, bo do wszystkiego, co robimy, dołącza ciężar obawy. Już Antoni Kępiński pisał, jak wykańczający to, choć z pozoru niewidoczny wysiłek – cały czas musieć trzymać się na baczności. Dobrze jest, kiedy to, czy zdarzy się nam mieć rozpiętą torbę, czy nie, nie ma znaczenia, nie musimy zwracać na to uwagi, i gdy ta sytuacja nie staje się rzadkim luksusem, bo to normalne, że ludzie pilnują nawzajem własnego spokoju, a zakłócenie go od razu wpadłoby w oko.

Ale to jest pstryk, chwila. Kiedy pani w autobusie zwróciła mi uwagę, cofnęłam się w czasie do starych nawyków i przestałam czuć się swobodnie. Tylko na chwilę, ale wystarczająco, żeby przejść w tryb czujności. Nie znoszę go, to zawsze jakaś kapitulacja, jakaś porażka. I niebezpieczeństwo, bo może kogoś w potrzebie z góry uznamy za ­hochsztaplera. Może i mnie ktoś weźmie za oszusta, nie zabierze do domu tak, jak te panie z królikiem, które udzieliły mi kiedyś pomocy po wypadku rowerowym. Anomia wkrada się w nasze życie niepozornie. Zła, wroga normalność, w której trzeba mieć oczy dookoła głowy, rozmawiać po cichu, a interesy załatwiać pod stołem, szybko zastępuje tę jawną, swobodną i uczciwą (która staje się wówczas czymś dobrym co najwyżej dla cieniasów i frajerów). Niby wiemy to z socjologii, a jednak zawsze szkoda, gdy wspólną pracę diabli biorą. To na to trzeba uważać, o wiele bardziej niż na torbę. Na wszelki wypadek powtarzam sobie, po świecku, litanię z „Diuny”: „Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło”. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2022