Chciałbym zwrócić uwagę na pewną szczególną prawidłowość. Uświadamianą najczęściej tylko połowicznie. Otóż niemal każdy, kto postanawia czynnie uniemożliwić komuś innemu wypowiadanie jego poglądów – nierzadko przekraczając przy tym granice grzeczności albo nawet prawa – robi to z przekonaniem o absolutnej słuszności własnej postawy. Owszem – rozumuje ktoś taki – może i zakłócam porządek albo nawet posuwam się do werbalnej lub czynnej agresji, niemniej wymaga tego szlachetna sprawa, o którą walczę. Słowem: działam w stanie wyższej konieczności.
Rzecz w tym, że środkami oraz argumentami tego typu posługują się zwolennicy każdej ze stron politycznego spektrum. Wspomniana połowiczność polega zaś na tym, że choć własne transgresje usprawiedliwiają słusznością i wyższą koniecznością, to zarazem głośno potępiają analogiczne transgresje dokonywane przez innych.
Odwoływanie spotkań z pisarzami ze względu na ich poglądy
Generuje to sytuację osobliwą, jakby istniały obok siebie dwa (albo więcej) alternatywne uniwersa. W jednym z nich doprowadzenie do, dajmy na to, odwołania spotkania z pisarzem jest wyrazem słusznego oburzenia wobec głoszonych przez niego bezeceństw.
W drugim, w którym owego pisarza uważa się za co najmniej niekontrowersyjnego, ocenia się to odwołanie jako akt inwazji i zapowiedź mrocznych czasów. Ale niech no tylko w tym drugim uniwersum pojawi się, dajmy na to, pisarz uważany w pierwszym za co najmniej niekontrowersyjnego. Wówczas nierzadko ci, którzy przed chwilą rozpaczali nad nadchodzącymi mrokami, ochoczo napiszą petycję o odwołanie spotkania z nim. Nie będzie to już w ich oczach żaden akt inwazji. Będzie to słuszna i potrzebna demonstracja.
Z kolei mieszkańcy pierwszego uniwersum, którzy przy poprzedniej okazji analogicznie uzasadniali swój sabotaż, zaczną natychmiast podkreślać, że oto doszło do aktu inwazji, który zwiastuje mroczne czasy.
Stosuje się to oczywiście nie tylko do spotkań z pisarzami, intelektualistami czy naukowcami, lecz także do wystaw muzealnych, sztuk teatralnych czy projekcji filmowych. W każdym przypadku odwoływać, inwadować i protestować, z użyciem przemocy (symbolicznej bądź dosłownej) lub bez, wolno wyłącznie tym, którzy mają poglądy słuszne i działają w stanie wyższej konieczności. Inaczej mamy do czynienia z warcholstwem, zamachem na wolność, aktem społecznej destrukcji.
Problem tylko w tym, że wszyscy zawsze tak o sobie myślą – że mają słuszność i działają w stanie wyższej konieczności – a jednocześnie tracą z oczu fakt, że wszyscy zawsze tak o sobie myślą.
Czy istnieją poglądy niedopuszczalne
W odpowiedzi usłyszę teraz, że istnieją przecież poglądy niedopuszczalne i jeśli ktoś je w przestrzeni publicznej wygłasza, trzeba koniecznie protestować, niekiedy w sposób drastyczny. Podobnie – są instytucje i osoby propagujące różne opresyjne dyskursy, tym zaś należy się sprzeciw.
Odpowiem: wszyscy zawsze tak mówią, ale tylko o poglądach, z którymi się nie utożsamiają. I wszyscy tak odpowiadają na konstatację, że wszyscy zawsze tak mówią, ale tylko o poglądach, z którymi się nie utożsamiają.
Przy czym – znów reaguję na standardowo pojawiający się w tym momencie zarzut – wcale nie twierdzę, że wszystkie racje są równe albo że nie istnieją poglądy zasługujące na to, żeby je z przestrzeni publicznej rugować (istnieją – m.in. takie, których artykulacji zakazuje prawo). Mówię coś odwrotnego. Z tego właśnie, że każdemu się zawsze wydaje, że jego poglądy są słuszne i że działa w stanie wyższej konieczności, wynika poniekąd, że nie wszyscy równolegle mają rację. A także że nie wszystkie poglądy stoją na tym samym poziomie.
Rzecz w tym, że ustalanie, kto ma rację, a kto się myli, kto głosi poglądy słuszne i moralne, a kto się słuszności i moralności sprzeniewierza, w warunkach demokracji może przebiegać tylko w jeden sposób: za pomocą rozmowy. Taka rozmowa zaś może być niekiedy procesem długotrwałym, a niekiedy nieskończonym.
Jednak nawet pomyślne jego zakończenie nie oznacza automatycznie, że poglądów niesłusznych i niemoralnych już nie wolno głosić. Przeciwnie, w demokracji wolno głosić (i posiadać) zarówno poglądy słuszne, jak i niesłuszne, moralne, jak i niemoralne – z wyjątkiem tych, których głoszenia zakazuje prawo.
Zmierzamy do rządów siły – przekonani, że mamy słuszność
To szczególne osiągnięcie zachodniej cywilizacji – wykuwanie kształtu sfery publicznej przez debatę, nie zaś przy pomocy siły. Owszem, w historii różnie z tym bywało. Owszem, dziś rządzą manipulacje i perswazje, koterie i histerie, a rozwijającą się technologię świetnie się do nich wprzęga. Ale groźniejsza niż technologia, grupy interesów czy cokolwiek innego jest ta osobliwa nieświadomość: wszystkim, którzy pragną uniemożliwić innym głoszenie ich poglądów, zawsze się wydaje, że mają słuszność i w związku z tym działają w stanie wyższej konieczności.
Zapominają przy tym, że w każdej chwili również ich poglądy ktoś może arbitralnie uznać za niedopuszczalne, przyznać sobie prawo do zakazywania ich ekspresji, a następnie siłą to wyegzekwować. A skoro tak, to summa summarum ostaną się nie te, które są najlepiej uzasadnione, lecz te, których zwolennicy dysponują większą siłą.
Do tego bowiem prowadzi zamykanie ust innym – do rządów siły. I do takich rządów właśnie zmierzamy, przekonani, paradoksalnie, że przecież mamy słuszność i działamy w stanie wyższej konieczności.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















