Nie ma przebacz

Zawstydzanie, piętnowanie i, ostatecznie, unieważnienie – to techniki, których ofiarami padają uczestnicy wojny wszystkich ze wszystkimi, wypełniającej debatę publiczną w Polsce i większości krajów Zachodu.

12.04.2021

Czyta się kilka minut

Pomnik Winstona Churchilla zabezpieczony  przed ewentualnym wandalizmem ze strony  demonstrantów, Londyn, czerwiec 2020 r. / FACUNDO ARRIZABALAGA / EPA / PAP
Pomnik Winstona Churchilla zabezpieczony przed ewentualnym wandalizmem ze strony demonstrantów, Londyn, czerwiec 2020 r. / FACUNDO ARRIZABALAGA / EPA / PAP

Obraz Afryki: rasizm w »Jądrze ciemności« Conrada” – to tytuł wykładu, który w 1975 r. na Uniwersytecie Massachusetts wygłosił nigeryjski pisarz Chinua Achebe, przez krytyków nazywany „ojcem literatury afrykańskiej”. Oskarżył w nim Josepha Conrada o powielanie rasistowskich stereotypów; o to, że w jego najsłynniejszej książce Afrykanie są pozbawieni osobowości, języka – nie mają imion, nie mówią, nie odczuwają emocji – pozostają wyłącznie symboliczną „antytezą Europy, a zatem cywilizacji”.

Achebe nie twierdził, że pisarz był rasistą, ale że jego książka, której zresztą nie odmawiał wartości artystycznej, powiela szkodliwy stereotyp czarnego człowieka. „Conrad ma problem z Murzynami (­niggers). Jego nadmierne zamiłowanie do tego słowa powinno zainteresować psychoanalityków” – mówił.

Wykład wywołał ogromne emocje nie tylko wśród (białych) krytyków literackich. Był on w istocie politycznym wezwaniem skierowanym do ludzi Zachodu, by opisując świat brali pod uwagę wrażliwość narodów nieeuropejskich. Obrońcy Conrada uznali, że Achebe popełnia błąd wyciągając utwór ze społecznego i historycznego kontekstu oraz oceniając go przy użyciu kryteriów współczesności. Samo słowo nigger w czasach Conrada znaczyło co innego – było znacznie mniej obraźliwe niż w 1975 r., nie mówiąc o czasach współczesnych. Nigeryjski pisarz odpowiadał, że nikomu nie zakazuje podziwu dla „Jądra ciemności”, domaga się natomiast, by jego odczytanie książki zostało potraktowane równie poważnie jak inne.

Te sylaby nie istnieją

Mija ponad czterdzieści lat. W 2019 r. dziennikarz „New York ­Timesa” Donald McNeil wyjeżdża do Peru z grupą uczniów szkół średnich na obóz naukowy. W trakcie podróży dochodzi do wymiany zdań między nim a jedną z uczennic, w której używa „słowa na »n«” (tak w nieobraźliwej wersji angielskiego określa się obecnie to słowo) jako przykładu terminu rasistowskiego, którym pod żadnym pozorem nie wolno się posługiwać.

Oburzeni rodzice żądają od redakcji „New York Timesa” ukarania dziennikarza. Początkowo wydawca postanawia dać reporterowi drugą szansę, zwłaszcza że właśnie zaczyna się pandemia COVID-19, a McNeil, specjalista od wirusów i epidemii, jest głównym autorem dziennika piszącym na ten temat świetne teksty. Sprawa jednak wraca po tym, gdy portal „Daily Beast” publikuje o niej kolejny artykuł. Nie zawiera on nowych oskarżeń, ale stu pięćdziesięciu oburzonych pracowników „New York Timesa” pisze list otwarty domagając się wyjaśnienia sprawy. Sam McNeil podaje powody użycia słowa na „n”, a przy okazji bezwarunkowo przeprasza: „Początkowo myślałem, że kontekst, w którym użyłem tego brzydkiego słowa, może mnie bronić. Teraz wiem, że nie może”. Kaja się przed uczniami i współpracownikami, których „zraniła moja błędna ocena sytuacji”. I wylatuje z redakcji. „Nie tolerujemy rasistowskiego języka bez względu na intencje osoby, która go używa” – tłumaczy wydawca Joseph Kahn.

Donald McNeil nie stracił pracy za obrażenie kogokolwiek (nie użył słowa na „n” w odniesieniu do rozmówcy ani żadnej osoby trzeciej) ani za złe intencje, które mogły towarzyszyć wypowiadaniu tego słowa (intencje miał dobre – chciał poinstruować młodzież, jakiego słowa nie należy używać), tylko za wydanie z siebie dwusylabowego dźwięku, który obecnie nie ma prawa istnieć w języku angielskim. Wygląda na to, że pewne słowa albo frazy stają się złem nie ze względu na krzywdę, którą powodują, albo nikczemne myśli towarzyszące wypowiadającemu je, ale ze względu na to, że wytwarzają obiektywne zło – coś tak jak zaklęcia Harry’ego Pottera albo rzucanie uroku przez czarownicę.

Redaktor ostateczny

Zestawiam dwie sprawy, które dzieli wiele lat, aby pokazać, jak uprawniona i potrzebna dyskusja na temat ciągle zmieniających się sposobów opisu rzeczywistości może ulec głębokiej degeneracji i stać się groteskowym zaprzeczeniem samej siebie, pseudoreligijnym wyrazem ideowego chaosu i zagrażającym wolności atakiem na ludzi reprezentujących postawy niezgodne z wytycznymi intelektualnej, liberalnej i wąskiej, za to dysponującej dużymi wpływami medialnymi elity Zachodu – oraz jej rewolucyjno-bojowniczej szpicy.

Kultura unieważniania (cancel culture), której ofiarą padł McNeil oraz kilkoro jego kolegów i koleżanek z „New York Timesa” (gazeta ta stała się ostatnio jednym z ważniejszych centrów unieważniania ludzi w Ameryce), nie jest już abstrakcyjną teorią myślową uprawianą pokątnie na uniwersytetach, tylko praktyką stosowaną przez tzw. bojowników o sprawiedliwość społeczną (social justice warriors). Zwalane są pomniki ludzi traktowanych do niedawna jak autorytety, wycofywane z list lektur książki uznawane nie tylko za rasistowskie czy seksistowskie, ale wymagające od uczniów konfrontacji z wrażliwością innych czasów („Zabić drozda” Harper Lee), kwestionowane jest miejsce w kulturze pisarzy (J.K. Rowling), wykładowców (Steven Pinker), artystów (Nick Cave) czy dziennikarzy (Piers Morgan), którzy wykazują odchylenia od ­ustalanej na bieżąco i ciągle zmienianej ortodoksji w dziedzinach, które najbardziej ożywiają front wojny kulturowej: rasy, seksualności, tożsamości płciowej, instytucji społecznych, klasowości, historii, religii. Shaming (zawstydzanie), calling out (piętnowanie) i ostatecznie unieważnienie – to techniki, których ofiarą padają często nieświadomi uczestnicy wojny wszystkich ze wszystkimi wypełniającej dziś debatę publiczną w większości krajów Zachodu.


CZYTAJ TAKŻE

W GÓRĘ ŻYCIE, W DÓŁ ŚMIERĆ. ROZMOWA Z PROF. RYSZARDEM KOZIOŁKIEM: „Czyszczenie” własnych poglądów, swoista operacja higieniczna na nich wydają mi się szalenie niebezpieczne dla przyszłości demokracji >>>


Linia frontu jest płynna, a wszyscy uczestnicy debaty muszą mieć się na baczności, bo w każdej chwili ich myśli mogą zostać uznane za niesłuszne, a wypowiedziane przez nich słowa mogą kogoś obrazić, co stanowi podstawę do unieważnienia. Wojna o to, kogo wygumkować z historii i teraźniejszości, toczy się na ulicy, w gazetach i telewizji, w salach wykładowych uniwersytetów, ale przede wszystkim w mediach zwanych dla zmyłki społecznościowymi. Twitter, Facebook i Instagram są właściwie stworzone po to – z tego czerpią swoją popularność i zyski – by wynosić na piedestał i niszczyć ludzi w mgnieniu oka i bez wyraźnej przyczyny.

Liczą się prawa tłumu, często zresztą adoptowane przez media tradycyjne. Bari Weiss, inna unieważniona redaktorka „New York Timesa”, pisała w swoim liście pożegnalnym do świata, który opuszczała: „Twitter stał się ostatecznym redaktorem. Zasady etyczne i normy tej platformy zostały przyjęte przez moją gazetę, a ona sama staje się coraz bardziej przestrzenią performensu. Tematy dobierane i realizowane w taki sposób, by zadowolić wąską grupę odbiorców, a nie po to, by pozwolić zainteresowanym czytelnikom poczytać o świecie i wyciągać własne wnioski. (...) Teraz historia stała się jeszcze jedną ulotną rzeczą formowaną tak, by spełnić wymagania z góry ustalonej opowieści”.

W imieniu poniżanych

Krytycy krytyki kultury unieważniania powiedzą zapewne, że wszystko to, co zostało napisane powyżej, jest błędną interpretacją zjawiska. Nie dlatego, że nie istnieją przykłady „gumkowania” niesłusznych dzieł i ludzi albo przekreślania karier osób, które odważyły się podważyć jedną z prawd politycznopoprawnej ortodoksji. Owszem, istnieją, czasem niektórych lewicowych aktywistów ponoszą emocje.

Jednak, po pierwsze, są to pojedyncze przykłady działań opartych na żarliwym dążeniu do sprawiedliwości społecznej – a zatem z gruntu usprawiedliwionych. Po drugie, te drobne anegdotyczne ciekawostki nie zmieniają zasadniczego faktu: prawdziwa kultura unieważniania to bowiem historia całej cywilizacji zachodniej. Znajdziemy w niej niezliczone przykłady prześladowania ludzi, którzy występowali przeciwko niesprawiedliwości i niszczeniu słabszych, za co trafiali na stosy, pod ścianę albo do cel. I nikt ich nie bronił. Fundament cywilizacji Zachodu zbudowano na tak niehumanitarnych przejawach dyskryminacji jak rasizm, niewolnictwo, patriarchat, prześladowanie mniejszości seksualnych. Przez wieki ofiary tych plag nie miały głosu, a dziś, gdy ktoś wystąpi w ich imieniu, prawicowe jaczejki trąbią o rzekomym łamaniu wolności słowa.

Jest więc – brzmi dalej wytłumaczenie – dokładnie na odwrót: to, co wrogowie wolności nazywają „kulturą unieważniania”, to przejaw nareszcie odzyskanej podmiotowości słabszych i poniżonych. To, co prawicowcy nazywają kneblowaniem inaczej myślących, to w istocie przejaw prawdziwej wolności słowa, dzięki której ofiary (ustami rzeczników) mogą wypowiedzieć się w głównym nurcie debaty publicznej. W ich imieniu występuje awangarda intelektualno-rewolucyjna, ludzie (zwykle młodzi) nieobarczeni bagażem tradycji, odrzucający ją jako wymysł patriarchalno-rasistowsko-seksistowskiej cywilizacji przemocy, w której żyjemy.

Rekonstrukcja kultury staje się naturalnym wyrazem dążenia do sprawiedliwego wyrównania terenu, przemalowania obrazu, który przez wieki nie odzwierciedlał rzeczywistego stanu świata i kondycji ludzkiej. To dlatego niektóre pomniki muszą upaść, niektóre książki trzeba wycofać z lektur, a inne z druku, niektóre słowa trzeba zlikwidować. Wymiana elit (zwalnianie z pracy), weryfikacja autorytetów, rekonstrukcja języka – to naturalne procesy, a nie żadna nagonka na inaczej myślących.

Polowanie na rasistów

Jak każda rewolucja – a kultura unieważniania jest nurtem rewolucyjnym – potrzeba wywracania świata do góry nogami przedstawiana jest jako ruch nonkonformistyczny, przejaw buntu wobec myśli dominującej w społeczeństwie. Pozory mylą – to, co w jednym środowisku i kontekście społecznym jest buntem, w innym bywa przejawem przystosowania. I tak jest w przypadku kultury unieważniania, która w ciągu zaledwie kilku lat z akademickiego kuriozum praktykowanego w Stanach Zjednoczonych stała się częścią medialnego mainstreamu liberalnego Zachodu i ulubionym sportem postępowej części ludzkości. Obrona status quo i ataki na zwolenników gumkowania opresyjnych treści i ludzi przedstawiane są natomiast jako przejawy wstecznictwa myślowego i dziaderskiego uwiądu.

Aspekt pokoleniowy ma ogromne znaczenie. W głównym nurcie tego pędu stanęli młodzi, uznający, że słowa nie tylko mogą wywoływać przemoc, ale same w sobie są przemocą. Amerykański psycholog społeczny Jonathan Haidt uważa, że ten proces zaczął się nasilać na amerykańskich uniwersytetach około 2014 r., kiedy „studenci zaczęli traktować idee nie tylko jako »słuszne« czy »błędne«, ale jako niebezpieczne”, czyli stanowiące zagrożenie dla komfortu życiowego osób, które się z nimi zetkną.

W 2015 r. Haidt wraz z Gregiem Lukianoffem opublikowali w magazynie „The Atlantic” głośny tekst „Coddling of the American Mind” (słowo coddling oznacza rozpieszczanie, ale także duszenie na wolnym ogniu), w którym opisują ten proces. To wtedy pojawiły się pojęcia takie jak safe spaces (strefy bezpieczeństwa), czyli przestrzenie wyodrębnione dla przedstawicieli grup uznawanych za potencjalne ofiary przemocy – kobiet, czarnych, osób LGBT, muzułmanów; microaggression (mikroprzemoc), czyli słowa albo drobne czyny, które bez względu na intencje autora należy traktować jak akty przemocy; trigger warnings (alerty wywoławcze), czyli niezbędne ostrzeżenia, które nauczyciele powinni stosować w przypadku, gdy książka zawiera opisy przemocy na tle rasistowskim albo np. sceny gwałtu. Dzięki ostrzeżeniu szczególnie wrażliwi studenci mogą uniknąć czytania książek, które narażają ich na traumę, np. „Wszystko rozpada się” Chinui Achebe (tak, on też został uznany za potencjalne zagrożenie dla młodzieży) czy choćby „Wielkiego Gatsby” F. Scotta Fitzgeralda.

Haidt zwraca uwagę na zjawisko, które nazywa „ekonomią prestiżu”. Kolejne młode pokolenia na Zachodzie są coraz bardziej tolerancyjne i coraz mniej konkurencyjne. Jednocześnie w każdym młodym pokoleniu ważny jest prestiż w grupie rówieśniczej. Kiedyś popularność gwarantował np. talent do sportu, ale dziś chwalenie się przewagami w tej dziedzinie może zostać odebrane jako protekcjonalne i obraźliwe wobec osób niewysportowanych. W zamierzchłych czasach najpiękniejsza dziewczyna w klasie była jednocześnie najpopularniejsza (przynajmniej wśród chłopców), dziś obnoszenie się z urodą to jak stąpanie po polu minowym – każdy krok grozi wybuchem usprawiedliwionego żalu osoby mniej urodziwej. Chłopcom też odradza się obnoszenie z ekstazą, bo karą może być etykieta szowinistycznej świni.

W dzisiejszych czasach, twierdzi Haidt, wyszukiwanie i piętnowanie osób wykazujących przejawy rasizmu, seksizmu, dyskryminacji osób LGBT albo lekceważenia słusznych dążeń do prawa o decydowaniu, jakim zaimkiem określać daną osobę, to dla wielu młodych ludzi szansa na zdobycie popularności i prestiżu właśnie – czym więcej rasistów znajdziesz i napiętnujesz, tym szybciej rośnie twoja pozycja w grupie.

Haidt opisuje w kategoriach badawczych zjawisko, które zna każdy użytkownik mediów społecznościowych. W środowisku, w którym liczy się zasięg i klikalność, zasadą staje się dostrzeganie w drugim najgorszych cech i najgorszych intencji. Wystarczy, że użyjesz nieodpowiedniego słowa, bez względu na kontekst i treść twojej wypowiedzi jesteś stracony i nie ma przebaczenia.

Lęk przed unieważnieniem

Ludzie dzielą się tu więc na grupy konstruowane przez opozycje: rasistów i antyrasistów, tolerancyjnych i nienawistników, otwartych i tych z ciemnogrodu. Nie ma niuansowania doświadczenia, dostrzegania specyfiki życia jednostki, sprzeczności wyborów życiowych. Wobec żadnej z grup, które przez wieki podlegały opresji, nie wolno stosować generalizacji. Wolno natomiast i należy wobec jednej: białych heteroseksualnych mężczyzn od wieku średniego wzwyż. Tylko oni stanowią jednolitą magmę, w której pływa wszelkie zło na ziemi.

Biali nie przeżyli doświadczenia czarnych, więc nie mają prawa o nich mówić. Biali heteroseksualiści nie wiedzą, co to znaczy cierpieć prześladowania jako gej, a zatem nie mają prawa wypowiadać się na tematy, które dotyczą grup nienormatywnych. Powoli dochodzimy do tego, że heteroseksualiści nie mają prawa grać gejów w filmach, a osoba biała tłumaczyć wiersza czarnej poetki laureatki. Co więcej, biali heteroseksualni mężczyźni – jako z definicji członkowie grupy uprzywilejowanej oraz prześladującej innych – muszą udowodnić, że nie są rasistami, seksistami, homofobami albo islamofobami.

Co nas prowadzi z powrotem do konformizmu „kultury unieważniania”. Jak zwraca uwagę znany (czarny) amerykański lingwista John McWhorter, ludzie zastraszeni gotowi są do wielu poświęceń, np. do zawieszenia racjonalnego myślenia, tylko po to, by udowodnić, że nie są winni myśli i zachowań, o które ich się oskarża. Przyjmują więc treści, na które nie ma dowodów i w które nie wierzą, po to, by nie stać się ofiarą „unieważnienia”. W nagrodę mogą występować w roli oświeconej awangardy rewolucji społecznej.

Zaniechanie krytycznej obserwacji świata jest tu szczególnie istotne. Na przykład – twierdzi McWhorter – czarni, generalnie rzecz biorąc, mają dobre wyczucie rytmu. Jest to oczywiste dla każdego, kto był w Afryce, zwłaszcza zachodniej. Powyższe stwierdzenie, mimo że oparte na pragmatycznym oglądzie świata i ludzi, jest jednak niedopuszczalne, bo nie należy mówić, że cokolwiek łączy czarnych – poza tym, że nienawidzi ich wszystkich amerykańska policja, a biali uważają ich za gorszych od siebie. Wbrew niezliczonym artykułom głoszących tezę o tym, że George Floyd został zabity dlatego, że był czarny, nie jest to oczywiste. Jednak zadawanie pytań w tej kwestii pociąga za sobą oskarżenia o rasizm, podobnie jak kwestionowanie istnienia czegoś, co w USA powszechnie nazywa się „instytucjonalnym rasizmem”.

McWhorter jest jednym z najbardziej aktywnych afroamerykańskich intelektualistów protestujących przeciwko infantylizowaniu czarnych, dehumanizowaniu ich poprzez traktowanie jak istoty wymagające specjalnej troski. Otwarcie konfrontuje rodaków z faktami, o których biali często boją się pisać w obawie przed „unieważnieniem”.

Zdaniem McWhortera, kultura unieważniania ma też charakter religijny, bo nie opiera się na faktach empirycznych. Z tego McWhorter wyciąga ważny wniosek: ponieważ jest to religia, nie wolno na jej fundamencie budować programów politycznych i społecznych obejmujących ogół ludzi.

Szkoda róż

Już widzę niedowierzanie w oczach niektórych czytelników. O czym on pisze? Żyjemy w kraju, w którym prawdziwymi problemami społecznymi są rasizm, antysemityzm, dyskryminacja osób LGBT czy niepełnosprawnych. Od lat trwa w Polsce proces przepisywania historii w myśl wytycznych polityków i podejmowane są próby unieważniania postaci kultury (np. Zygmunta Baumana), które nie pasują do obrazu Polski promowanej przez obecne władze. Od 2015 r. rząd prowadzi politykę wymiany elit, prostowania historii, niszczenia mediów, co składa się na wielowymiarowy projekt rekonstrukcji kulturowej Polski.

Nawet jeśli wśród obrońców osób dyskryminowanych i pogardzanych znajdą się hunwejbini sprawiedliwości społecznej przesadzający z ideowym żarem, to co z tego? Nawet jeśli na Zachodzie ktoś przesadzi z oskarżeniami Polaków o antysemityzm i jaskiniowy nacjonalizm, to przeżyjemy – przecież i tak mamy swoje za uszami – najpierw rozbrójmy własne bomby, potem zajmiemy się resztą. Tyle terenu zostało do nadrobienia w pogoni za postępowym światem liberalnego Zachodu, nie ma co ronić łez nad krzywdą kogoś niesłusznie obwinianego o rasizm, seksizm czy patriotyzm. Nie szkoda róż, gdy płonie las...

To jest sensowny argument, tylko nie w obronie kultury unieważnienia; raczej wskazujący, że nie ma ona jednej barwy politycznej – nie musi pochodzić ze środowisk lewicowych. Wskazują na to przykłady Polski, Węgier czy Rosji. Kultura unieważniania i polityka tożsamościowa stosowane są przez lewicę i prawicę, lecz etykieta polityczna nie narusza potencjału zła, które ze sobą niosą.

To zagrożenie dotyczy nie tylko sfery społecznej. Redukowanie ludzi do roli ideologicznych awatarów to przede wszystkim ruchy upupiania ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w grupie uznanej przez „słusznie myślących” za godną wsparcia, współczucia i wyzwolenia. Wymyślone kilka dekad temu na amerykańskich uniwersytetach redukowanie ludzi do kategorii grupowych (czarny, biały, Azjata, gej, transseksualista, muzułmanin itd.) jest poniżające, paternalistyczne i pozbawione sensu. Ogranicza opis doświadczenia ludzkiego i ludzkich aspiracji do walki politycznej toczonej w ramach tych grup i między nimi. Złe emocje – nienawiść, zawiść, zazdrość – zaczynają wypierać ciekawość doświadczenia innych i szukanie sfer dobra wspólnego.

Być może ten aspekt kultury unieważniania i całej polityki tożsamościowej jest najważniejszy – zmieniają one kulturę w jatkę, w której ścierają się ze sobą różne fundamentalizmy. Fundamentalizm nie jest bowiem stanem umysłu zarezerwowanym dla terrorystów samobójców. Dotyczy on każdego, kto z wygody, ze strachu albo z konformizmu unieważnia istnienie innych poglądów, postaw życiowych. A na koniec – innych ludzi. ©

Autor jest dziennikarzem radiowym, prasowym i reportażystą. Twórca i główny prowadzący „Raportu o stanie świata”. Dziennikarz Roku 2020 w konkursie Grand Press. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dariusz Rosiak (ur. 1962) jest dziennikarzem, twórcą i prowadzącym „Raport o stanie świata” – najpopularniejszy polski podkast o wydarzeniach zagranicznych (do stycznia 2020 r. audycja radiowej „Trójki”). Autor książek – reportaży i biografii (m.in. „Bauman… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2021