Trzeba działać – to także słyszę, jeżdżąc po Polsce. Ciekawe, że przez działanie rozumie się przede wszystkim akcje: protesty, listy, zbieranie podpisów. Praca intelektualna – analiza przyczyn, które doprowadziły do tego, co mamy, snucie scenariuszy na przyszłość, podsuwanie nowych idei i nowych punktów widzenia – za działanie uważana nie jest.
Niby nie ma się czemu dziwić: w świecie zdominowanym przez skrót każdy dłuższy wywód, każde niuansowanie musi budzić zniecierpliwienie. Tam, gdzie narzędziem uprawiania polityki stał się krzyk, spokojny ton uchodzi za przejaw słabości. Przyzwyczailiśmy się, że rozmowę zastępuje wymiana ciosów, oskarżeń, przysrywek. Czyż debaty przedwyborcze nie są tak skonstruowane, żeby pokazać, kto sprawniejszy w słownej szermierce? Skoro nagradzana jest sprawność, można mieć najgłupsze, najbardziej szkodliwe poglądy i debatę wygrać. I na odwrót: w serwisach informacyjnych żaden racjonalny, niekontrowersyjny pogląd się nie przebije. Poruszamy się wśród wrażeń, nie argumentów, i na podstawie wrażeń podejmujemy decyzje o naszej przyszłości.
Praca intelektualna tymczasem służy przede wszystkim formułowaniu argumentów. Do czego jednak są nam one potrzebne, skoro wygrywają wrażenia i krzyk? Myślę, że potrzebne są nam przede wszystkim „na dole”, tam gdzie uprawia się politykę jeden na jeden, twarzą w twarz. Owszem, nie każdy chce słuchać argumentu. Czasem można odnieść wrażenie, że im więcej argumentów, tym o porozumienie trudniej. Ludzie przywiązują się do swoich wrażeń, my sami też zapewne mamy takie, do których jesteśmy silnie przywiązani. Wrażenia bardzo trudno poddać krytyce, co więcej – potężne maszyny pracują na rzecz ich utrwalania i trudno się tej pracy przeciwstawić. Niemniej kiedy już dojdzie do spotkania „na dole”, kiedy ludzie choć trochę się wzajemnie na siebie otworzą, argumenty okazują się niezbędne.
Ważnym elementem pracy intelektualnej jest takie sformułowanie argumentu, które trafi w coś, co w drugim człowieku już jest. Oprócz wrażeń nasz umysł wypełniają przecież rozmaite oczekiwania, obawy i nadzieje. Osobiście wierzę, że jest w nas także oczekiwanie na prawdę, głód prawdy. To znamienne, że kiedy się rozmawia – tak „na dole” – z ludźmi o różnych poglądach, zawsze w pewnym momencie dochodzi do głosu tęsknota za tym, żeby „wiedzieć, jak naprawdę jest”.
Większość ludzi, z którymi rozmowa jest możliwa, ma poczucie, że porusza się w świecie półprawd, złudzeń, celowych zniekształceń lub przynajmniej – że ich wiedza jest niepełna i niepewna. Owszem, nietrudno spotkać takich, którzy zdają się pozbawieni wątpliwości i na każdy temat „wiedzą swoje”. Ci będą cię przekonywać, że jedyna prawda to pogląd, który wyznają. W tym też nie ma niczego dziwnego, bo człowiek zrobi wszystko, by być pewnym samego siebie. Niemniej i w takich przypadkach udaje się czasem znaleźć jakąś szczelinę – niekonsekwencję, opinię jawnie nietrafną – w tym pozornym monolicie. Każdy człowiek nosi w sobie jakieś „nie wiem”. To „nie wiem” starają się zagospodarować spece od propagandy. A jednocześnie na tym „nie wiem” – w rzadkich chwilach, zgoda, ale dlatego tym bardziej cennych – można zbudować porozumienie między nami.
Nie mam nic przeciwko protestowaniu, pisaniu listów, zbieraniu podpisów. Przeciwnie, byłoby źle, gdyby nasze zaangażowanie sprowadzało się jedynie do komentowania tego, co robią inni. Często powtarzam myśl Timothy’ego Snydera, że musimy stać się bardziej bezpośredni, zaangażować nie tylko nasze umysły, ale także nasze ciała. Niemniej słyszę to, co słyszę: mniej gadania, więcej działania. Dość namysłu, dyskusji, bicia się w piersi, pora zrobić coś konkretnego. Jaką mam odpowiedź? Jakiś czas temu zmobilizowaliśmy się i zrobiliśmy coś konkretnego: zmieniliśmy władzę. I co? I zabrakło namysłu. Mam wrażenie, że kolejne ekipy rządzące lekceważą potencjał intelektualny, jaki stanowią u nas ludzie samodzielnie myślący. Jedne dlatego, że ludzie myślący samodzielnie im przeszkadzają, inne dlatego, że ludzi myślących samodzielnie nie szanują.
Człowiek samodzielnie myślący to nie taki, który „ma pogląd na każdy temat”. Rzeczywiście, wokół jest sporo gadaniny, która tylko udaje myślenie. Nadzwyczaj łatwo mylimy jedno z drugim. Gadanina to nie wysiłek intelektualny. Ten ostatni musi być rzeczywiście wysiłkiem. Muszą w nim być obecne dwa istotne komponenty: poczucie odpowiedzialności i samokrytycyzm. W rzetelnym myśleniu błyskotliwość idzie w parze ze zdolnością do rewizji. Najwyższym przejawem odwagi nie jest wykrzyczeć, co się o kimś myśli, ale wystąpić przeciwko samemu sobie, własnej arogancji. Ponadto – to trzeci, może i najważniejszy komponent – myślenie nazywane samodzielnym zawsze jest myśleniem z kimś. Samodzielność to nie oddzielność.
Bronię takiego myślenia, bo w ostatecznym rozrachunku ono jest najbardziej wspólnototwórcze.
Dziękuję, Joasiu, za rozmowę, która sprowokowała mnie do spisania tych kilku uwag.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















