„Lala podająca się za socjologa”. Nie wszystko, co sprawia przykrość, powinno być ścigane

W wolnym kraju nie powinno być koniecznością, by stale uważać na słowa. Ale też umowna zgoda co do tego, jakie wypowiedzi należy uznawać za przekroczenie granicy, nieustannie się zmienia.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

„Lala podająca się za socjologa” – tak kiedyś nazwał mnie anonimowy internauta, zapewne w nadziei, że w ten sposób mi naurąga. Niestety, takie drobne akty szkalunku to jedna z wątpliwych atrakcji występowania publicznie pod własnym nazwiskiem. Od kiedy z mody wyszło krzyczenie na telewizor, pasjonaci tej czynności wybierają słowo pisane. Czy nadawca tej wypowiedzi osiągnął sukces? Jeśli chodzi o wywołanie niezamierzonego efektu komediowego, to owszem. Pokraczne przezwisko tak mi się spodobało, że nawet myślałam, żeby się nim posługiwać. Ale „Lalę” na razie zostawmy, bo takie opinie to kwestia subiektywnego gustu. Zajmijmy się raczej „podawaniem się za socjologa”. 

Wypowiedź ta na pewno spełnia kryteria kłamstwa, bo nigdy nie podawałam się za socjologa i nawet nie próbowałam zdawać na studia kierunkowe. Natomiast najprawdopodobniej mieści się w definicjach wolności wypowiedzi i człowiek ten udowodniłby to w sądzie. Swoją drogą, słusznie – jestem zdania, że dobry obyczaj i prawo to nie to samo i że nie wszystko, co sprawia przykrość, powinno być ścigane. W wolnym kraju nie powinno być koniecznością, by stale uważać na słowa. Co innego jednak, gdyby ten sam człek rozpowszechniał insynuacje, że podaję się za absolwentkę wydziału socjologii i posługuję się fałszywym dyplomem, wszystko jedno, czy jako lala, czy nie. Wtedy zapewne mogłabym posądzić go o zniesławienie, bo też i konsekwencje jego kłamstwa byłyby zupełnie inne niż bzdury rzucone w afekcie.

Wolność słowa, niesłuszne emocje i satyra pod lupą

Tę osobistą anegdotkę postanowiłam przywołać z okazji powracającego co jakiś czas tematu wolności słowa. Tu nadmienię, że jestem zwolenniczką szerokiego jej marginesu, jak w słynnym cytacie przypisywanym Wolterowi, choć wiem, że oznacza to mierzenie się z przypadkami co najmniej nieprzyjemnymi. Ale też umowna zgoda co do tego, jakie wypowiedzi należy uznawać za przekroczenie granic, nieustannie się zmienia. Nie jest to oczywiście niczym nowym – odsyłam do „Historii śmiechu i drwiny” Georges’a Minois, by przekonać się, w którym wieku w karnawale można było obrażać uczucia religijne bardzo, a kiedy z kolei tylko tak sobie. Obecnie szala przeważa znów na korzyść tabu.

Kiedyś – za sprawą nadgorliwości w obronie przed dyskryminacją czy propagowaniem nienawiści (co sprawiało, że za wspomnienie, że czytamy książkę o pewnym akwareliście, mogliśmy stracić konto w mediach społecznościowych – osobiście znany mi przypadek). Teraz – z prawdziwej lub fasadowej obawy przed nawoływaniem do przemocy czy oburzenia na „niesłuszne emocje” w typie radości z cudzego nieszczęścia. To oznacza, że takie strefy wyłączone jak metafora, wypowiedź artystyczna, satyra trafiają pod lupę i podejrzana staje się, dajmy na to, stara piosenka Varius Manx „Zabij mnie”.

Z jakim ciężarem traktujemy dzisiaj słowa

Gdyby internauta mieszkał w XVI wieku na Mierzei Wiślanej, sprawa niechybnie skończyłaby się bójką, gdyż człowiek ten mnie „obłożyłby nikczemnym i raniącym honor znieważeniem”. Ówcześni mieszkańcy tych rejonów, jak w swej fascynującej książce pisała Jaśmina Korczak-Siedlecka, wręcz zarzucali sądy hurtowymi sprawami o wyzwiska. Według ówczesnego prawa były to, owszem, wykroczenia z kategorii „małe miki”, a gorliwość gospodarzy w skarżeniu lżących sąsiadów musiała wydawać się im zawracaniem głowy. Dla samych gospodarzy wyzwisko było jednak sprawą najwyższej powagi, ponieważ dobra sława oznaczała być albo nie być w całej wsi. Dlatego byli zdolni szybko sięgać po noże, gdy ktoś nazywał ich szelmami, co oznaczało wówczas nie spryciarza, lecz raczej odpowiednik dzisiejszej „patologii społecznej”. Obrzucenie kogoś wyzwiskiem wiązało się z wysokim ryzykiem, że przyklei się ono, zmniejszając zaufanie do obywatela.

Wracając do mojego przykładu – gdyby na dawnej Mierzei ktoś nazwał mnie „wiedźmą podającą się za handlarkę łososi”, przemieniłby mnie w rzeczoną wiedźmę w oczach mojej wioski. Dlatego nie dało się uznać, że „to tylko słowa”. By oddalić zagrożenie uznania za pariasa, ludzie domagali się oficjalnego zwrotu dobrego imienia. Obecnie zbliżamy się chyba pomału ponownie do traktowania słów z podobnym ciężarem. Ale też obyczaj swoje, a prawo swoje; sąd nie robił z tego wielkiej sprawy, lecz zarządzał symboliczne przeprosiny i odwołanie, a nie, powiedzmy, banicję. Tylko czy współczesny świat potrafi zachować podobną roztropność?

To one podają się za socjologów, nie ja! // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Lala karalna, lala niekaralna