W chwilach wyjątkowego zagęszczenia się wydarzeń zdarza mi się, że mój mózg samorzutnie wygospodarowuje dla siebie margines dla „czego innego”. Żywa, fizyczna ja (by nie użyć nieśmiertelnego sformułowania: „moja osoba”) działa sobie niczym golem, wykonując sprawnie standardowe obowiązki, a głowa jest gdzie indziej, bo akurat postanowiła przypomnieć sobie po latach coś z matematyki albo uznała, że to właśnie teraz jest najlepszy moment, by przeczytać tysiąc stron „Niewyczerpanego żartu”*. Prawdopodobnie to jakaś metoda psychicznego schładzania się.
Niespodziewany dar: „Kto tu jest niewinny” Małgorzaty Paneckiej
Akurat znalazłam się w położeniu obiektywnie przysparzającym sporo pracy i nerwów, być może najbardziej w moim dotychczasowym poczciwym życiu. Zrządzeniem losu w kulminacyjny, najtrudniejszy dzień okazało się, że po latach rozwiązano pewną zagadkę, którą i ja śledziłam: opublikowano pełną wersję piosenki „Kto tu jest niewinny” Małgorzaty Paneckiej. Był to niespodziewany dar, który pozwolił przydusić w sobie niepokój zaabsorbowaniem, a mnie – dał przetoczyć się przez ten dzień i wytrzymać aż do dobrych wiadomości.
Trzeba byłoby długaśnego zwoju, by opisać poszukiwania „Kto tu jest niewinny”. Ludzie zgromadzeni w internetowych społecznościach Lostwave (termin opisujący zagadkowe, niezidentyfikowane utwory) przez całe lata próbowali rozpoznać piosenkę, której fragment na anonimowej kasecie kupionej na targu znalazł użytkownik Adam R.
Pytali w archiwach stacji radiowych, przeszukiwali starą prasę, wsłuchiwali się w nagrania wokalistek z tamtych czasów i pisali do nich, próbując dociec, kto stoi za dynamiczną, jakby napompowaną helem melodią. Teraz mamy już cały album złożony z odzyskanych archiwaliów: od odrobinkę pożyczonej od Beatlesów** linii zwrotki w „Kroplach i pudełkach” po pechowo spóźniony na lata 90. jazzikowy pop.
Nie wiem, czy Małgorzata Panecka kiedyś opowie o swojej przygodzie z równoległym życiem i o sławie, której być może nie była świadoma. Kto pamięta film „Sugar Man”, ten pamięta Sixto Rodrigueza, folkowego gitarzystę z lat 60. Zniechęcony brakiem powodzenia w rodzimych Stanach, zrezygnował z muzyki i żył życiem anonimowego, niezamożnego człowieka, nie wiedząc, jak kultowe stały się jego nagrania w dalekim RPA.
Małgorzata Panecka trafiła nieszczęśliwie na przełom lat 80. i 90., kiedy cała Polska chciała słuchać to disco polo, to ciężkiego rocka (a czasem jednego i drugiego naraz). Jej nagrania ukazały się za późno, za bardzo przypominając jeszcze poprzednią dekadę. To los typowy dla debiutantek tamtych czasów, skazanych na los niemodnych już w chwili premiery. Nawet jeśli muzycznie nie wszystko mi się podoba, to czuję do nich odruchową sympatię. I cieszę się z tej odrobiny sprawiedliwości po latach, widząc teraz komentarze ludzi z całego świata zachwyconych „Niewinnym”, który przypomina im japoński city pop, i Polaków, którzy chcą przy jego dźwiękach mknąć ku słońcu Polonezem.
Dlaczego niektórych muzyka przestaje interesować
Podobno – tak sugerują badania zlecone przez duże platformy streamingowe – ludzie zmieniają swoje podejście do muzyki w czwartej dekadzie życia. Przede wszystkim przestają poszukiwać nowości, nie interesują ich już zaskoczenia czy odkrycia, wybierają raczej cieplutki mały konserwatyzm i postawę inżyniera Mamonia. To nawet sympatyczne, ten kuszący świat wygodnych kapciuszków.
Ale są i tendencje smutniejsze – po trzydziestce niektórych przestaje po prostu interesować muzyka jako taka, a uszy nastawiają już jedynie na donośne skrzeczenie rzeczywistości. Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że nadmiar obowiązków czy zabójcza przeplatanka pośpiechu z monotonią, która rozlewa się bezpardonowo w życiu, potrafi powalić nieraz i najsilniejszego, zmuszając do poruszania się na autopilocie. Pasje zmieniają się wówczas w jeszcze jeden przykry obowiązek, rzeczy niedawno kochane szarzeją i irytują.
Nasuwa się jednak smutna konstatacja, że rezygnowanie akurat z muzyki (czy innego rodzaju kontaktu z twórczością) to wyłączenie w sobie tego narzędzia, które pozwala bronić się odrobinkę przed naporem brzydkiej rzeczywistości. Pani Małgorzata i pracowici ludzie z internetu nie wiedzieli, że pomogli w ten sposób i mnie.
* Tak naprawdę wciąż nie przeczytałam „Niewyczerpanego żartu”.
** Tak, słyszę tam „Got to get you into my life”, ale to dobry wzór.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















