Nagrywali z nim Paul McCartney i Bruce Springsteen, Annie Lennox i Anne Sofie von Otter, Burt Bacharach i Brodsky Quartet, Tony Bennett i Roy Orbison, Allen Toussaint i Bill Frisell. Do jego serdecznych znajomych należą Herbie Hancock, Tom Waits czy Bob Dylan. Jego żoną jest sama Diana Krall.
A w Polsce? Kilkanaście lat temu z powodu słabego zainteresowania Brytyjczyk musiał odwołać koncert w Sali Kongresowej. Elvis Costello 25 sierpnia skończył 70 lat.
Serwisant komputerowy pisze piosenki
Jego prawdziwe personalia to Declan Patrick Aloysius MacManus. Dorastał w domu pełnym muzyki – ojciec Ross grał zawodowo na trąbce w popularnych orkiestrach, matka Lillian od 13. roku życia pracowała głównie w sklepach muzycznych, a będąc z synem w ciąży puszczała mu mnóstwo rozmaitych płyt. Declan chłonął dźwięki, style i estetyki muzyczne, co z czasem zaowocowało ogromną różnorodnością jego kompozycji. Ta niejednoznaczność mogła stać się jedną z przeszkód na drodze do polskich serc.
Przy okazji, obserwując rodziców zrozumiał, że w branży muzycznej, jak w niemal każdej innej, bez pracy nie ma kołaczy – etyka zawodowa oparta jest właśnie na wytrwałości i zaangażowaniu.
Po szkole średniej zaczął pracować jako serwisant komputerowy – były to lata 70., mówimy o ogromnych szafach, kartach i taśmach perforowanych. Ówczesne komputery pracowały powoli, Declan miał więc sporo czasu na pisanie piosenek – bo już jako nastolatek zdecydował, że dla muzyki w jego życiu zawodowym nie ma alternatywy. W wieku 14 lat wziął się za naukę gry na gitarze, by niebawem występować podczas „otwartych mikrofonów” w londyńskich klubach folkowych. Dzwoniąc do nich z ofertą występu, przedstawiał się często „Declan Costello”, bo jego własne nazwisko wydało mu się zbyt toporne w rozmowie („Elvisa” dodali mu jakiś czas później pierwsi managerowie). Nachodził też wydawców muzycznych, by osobiście zademonstrować im piosenki. Nierzadko grał je głośno podczas spotkań – albo przy wejściu do ich biur.
„My Aim Is True”
Przełom nastąpił pod koniec 1976 r. – mała, prężna wytwórnia Stiff przyjęła go pod swoje skrzydła i wysupłała tysiąc funtów na nagranie jego debiutanckiego albumu „My Aim Is True”. Z okładki płyty spoglądał na świat „Buddy Holly po elektrowstrząsach”, jak napisał pewien krytyk – chłopak z gitarą w punkowo nonszalancko wygiętej pozie i w okularach z grubymi, czarnymi oprawkami. Istotniejsza była jednak zawartość – tuzin melodyjnych, ale drapieżnych kawałków, utrzymanych w mieszance stylów punk, doo-wop, rockabilly, a nawet knajpianego country. Zamiarem Costella było przyrządzenie zestawu, który będzie jednocześnie odwoływał się do tradycji i chwytał ducha współczesności. I właściwie temu pomysłowi artysta pozostał wierny do dziś.
„My Aim Is True” bowiem świetnie współbrzmi z debiutami Sex Pistols czy The Clash, i zarazem manifestuje zdecydowaną odrębność. Istotnym elementem, poza eklektyczną chwilami muzyką, są teksty – gorzkie, często wściekłe, demaskujące toksyczne relacje międzyludzkie i społeczne, pisane ze zmysłem felietonisty. Inteligenckie, a jednocześnie bardzo bezpośrednie.
Przed drugą płytą, „This Year’s Model”, Elvis Costello skompletował własny zespół The Attractions, którego muzycy po części współpracują z nim po dziś dzień (jako The Imposters). I to z Attractions stworzył zasadniczy fundament swojej kariery.
Wizerunek sceniczny: okularnik w marynarce
Od 1977 r. wydał tyle płyt w tak różnych składach i kosmosach muzycznych, że na gruntowne prześledzenie jego kariery należałoby poświęcić książkę. Sięga po country (album „Almost Blue”), post-punk („Armed Forces”), baroque pop („Imperial Bedroom”, „For the Stars” z von Otter), soul („Get Happy!!”), rock’n’roll („The Boy Named If”), americana („King of America”, „Secret, Profane & Sugarcane”), proto-grunge („Blood & Chocolate”), jazz („Deep Dead Blue”), easy listening („Painted from Memory” z Bacharachem), klasyczną muzykę baletową („Il sogno”), funk („Wise Up Ghost” z zespołem hiphopowym The Roots), a także muzykę kameralną („The Juliet Letters” z Brodsky Quartet).
Repertuar tej ostatniej płyty znalazł osobliwą drogę na polski rynek – i szkoda, że tylko on. To cykl pieśni napisanych przez Costella i członków kwartetu Brodsky jako fikcyjne listy do Julii Capuletti. „Wysyłają” je nieszczęśliwi kochankowie, dziecko patrzące na kłótnie rodzicielskie, spec od sprzedaży promocyjnej, zdradzona żona, rozgoryczony brat. Czasem zresztą adresatką nie jest Julia, a inne postacie, zawsze jednak tłem jest namiętność. Całość przełożyła na polski i przygotowała jako własny program Katarzyna Groniec. Efekt olśniewający.
O poziomie przedsięwzięcia Groniec decyduje bowiem nie tylko świetna materia muzyczna, zaaranżowana nie, jak u Costella, na kwartet smyczkowy, a na zespół bliższy estetycznie Tomowi Waitsowi. Co najmniej równie istotna jest opowieść poetycka – jak niemal zawsze u Elvisa, błyskotliwa, cięta, inteligentna, sarkastyczna.
Taka jest być może druga przeszkoda utrudniająca Brytyjczykowi dotarcie do polskich odbiorców. To niełatwa poetyka, operująca grą słów, po Dylanowsku erudycyjnymi wycieczkami. Teksty nigdy błahe, niemal zawsze kąśliwe, czasem wymierzające dosłowne szpile, jak te pod adresem Johna Lennona i Rogera Watersa w piosence „The Other Side of Summer”: „Czy to nie milioner wzywał »wyobraźcie sobie, że nie ma majątków«»? Czy to mały uczeń wołał »niepotrzebne nam lekcje«?”. By pokochać kogoś takiego, trzeba naprawdę wejść w piosenki głębiej niż sama melodia i rytm.
Costello nie ma przy tym tak wyrazistego wizerunku scenicznego jak jego koledzy, starszy Tom Waits czy młodszy Nick Cave. Jest facetem w marynarce, kapelusiku i okularach o grubych oprawkach, z dużą gitarą, z reguły krótko ostrzyżony (wyjątek zrobił w 1991 r., kiedy na pewien czas zapuścił dłuższe włosy i gęsty zarost). Ot, zwyczajny koleś bez legendy i mistycznej aury. Trudno komuś takiemu urzec odbiorców wyglądem, który pozwalałby fanom upodobnić się do idola.
Elvis nie wyskakuje z lodówki
Jest jeszcze jedna przeszkoda – brak flagowego Wielkiego Przeboju. Costello na szczycie list pojawił się raz, w 1989 r. z piosenką „Veronica”, zresztą napisaną i nagraną wspólnie z Paulem McCartneyem. Intensywnie puszczali ją wtedy i polscy prezenterzy radiowi, choć gdyby wiedzieli, kim jest bohaterka – kobietą tracącą pamięć, spędzającą ostatnie lata życia w przytułku – jej seksapil mógłby zblednąć.
Piosenki Elvisa Costello są melodyjne, ale rzadko mają w sobie to, co nadaje melodii transcendencję torującą drogę do serc i dusz. To nie Beatlesi, ABBA czy Stevie Wonder (umyślnie wymieniam wykonawców, których MacManus sam przywołuje jako swoich wielkich idoli). Nie jest to również brutalny impet tytanów rockowego panteonu. To przewrotna mieszanka, która utrudnia prostą identyfikację i zakwalifikowanie do konkretnej estetyki. Relatywnie niewiele jego utworów wpada momentalnie w ucho.
Nie wynika to jednak z braku umiejętności kompozytorskich, bo o tych świadczą dziesiątki jego kawałków z różnych lat. To raczej brak woli, by podbijać miliony zamiast tysięcy. Costello zgryźliwie przygląda się światu, społeczeństwu, życiu ludzi – oraz przemysłowi muzycznemu. Najwyraźniej nie ma i nigdy nie miał ochoty tańczyć branżowego kadryla i bić się o słupki. Nawet na samym początku, gdy wyrzucany drzwiami, zaciekle właził oknem, nie walczył o konto, ale o możliwość grania. Nie za darmo, ale też nie za krociowe wypłaty.
To również sprawia, że i na Zachodzie, gdzie jest postacią cenioną na równi z największymi, nie wyskakuje z lodówki, nie ma szansy zanudzenia słuchaczy bez przerwy emitowanymi piosenkami. Zagospodarował niszę, w której rządzi niepodzielnie, emanując z niej gorzkim, zjadliwym blaskiem poezji i muzyki. I niepodobnym do niczyjego innego głosem – czasem aksamitnym, ale znacznie częściej ostrym, nieco przyduszonym, choć nadspodziewanie silnym.
Jest tak samoistnym zjawiskiem, że najprawdopodobniej, jak Frank Zappa, Georges Brassens czy David Bowie, nigdy nie będzie miał kontynuatorów.
Costello przykrywa czapką Dylana
Jest też osobowością medialną. W 2003 r. z powodzeniem zastąpił chorego Davida Lettermana w jego telewizyjnym „Late Show” i przeprowadził wywiady między innymi z Kim Catrall i Eddie Izzard. W latach 2008–2010 prowadził zaś w Channel 4 i kanadyjskiej CTV własny talk-show „Spectacle: Elvis Costello with…”, w którym rozmawiał (i występował) z takimi tuzami, jak Elton John, Lou Reed, Norah Jones, Tony Bennett, Herbie Hancock, Sheryl Crow, Bono, Bruce Springsteen, a także Bill Clinton.
Niemal 30 lat temu, 24 marca 1995 r., wybrałem się w Paryżu na koncert Boba Dylana. Występ był niespecjalnie udany, źle nagłośniony, ze znużeniem zagrany. Ale zapamiętałem go szczególnie z jednego powodu: supportem był właśnie Elvis Costello. Sam z gitarą akustyczną. Przez niemal trzy kwadranse grał tak hipnotyzująco, tak uwodzicielsko i tak bezpardonowo, że ja, stary wyznawca Dylana, musiałem przyznać: rozgrzewacz przykrył gwiazdę czapką.
Wciąż jest niespokojnym duchem. Szczerze wierzę, że może mieć dla nas jeszcze niejedną niespodziankę, przygotowaną nie z wyrachowania, a z prawdziwej potrzeby. Mam wrażenie, że do dziś nie zdradził zasady wyrażonej w tytule debiutanckiej płyty: „A ja gram fair”. Bo gdy odrzucimy fasadę pseudonimów i aluzji muzycznych, pozostają rzetelna nuta i poruszające słowo.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















