Częścią wiedzy fachowej sprzedawcy płyt winylowych jest świadomość, że wybierając się na targi, należy spodziewać się charakterystycznego typu klienta i przygotować zawczasu odpowiedni asortyment. Nie chodzi o jazz, „współczechę”, rock progresywny czy inne gatunki, które mogą odruchowo kojarzyć się z kolekcjonerstwem, lecz o europejską muzykę dyskotekową lat 80., Sandrę, CC Catch, Savage.
Każdy roztropny sprzedawca powinien mieć w zanadrzu szczególnie zapas płyt Sandry, bo jest gwarantowane, że na stoisku pojawi się zainteresowany nabywca. Prawdopodobnie korzystając z niespodziewanego renesansu winyli, kupił sobie w supermarkecie niedrogi nowoczesny gramofon i odbudowuje małą płytoteczkę. A nie ma wierniejszego i dokładniej zdefiniowanego nabywcy niż człowiek, który chce w nieskończoność powracać do wakacji nad jeziorem latem 1987 roku.
Disco lat 80. Muzyka, która pozwala jednocześnie tańczyć i płakać
Możecie nie wierzyć, ale zmienicie zdanie, gdy traficie na prawdziwego „Sandrowca”. Kilka lat temu miałam przyjemność podróżować z takim człowiekiem, kierowcą. Jego radość, gdy uświadomił sobie, że jedzie z kimś, komu temat przebojów lat 80. również jest nieobcy, była nieopisana. Zaczął włączać swoje ulubione remiksy i podkręcać głośność akurat tam, gdzie przypadały najlepsze fragmenty.
Znacie być może ten moment, gdy ktoś zrozumiawszy, że może rozgadać się na ukochany temat bez końca, wpada w swój żywioł: to zdarzyło się właśnie wtedy. Wielka to satysfakcja, przyczynić się do czyjegoś entuzjazmu niewielkim kosztem.
Tu przychodzi bowiem czas na wyznanie – ja „kontynentalne” disco lat 80. doceniam, reaguję nań pozytywnie i słucham z uwagą, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to nie jest zawsze muzyka w profesjonalnym sensie tego słowa „dobra”. Syntetyczne, plastikowe brzmienia, łzawe melodie, nieporadna angielszczyzna – to wszystko oczywiście prawda. Ale prawdą jest także co innego.
Tym dawno już dorosłym fanom z nowymi gramofonami nie chodzi jedynie o wspomnienia. Oni przywiązali się tak do muzyki, która odpowiada rozrywkowymi środkami na potrzebę tajemnicy i poezji, która pozwala jednocześnie tańczyć i płakać.
Owszem, w tamtych czasach producenci z Anglii i USA tworzyli pełne poloru brzmienie dla artystów, których sceniczna charyzma przypominała doskonale uszyty strój. Trudno było do czegokolwiek się przyczepić; image gładki jak rysunek aerografem, produkcja, w której słychać dobrze wydane pieniądze, kojarząca się z eleganckim klubem, szykiem kurortów i wielkich miast. Świetnie się bawisz, ale nie płaczesz.
Za to produkcje z kontynentu, z Niemiec, Francji, Włoch (a także czasem z Polski!) miały w sobie jednocześnie coś z cekinowego bazaru, imprezy na sali gimnastycznej i posągowego dostojeństwa godnego filmu „Metropolis”. To były hity do tańca, ale jednocześnie o temperaturze działu mrożonek, skąpane w niebieskim neonie, sunące monumentalnie przez przestrzeń jak transatlantyki.
Taki efekt udaje się chyba tylko sprawnym rzemieślnikom bez doświadczenia w wyrachowanym budowaniu marki, trochę strzelającym w ciemno. Czasami działo się to mimochodem, niezależnie od intencji ich twórców, którzy po prostu chcieli wydawać i zarabiać jak najwięcej. Choć nie zawsze, bo przecież kompozytor hitów Sandry, a wtedy przy okazji jej mąż, Michael Cretu, marzył o mistyce syntezatorów, co potem realizował z Enigmą. Niedaleko też do dyskoteki od rocka progresywnego i muzyki filmowej, co udowodnił Claudio Simonetti z grupy Goblin.
Miłośnik nostalgicznej dyskoteki i utwory wygenerowane w Suno
Ale historia z rozmownym kierowcą niedawno się powtórzyła, choć w okolicznościach właściwych dla lat 20. Tym razem spotkałam człowieka, który słuchał piosenek wygenerowanych w programie Suno i zgromadzonych pod pseudonimem jednej, również fikcyjnej artystki o nazwisku Anya Blaze.
W fabryce disco to nihil novi, zwłaszcza we Włoszech twarzy jednego modela towarzyszyło często kilka głosów różnych profesjonalnych wokalistów. Metoda „na Milli Vanilli” nie budziła tam kontrowersji. W przypadku Anyi Blaze mamy do czynienia z większym niedbalstwem, bo twórcy tego projektu nie chciało się nawet wygenerować tej samej postaci do teledysków – to przypadkowe animacje złożone z twarzy o charakterze, jak mówi się dzisiaj, randomowym.
Ale utwory słuchane przez mojego towarzysza podróży zostały stworzone tak, by trafiać w upodobania miłośnika nostalgicznej dyskoteki. Automat perkusyjny wybijał rytm dostojnie i nieśpiesznie, był pogłos i melancholijna melodia. To mogło się podobać. Niestety, ja nie zapamiętałam żadnej z piosenek. Może zabrakło charakterystycznie niezdarnej lirycznej sałatki słownej znanej z tekstów, powiedzmy, Modern Talking?
Składniki do produkcji wzruszeń zostały z pewnością umiejętnie wyemulowane. Ale czy skutecznie, zapewne za jakiś czas powie mi dopiero kolejny przypadkowo napotkany rozmówca.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















