Na imię ma Nikołaj, Kola. Młody, brodaty, wesoły i ruchliwy. Nawet w oczach nie widać zmęczenia. Jakby nie przeżył tego, co przeżył, jakby nie widział tyle zła.
„Futbolista” to jego pseudonim. Nawiązuje do przedwojennego życia: pracował w Polsce, grał w klubie w Gdyni. Gdy zaczęła się inwazja, wrócił – prosto do wojenkomatu.
A tu zaskoczenie: – Przez pierwsze trzy dni nie chcieli mnie wziąć. Mam czwórkę dzieci, jedno adoptowane, a ojców wielodzietnych nie biorą. Ale obstawałem przy swoim. Trzeciego dnia, po kolejnej odmowie, nocowałem w budynku komisji.
Dopiął swego. – Komisja medyczna pyta, czy jestem sportowcem. Tak, międzynarodowy mistrz sportu w piłce nożnej. Badanie przeszedłem. Przyjechali z HUR-u (wywiadu wojskowego), SSO (sił operacji specjalnych) i Azowa, szukali ludzi. Zabrali mnie ci drudzy. Usłyszałem, że jeśli przejdę ich test sprawności, zostanę. Jeśli nie, trafię do piechoty. Przeszedłem. SSO i piechota to niebo a ziemia. W siłach specjalnych oddział to więcej niż grupa ludzi pod swoim dowódcą, tam tworzy się rodzina.

Droga
Został operatorem karabinu maszynowego. Zaczął swoją drogę wojenną. Znaczoną kolejnymi ranami. Pierwsza była pod Bachmutem.
– Chaos. Nasza grupa świeżaków rozsypała się. To było we wsi Krasna Hora, na północ od Bachmutu. Dostaliśmy się pod ostrzał ze wszystkiego, co strzela. No i chłopaki uciekli. Zostało nas czterech. Mieliśmy zadanie: wyciągnąć ze wsi dwóch specjalistów odpowiadających za łączność. Ludzi, dokumenty – opowiada, gdy widzimy się pierwszy raz, w parku w centrum Odessy. – Nasz dowódca zaryzykował. A to był taki dowódca, jakich niewielu, zawsze szedł pierwszy. Przetrzymaliśmy tam trzy dni, aż nocą przyszła mgła, dzięki której mogliśmy się w końcu stamtąd wydostać. Wtedy dosięgnął mnie pierwszy odłamek, z rakiety. Przebił kamizelkę.
Bachmut, rana, szpital. Potem front na Zaporożu. Potem „zaczystka” na wyspie koło Chersonia. I Krynki, miejsce najgorsze: ukraiński przyczółek na rosyjskim brzegu Dniepru.
Pomagał tam w ewakuacji, a na tym odcinku to rzecz należąca do najtrudniejszych: odbywa się łódkami i pontonami, pod ogniem. Znów dosięgnął go odłamek.
Był grudzień. W lodowatej wodzie Dniepru nabawił się też odmrożenia. – Pamiętam tylko, jak się przewróciłem, zalała mnie woda i tyle. Uratowała mnie dmuchana kamizelka.

Odłamek
Przerywa opowieść – nad Odessą wyją syreny. Alarm przeciwlotniczy. Telefon Koli ożywa od powiadomień: – Podniósł się mig 31, taki może nieść kindżała.
Kindżał to rakieta hipersoniczna, tj. o dużej prędkości. Zestrzelić taką mogą głównie systemy Patriot. Znaczna część „balistyki”, jak mówią tu na rakiety, dociera z Krymu, z okrętów na Morzu Czarnym lub z okupowanych terenów Zaporoża. Samoloty niosące rakiety i pociski manewrujące startują też z dalej położonych lotnisk, np. nad Morzem Kaspijskim.
On ma dziś przepustkę, nie musi pracować (tak tu mówią: pracować).
Wraca do opowieści: – Ta druga rana wykluczyła mnie ze służby w siłach specjalnych. Obudziłem się dopiero po kilku tygodniach w śpiączce. Podobno rozpoznałem wówczas żonę. Ale mojej mamy już nie. Odtąd mam w głowie ułamek pocisku. Nie da się go usunąć. Miałem, co prawda, propozycję operacji w Polsce. Dość ryzykownej, najprawdopodobniej straciłbym wzrok w jednym oku. Nie zdecydowałem się. Nie słyszę na jedno ucho, mam problemy z pamięcią. Do SSO nie wrócę – powtarza, co powiedział przed chwilą.
W trakcie naszej rozmowy zdarza się to kilka razy: mruży oczy, namyśla się. Nie może sobie przypomnieć, od czego zaczął wątek. Fakty w opowieści różnią się, nieznacznie, gdy potem dla pewności dopytuję o szczegóły.
– Dlaczego jestem teraz tu, gdzie jestem? Bo z cywilami długo nie wytrzymam – rzuca okiem na mijające nas grupy roześmianych młodych ludzi. – Nie mogę się zmierzyć z normalnym życiem. A na pracę w oddziale przeciwlotniczym zdrowia mi wystarcza.
– Co będzie z krajem? – powtarza pytanie. – Nikt nie wie. Ja będę walczyć do końca.
Stojaki
Jako strzelec pracował na amerykańskim kaemie, karabinie maszynowym typu Browning M2, kaliber 12,7 mm (Amerykanie mówią na niego: „półcalówka”). Odkąd odszedł z SSO, jest w obronie przeciwlotniczej – jako instruktor batalionu. Batalion specjalizuje się w szahedach: to zbiorcza nazwa na drony kamikadze dalekiego zasięgu. Rosja otrzymywała je od Iranu, teraz produkuje je również sama.
Do zestrzeliwania szahedów idealny jest browning na pickupie. Kola, którego służba kręciła się wcześniej wokół browningów, szkoloną przez siebie jednostkę doprowadził do rangi jednej z najskuteczniejszych w Ukrainie: – Szaheda zestrzelę z dystansu 2-3 kilometrów.
Wielu ludzi z mobilnych oddziałów antydronowych to tacy jak on: po ranach, wykluczeni z innej służby. Niektórym udało się tu przenieść, ale dziś to niemal niemożliwe („Kto jest w piechocie, umrze w piechocie” – usłyszę potem w innym miejscu).
Bywa, że i oni zmagają się z brakiem sprzętu, w tym aut. Tu mogą liczyć na pomoc spoza Ukrainy. Także z Polski: dzięki przyjaźniom, jakie Kola zawarł w poprzednim życiu. Czasem kupują też za swoje (choć żołd przeciwlotników jest niższy niż tych z „zerówki”).
Od polskiej fundacji dostał termowizor (urządzenie pokazujące obraz w podczerwieni) i stojaki pod karabin. Z amortyzatorami: dzięki nim browning nie trzęsie się tak bardzo, gdy strzela. – Gdybym miał jeszcze drugi tablet, jaki montuje się poniżej karabinu, byłoby w ogóle super, to zwiększa precyzję.
Na podstawowym tablecie cały czas obserwują obraz, udostępniany im z radarów: wylot rakiety lub drona, pracę „rozwiedki”, zwiadu powietrznego. Drugi byłby przeznaczony dla strzelca, wyświetlałby obraz z termowizora.
– Poza tym polegamy na wzroku, pomagamy sobie światłem lasera. I nadstawiamy uszu. Szahedy są hałaśliwe.
Strategie
Nalotów z użycium szahedów mają miejsce głównie nocą. Dni mobilnych grup ogniowych – to najmniejsze zespoły, które razem tworzą batalion sił przeciwlotniczych – wypełnia więc sen, odpoczynek i oczekiwanie na noc. Noce zaś – czekanie na komendę.
Czas odmierzają dźwięki powiadomień na Signalu, wypalane papierosy (palą wszyscy, dużo) i puste kubki po kawie przed wejściem do kwatery. Jak na filmie „Dywizjon 303”, kwaterę otaczają liczne krzesła. Jak front długi i kręty, tak wzdłuż niego każda chata zasiedlona przez żołnierzy ma podobne miejsce dla relaksu i wyczekiwania w jednym.
Odwiedzam jedną z ekip szkolonych przez „Futbolistę”. To Wadim, Siergiej i Mikita, najmłodszy. Kierowca, strzelec i tablecista. Kwaterują pod Odessą, w pobliżu jednego z utartych szlaków szahedów. Drony lecące w stronę Odessy kierują się w górę Dniestru, przez jego szerokie na niemal 10 km ujście do Morza Czarnego.
Rosjanie zwykle wystrzeliwują cztery-pięć grup szahedów, po kilka w grupie. Zależnie od modelu i pochodzenia, cena jednego szaheda waha się w przedziale od 25 tysięcy do kilkuset tysięcy dolarów. W porównaniu z ceną rakiet (i antyrakiet) to znikoma kwota.
Stosowanie obu tych rodzajów broni – rakiet i dronów – przypomina znane z biologii dwie strategie życiowe: pierwsza polega na wydawaniu małej liczby potomstwa otaczanego opieką, a druga na wydawaniu licznego potomstwa, wśród którego jest wysoka śmiertelność.
Tak też wygląda to w raportach, które po każdej niespokojnej nocy przedstawia ukraiński sztab generalny: zwykle zestrzeliwana jest znaczna większość dronów (czasem wszystkie). Z kolei odsetek zestrzelonych rakiet, dla Rosjan drogocennych, zwykle jest mniejszy – i one częściej dosięgają celu.
Ewolucja
Siergiej: – Są już ulepszone szahedy, które startują z pokładu samolotu. Gdy ten jest nad morzem, odpala je. Nasze radary odnotowują start ruskiej awiacji, czy to nad Morzem Czarnym, czy Kaspijskim. W przypadku samolotów niosących szahedy wykrywamy moment ich odpalenia. Gdy mamy już ich wysokość, prędkość i trajektorię lotu, ustalamy, gdzie można je przechwycić.
Bywają drony wyposażone w specjalne odblaski: jeśli taki dron zostanie oświetlony np. reflektorem, pod jego wpływem może zmieniać tor lotu
Ewoluuje kolor farby, jaką pokrywane są drony: z jasnego na czarny, trudniejszy do zauważenia na tle nocnego nieba.
Szahedy model 136, z silnikiem spalinowym, wydają dźwięk jak motocykl, stąd nazwano je „mopedami”. Słychać je z kilku kilometrów, przy dobrej pogodzie z kilkunastu. Dlatego praca mobilnych grup ogniowych w dużej mierze opiera się na słuchu.
Siergiej sięga po plik kartek, na których opisano charakterystykę różnych modeli – rosyjskich i ukraińskich (aby wiedzieli, czego nie niszczyć). I tak, Leleka-100 (po polsku bocian) ma charakterystyczny ogon, szerokie skrzydła.
Szahedy czasem się psują i spadają losowo. Wadim: – Niedawno był sztorm, deszcz i silny wiatr. Oni i tak zapuścili dwie grupy szahedów. Nie doleciały, spadły do morza. Jak jest zbyt czyste niebo, możemy się spodziewać, że będzie spokojnie. Jak są burzliwe warunki, też dla nich niedobrze.
Nocka
W końcu pojawia się i ona, „komanda”. Kamizelki na grzbiet, buty. Minuta bez kilku sekund. – Szybciej, chcesz wylądować w piechocie? – rzuca Siergiej do młodego.
Zapada zmrok. Bliskie morze to o tej porze roku i godzinie gwarancja komarów. – Są jak szahedy – Siergiej opędza się. – Zestrzelony. O, piechota idzie – uśmiecha się na widok mrówki, która wędruje w dół jego stopy.
Kolejny papieros. Wadim pali grube parliamenty, Siergiej cienkie, a Kola co popadnie. Mikita, samotny, powtarza im, że palenie jest szkodliwe.
Jest już całkiem ciemno. Zerkamy na tablet, który pokazuje obraz z radaru.
Tej nocy szahedy nie zjawią się, nie tutaj. Za to obwód odeski udręczą znów rakiety. Choć jesteśmy daleko od miasta, chwilę po pojawieniu się na lokalnym kanale Telegram komunikatu o uderzeniu rakiety, dociera do nas głuchy dźwięk.
Radio trzeszczy. Dowództwo przekazuje ekipie, która ma problem z tabletem, że nad nimi leci właśnie własny dron zwiadowczy: – Nie rozpierdolcie go, błagam.
– Leci, leci nad nami – trzeszczy inna ekipa. Wszystko się urywa. Wrogi dron, którego zjawienie się poderwało wszystkie grupy ogniowe, gdzieś się zawieruszył. Może sam spadł?
– Bomby lotnicze po Mikołajowie – wzdycha Wadim za kierownicą pickupa. Skrolluje w telefonie wiadomości. Siergiej, oparty o burtę, nic nie mówi. W miejscu, gdzie w ciemności powinna być jego twarz, widać ognik papierosa. Do Mikity dzwoni dziewczyna. – Oszaleję tu bez ciebie! – nie możemy nie usłyszeć.
– Będzie murowany wylot balistyki, Moskale podnieśli awiację – ponury głos Wadima z ciemności.
Siergiej sięga do bagażnika po kawałek kwiecistego materiału. – Żeby nam nie zmarzł – troskliwie owija browninga na stojaku. – Jak będziemy tu długo stać, rosa może osiąść.
Tekst powstał dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















